News PAP-a z 30 marca. ”Wielka Brytania: ogólnokrajowe protesty przeciw sypialnianemu podatkowi”. Zdjęcie Westminsteru i tekst długiej, dodajmy, notatki: „Tysiące ludzi protestowały w sobotę przeciwko redukcji państwowych środków dla osób korzystających z mieszkań socjalnych, w których liczba pokoi przewyższa liczbę lokatorów. Propozycje rządu zyskały nazwę „podatku sypialnianego”.

 

 

 

Rząd uważa, że nie jest sprawiedliwe, by ich lokatorzy mieszkali na koszt podatnika w mieszkaniach lub domach, które są za duże w stosunku do ich potrzeb. Uczestnicy protestów twierdzą natomiast, że rząd zmniejszając im świadczenia, faktycznie chce ich dodatkowo opodatkować. Wskazują, że skutki najbardziej odczują najbiedniejsi”, etc, etc. Prawda tonie w lewicowo-liberalnym sosie i woła o ratunek

Notatka PAP-a to jeden z tych tekstów, które zamiast informować - dezinformują, zniekształcają wiedzę o kraju, który opisują. Bo nie „w całym kraju”, lecz w Manchesterze, Birmingham czy Glasgow, skupiskach niegdyś robotniczych, a dziś lumpenproletariatu na garnuszku państwa. Nie wspomina, że dotyczy to głównie rodzin, gdzie żaden z jej członków nie pracuje. Ze od 10 roku życia każdemu dziecku z rodziny na zasiłku przysługuje oddzielna sypialnia. Ze reforma dotyczy liczby sypialni, a nie pokoi - zawsze należy dodać pokój dzienny, wspólną przestrzeń dla rodziny. I że każdy z otrzymujących housing benefit ma do dyspozycji trzy wyjścia: 1/ przenieść się z rodziną do mniejszego mieszkania, za które tak czy inaczej, będzie płaciło państwo; 2/ stracić 13 /a nie 14, jak mówi informacja/ funtów tygodniowo z zasiłku czynszowego; i 3/ podjąć pracę choćby na ćwierć etatu i dopłacać te 13 funtów, aby utrzymać zbyt duże councilowskie mieszkanie.

I o taki wybór rządowi Davida Camerona chodziło. Aby zmienić styl myślenia wieloletnich beneficjentów opieki społecznej, zmobilizować ich do aktywności, do pracy. „Najwyższe wydatki na housing benefit w Unii Europejskiej” – powtarza minister spraw socjalnych Iain Duncan Smith. „Musimy dać tym ludziom sygnał, że kończymy z „kulturą zasiłków”, bo to nie jest najlepsza recepta na życie. I że to nie fair w stosunku do milionów obywateli ciężko pracujących i płacących podatki, aby finansowali zbyt duże domy, zamieszkiwane przez bezrobotnych. A ponadto w okresie kryzysu nie możemy sobie na taki luksus pozwolić” – to z kolei komentarz z 1 kwietnia Davida Camerona. Wszyscy, którzy przez ostatnie 13 lat byli świadkami rozrzutności Labour Party i marnowaniu wielkich pieniędzy - oczywiście prócz liberalnej lewicy i jej mediów - nie mają wątpliwości, że rząd konserwatywny ma rację. Dziwią się jedynie, że decyzje zapadły dopiero 3 lata po obietnicach reform państwa opiekuńczego, które premier zapowiadał w manifeście wyborczym w 2010 roku.

Kiedy kilka dni temu David Cameron ogłosił program reform sektora socjalnego – „bedroom tax” to tylko mały segment całości – liberalna lewica podniosła wielki lament. Okładka Guardiana tego dnia wieściła ponuro: ”Dzień, który zmienił Wielką Brytanię”, w podobnym apokaliptycznym tonie, „największe trzęsienie ziemi w systemie socjalnym od 40 lat”, wypowiadała się BBC. A oto casusy, które przytaczała BBC, aby zilustrować „thatcherowską bezwzględność” rządu Camerona. Najpierw dobrze odżywiony mężczyzna w średnim wieku, mieszkający samotnie w 3-pokojowym mieszkaniu / pokój dzienny plus dwie sypialnie/, który skarżył się na utratę jednej z nich, „bo przecież syn przyjeżdża na przepustkę raz na kilka tygodni i musi mieć swoją sypialnię”. Była to, jak się okazało, manipulacja. Człowiek ten nie utraci drugiej sypialni, bo jako rodzic żołnierza ma prawo do utrzymywania dodatkowej sypialnia dla syna. Drugi przypadek: młody człowiek, ojciec dwójki dzieci, każde mieszkające ze swoją matką, który twierdził, że musi mieć dwie sypialnie więcej, bo „dzieci spędzają z nim co drugi weekend”. Skarżył się także, że „rząd Camerona rujnuje jego życie rodzinne”. O tym, że zrujnował je sam kilka lat temu, nie wspominał. I przykład trzeci: Jayne Warren zajmuje z aktualnym partnerem i piątką dzieci z poprzednich trzech związków, 5 sypialni plus pokój dzienny. Mieszkają w wycenionym na 200 tys. funtów domu, otrzymują miesięcznie 400 funtów /ok. 2 tys. zł/, całkowita pomoc państwa wynosi w tym przypadku 2 tys. funtów miesięcznie / 10 tys. zł/. To były argumenty flagowe, jakimi posługiwała się BBC, dowodząc „kapitalistycznej bezwzględności reformy socjalnej Camerona”. No comment.

O czym nie wspomniał choćby jednym zdaniem autor notatki PAP-a? Oto prawie 1/3 beneficjentów tzw. housing benefit zajmuje domy lub mieszkania większe niż przysługują im bardzo szczodre dodajmy normy. W tych mieszkaniach socjalnych zarejestrowano grubo ponad milion nie wykorzystanych pokoi, za które czynsz całkowicie pokrywa państwo. Jak wyliczyły konserwatywne media, w aktualnym roku podatkowym pracujący Brytyjczycy sfinansują ponad 1 mln pustych sypialni, co będzie ich w sumie kosztowało ok. 500 mln funtów. Już w grudniu minister ds. reformy systemu podatkowego w gabinecie Camerona lord Freud mówił: „To nie fair, a dziś już także finansowo nie do przyjęcia, aby 660 tys. ludzi mieszkało w domach zbyt dużych na ich potrzeby, kiedy na liście oczekujących mamy 5 mln ludzi, a 250 tys. już zajmujących mieszkania socjalne żyje w pomieszczeniach nadmiernie przepełnionych”. Dziś nawet brytyjscy konserwatyści uważają państwo opiekuńcze - pomoc dla potrzebujących, niepełnosprawnych, emerytów, samotnych matek czy czasowo bezrobotnych - za duże osiągnięcie społeczne, cywilizacyjne, od którego nie ma odwrotu. Nie bez powodu Cameron nazwał swój program, z którym szedł do wyborów, „nowoczesnym współczującym konserwatyzmem”. Ale nie ma zgody na przerosty i szaleństwa socjalne, jakie wprowadzili i przez 13 lat praktykowali labourzyści. Jak obliczono, tylko w latach 1997-8 budżet zasiłków na czynsze katapultował z 11.2 mld do 20 mld funtów, a liczba jego beneficjentów z 18.7 mln do 24.8 mln! „Jedyna droga – twierdzi lord Freud – to przywrócić w tym systemie jakiś porządek i ład. Jeśli beneficjenci zasiłków na czynsz mają zbyt duże locum, to albo przeniosą się do mniejszego, za które wciąż nie będą płacili ani grosza, albo utracą 13 funtów tygodniowo. Takich obywateli jest 1/3 wszystkich otrzymujących podobna pomoc”.

Jak wspomniałam, „podatek sypialniany” czy, jak nazywa to minister opieki społecznej Iain Duncan Smith, „spare room subsidy” /dopłata za wolny pokój/, to jedynie część reformy zapowiedzianej przez Davida Camerona, która ma na celu ograniczenie nadmiernie rozbudowanego państwa opiekuńczego. Reforma witana jest z ulgą przez większość brytyjskiego społeczeństwa, tę pracującą i płacącą podatki, a więc finansującą welfare state. A krytycy reformy, to oczywiście beneficjenci opieki socjalnej, Partia Pracy i jej media. „Ten system jest chory – powtarza Cameron – i musimy go uleczyć”. W Wielkiej Brytanii zarejestrowanych jest prawie 5 mln obywateli zależnych stale od państwa, a niemal 140 tys. rodzin lepiej wychodzi finansowo nie pracując, niż gdyby któreś z jej członków znalazło jakieś zajęcie. Zanotowano ponad kilkaset tysięcy rodzin, w których już drugie pokolenie nigdy nie splamiło się pracą! I ok. 1.2 młodych samotnych matek, które z rodzenia dzieci uczyniły sobie całkiem dochodowe zajecie i do momentu, gdy najmłodsze osiągnie 18 lat, są finansowo zabezpieczone. Kiedy półtora roku temu, po zamieszkach chuligańskich na ulicach brytyjskich miast, rząd konserwatystów zabrał się za rozrabiaczy, okazało się że większość z nich korzysta z pomocy państwa. Minister ds. socjalnych nakazał wtedy weryfikację listy i niemal jedna trzecia z nich, jako nieuprawnieni, zostali skreśleni z listy zasiłkowiczów. Ostatnio, przy okazji sporządzania listy tych którzy otrzymują zasiłek chorobowy, stwierdzono, że tylko 1 na 4 osoby kwalifikuje się do tej formy pomocy. „Podatek sypialniany” jest także sygnałem wysłanym przez rząd konserwatystów. Chodzi o zmianę relacji państwo - obywatel, a zwłaszcza grupa społeczna, zdemoralizowana socjalistycznym rozdawnictwem pieniędzy, sygnał, że owszem, rząd nie rezygnuje z opieki nad nieuprzywilejowanymi, lecz nie godzi się na nadużywanie systemu. Autor informacji PAP-a wspomniał wprawdzie, iż marsze odbyły się na ulicach Manchesteru, Birmingham i Glasgow, ale nie wspomniał, że to tradycyjne siedliska legalnych i nielegalnych emigrantów spoza Europy oraz „resztówki” klasy robotniczej, która nie skorzystała z dwóch słynnych reform premier Thatcher, umożliwiających milionom robotników awans do klasy średniej, zdeklasowała się i od paru dekad pozostaje na zasiłku.

I na koniec, cóż za straszne dolegliwości dotkną tych 660 tys. ludzi, którzy zajmują jedną lub więcej sypialni ponad bardzo liberalną normę? Otóż, albo przeprowadzą się do mniejszych domów lub mieszkań, albo utracą 13 funtów tygodniowo z zasiłku na czynsz, albo tez, o horrendum! będą musieli postarać się o prace choćby na ćwierć etatu. Z reformy wyłączeni zostali emeryci, chorzy lub niepełnosprawni, potrzebujący stałej opieki, rodziny wojskowych, którzy raz na jakiś czas odwiedzają dom, oraz rodziny zastępcze. Każdemu dziecku w rodzinie na socjalu powyżej 10 roku życia przysługuje prawo do własnej sypialni, oczywiście za pieniądze podatników. W swoim manifeście wyborczym trzy lata temu David Cameron obiecał, że „postawi państwo, zniszczone 13-letnimi rządami labourzystów z powrotem z głowy na nogi”. A kluczami do tych przemian miały być dwa słowa: „fairness”, sprawiedliwość oraz” to deserve”, zasłużyć. W istocie mniej kaznodziejska wersja hasła premier Thatcher „nie pytaj, co kraj może ci dać, pomyśl co ty możesz dać krajowi”. Długo czekał na właściwy moment, i ten moment nadszedł. Oczywiście, nie bez związku z rewoltą kolegów partyjnych z front i back benchers i krytyką prawicowych mediów, przypominających rządowi o wartościach konserwatywnych. Szkoda , że o tym wszystkim ani słowem nie wspomniała notatka PAP-a, która jako materiał agencyjny, źródłowy, powinna być tym bardziej obiektywna i politycznie wyważona.

Elżbieta Królikowska-Avis.

Londyn, 8 kwietnia 2013.

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl