Jest to książka bezcenna, acz nie do czytania. Raczej do „dowiadywania się”, niczym swoisty indeks lub leksykon. Miałaby oprócz niezwykłej wartości urok par excellence publicystyczny, gdyby na przykład treść była ułożona w porządku, powiedziałbym, sekwencyjnym, to znaczy wątki przylegałyby do siebie i z siebie wynikały, prowadząc w poszczególnych rozdziałach do uogólnień czy - optymalnie – do zaskakujących puent.

Natomiast w tak pomyślanym dziele najlepszy byłby porządek alfabetyczny – według nazwisk przywoływanych postaci. A nadto treść owych przywoływań byłaby faktograficznie wyselekcjonowana. Wiemy dobrze, że w każdym tekście nie wszystkie fakty są jednakowo ważne i nie wszystkie dają się oceniać na takim samym diapazonie. Oczywiste jest też, że ich nadmiar znuży każdego czytelnika, tym bardziej jeżeli nie są rygorystycznie uporządkowane. Zaprzeczeniem porządku jest zaś chaos...

Trzeba przeto żałować, że „Resortowe dzieci. Media.” pozbawione są tych atrybutów dobrej publicystyki. Ale nic to! W epoce Internetu tylko starcy lub skrajni konserwatyści medialno-językowi zwracają uwagę na konstrukcje wypowiedzi. Naszą unowocześnioną profesją rządzą fakty byle jak ewokowane. A ich selekcja, ich porządek, ich następstwa, oceny - to furda. Dlatego „Resortowe dzieci” wykupywane są niczym pomarańcze w PRL „rzucone” jak ochłapy dla społeczeństwa przed świętami Bożego Narodzenia.

Książka wskazuje, jak tamta rzeczywistość ukształtowała wielu młodych i w średnim wieku naszych koleżanek i kolegów po piórze. Jeden z moich serdecznych druhów w zmaganiach z polityczną niewolą dziennikarstwa peerelowskiego, oświadczył, że dowiedziawszy się o tylu kolaborantach w naszym środowisku zawodowym, poważnie się zastanawia, czy nie opuścić szeregów naszego stowarzyszenia. Taką porażającą siłę ma treść tej książki, a więc może ostatecznie nieważne, że jest ona pozbawiona piękna tradycyjnej publicystyki. Zresztą przy tym temacie chyba wcale nie musi go mieć, pod warunkiem jednak, jak sugeruję uparcie, że biogramy dzieci nomenklatury Polski ludowej i często ich ojców czy w ogóle krewnych, byłyby, po pierwsze, oddzielone od siebie: - osobno progenitura - osobno rodzice, rodzina. Po drugie, czego stanowczo domagam się jako czytelnik od następnych wydań, a nie wątpię, że się ich wkrótce doczekam, otrzymają jakiś porządek, np. jak sugeruję, najprostszy i w pisaniu, i co stokroć ważniejsze w odbiorze - alfabetyczny.

Na tle tylu w tej książce zdemaskowanych tajnych współpracowników służb policyjnych PRL wyróżniają się dwie głośne, powiedziałbym nawet, prominentne osobistości całego środowiska dziennikarskiego - Stefan Bratkowski i Adam Michnik. Nigdy nie byli konfidentami SB. Michnika władza tamtej Polski wręcz więziła i internowała. Inna rzecz, że te opresje były dość osobliwe. Przecież Michnik pisał z więzienia eseje polityczne do ówczesnego swego niby-ciemiężcy, Czesława Kiszczaka. I – trawestując Norwida – „dochodziły listy”, ba – krążyły w środowiskach twórczych kraju i emigracji. Innym więźniom ledwo pozwolono pisać jedynie do najbliższej rodziny i bezlitośnie cenzurowano ich wypowiedzi. Czy to by znaczyło, że działalność opozycyjna Michnika była koncesjonowana? Znajomy, jeden z protagonistów mojej najnowszej książki „Zamach na Lenina. Krótka historia Ruchu”, snując kiedyś wspomnienia z internowania w stanie wojennym, powiedział mi, że po pierwszej fali brutalnych represji, ówczesna władza złagodziła rygory w niektórych tzw. miejscach odosobnienia, pozwalała na przykład internowanym mieć otwarte drzwi cel i porozumiewać się bez skrępowań, a nawet poruszać na ograniczonej przestrzeni między celami. Razu pewnego wyjrzał on machinalnie na korytarz, zobaczył Michnika idącego między dwoma milicjantami i żywo, z uśmiechem, coś im opowiadającego. Zauważył patrzącego i natychmiast złapał ręce milicjantów, a oni zaczęli go wlec.

Stefana Bratkowskiego po stanie wojennym wyrzucono z PZPR – chwała mu. Ale, choć był w opozycji, przydawał się władzy jako wyznawca ideologii "socjalizmu z ludzką twarzą", głoszonej przez tzw. komandosów: dyktatura partii marksistowsko-leninowskiej, tak, lecz „zreformowana”, „zliberalizowana”, w formie i stylu działania prozachodnia, wszelako prosowiecka w treści.

Obaj – Bratkowski i Michnik – byli potrzebni opozycji, którą sami dla siebie i swego otoczenia nazywali „demokratyczną”, co implicite miało znaczyć, że inna (inne) była (były) niedemokratyczna(e). Domagając się więc ucywilizowania dyktatury PZPR, zaspokajali zapotrzebowanie władzy na taką właśnie opozycję. Dlatego wcale nie musieli być „tajnymi” – władcy PRL żadnej współpracy z SB im nie proponowali, zresztą można przypuszczać, że obaj prominenci owego prosocjalistycznego quasi-nonkonformizmu nie daliby się namówić na donosicielstwo. Michnik wolał sam ponad głowami najwyższych ówczesnych polityków porozumiewać się z ich "centralą", czyli z Moskwą, próbując zdyskredytować rządy PZPR, w imię "czystości" ideologii marksistowsko-leninowskiej.

I paradoks – obaj opozycjoniści niezłomni i pod względem, powiedzmy w skrócie, agenturalnym czyści jak kryształ stali się po ustawie lustracyjnej fanatycznymi wrogami wszelkich publicznych demaskacji delatorów. W potępianiu jej nie mieli i nie mają żadnych zahamowań werbalnych. Bratkowski w ferworze krytyki lustracji obraził swego czasu sędziego Bogusława Nizieńskiego imputując mu, że „zachowuje się jak u cioci na weselu”. O kalumniach i szantażach moralnych Michnika skierowanych pod adresem zwolenników lustracji trzeba by napisać książkę; co na to Ziemkiewicz?

Łatwo zrozumieć nienawiść Michnika do lustracji, przecież jej idea godzi w środowiska, z których się wywiódł. Ale Bratkowski? Pochodzi z przedwojennej polskiej, przyzwoitej inteligencji. Jakie procesy psycho-społeczno-polityczne zaszły w jego osobowości, że doprowadziły go do środowiskowej apostazji? Dzisiaj wobec postaw i działań ludzi wyznających inną niż jego ideologię lewicową zieje nienawiścią i nazywa ich faszystami. A chyba nie ma korzeni lewicowych ani komunistycznych. Tego węzła irracjonalności jego duszy nie da się chyba rozplątać. Na marginesie: ciekaw jestem, czy wiedza, że Stefan Niesiołowski publicznie powołuje się na wspólne z nim poglądy polityczne napełnia go dumą?

Jest też w „Resortowych dzieciach…” kilka błędów. Wskażę tylko jeden, za to brzydki. Otóż autorzy na str. 43 demaskują obrzydliwość działań politycznych i publicystycznych Waldemara Kuczyńskiego, wszelako nie mogą (nie umieją?) „wpisać” go do „dzieci resortowych”. Sądzą więc, że jeżeli stwierdzą, iż był zięciem Stefana Staszewskiego, sprawującego do marca 1968 r. wysokie funkcje w PZPR – to wystarczy, by owego Kuczyńskiego skompromitować, a przy okazji zgryźliwie napisać o domniemanym jego teściu. Otóż, po pierwsze, Staszewski był w przeciwieństwie do większości bonzów partyjnych człowiekiem na wskroś przyzwoitym, który oprócz tego, że przed 1989 r. nie dostrzegał moralnych szachrajstw Michnika, czynił, odsunięty od władzy pezetpeerowskiej, wiele dobra przedstawicielom opozycji, sam stając się ofiarą wybuchających co pewien czas medialnych, i w słowach niewybrednych, na siebie nagonek. Przed śmiercią w początkach lat dziewięćdziesiątych przyjął chrzest z rąk o. Jacka Salija, który też nad jego trumną odprawił egzekwie. Tak, że ten były dygnitarz PZPR nie zasługuje na żadną zgryźliwość. Po wtóre – inny Waldemar Kuczyński był mężem jego córki, zresztą adoptowanej i kochanej jak własną. ów prawdziwy zięć Staszewskiego był robotnikiem (naprawiał windy), zmarł na raka przed śmiercią swego teścia. Za autorów poproszę wdowę o wybaczenie im nierzetelności dziennikarskiej, która w efekcie uwłacza pamięci jej śp. męża.

Swoistą glosą do „Resortowych dzieci…” jest rozmowa Roberta Mazurka z Dorotą Kanią wydrukowana na łamach „Plusa Minusa” z 11-12 stycznia br. Mazurek jak zawsze przekorny, zarzuca trojgu autorom książki pół żartem, a może wręcz nadmiernie poważnie, tendencyjny wybór postaci i faktów. Kwestionuje zatem niesolidność w tym, co w „Resortowych dzieciach…” jest jedynie bezwzględnie i bezcennie wartościowe – faktografię. Kania w imieniu własnym i współautorów Jerzego Targalskiego oraz Macieja Marosza, prowokowana przez Mazurka broni się, jak może, więc mnoży wątki, popada czasami w tony nieprzystojnie megalomańskie. Lecz oboje w tej hipertrofii dygresji, które tu, o dziwo!, przyjemnie nawet się czyta, wypadają z ról. Zaczynają obmawiać albo bezkrytycznie chwalić kolegów po piórze. Kania na przykład egzaltowanie (a stylistycznie nie najpiękniej) wywodzi, że Bronisław Wildstein „dokonał rzeczy fundamentalnej, która przejdzie do pamięci potomnych, jaką było wyniesienie z IPN listy katalogowej - "To był akt niezwykłej, godnej podziwu odwagi”. Mazurek niepotrzebnie ciągnie ten temat, który dzisiaj jest już dziennikarską ramotą. Acz na szczęście trzeźwo ripostuje, że Wildstein „osiągnął w życiu znacznie więcej niż bycie panem <listy od listy agentów>”.

Nie wiadomo, czy Mazurek naprawdę sądzi, że to, co swego czasu Wildstein skopiował w IPN było (jest) listą agentów, wszak obwarowuje tę konstatację cudzysłowem. Dwa razy zapisany jest na niej Jacek Wegner. Łatwo sprawdzić, czy obaj byli donosicielami, czy tylko jeden z nich, a zdublowanie jest błędem korektorskim. Albo żaden nie był szpiclem - wówczas owa „rzecz fundamentalna, akt godnej podziwu odwagi” w rozumieniu (i odczuciu) Doroty Kani byłaby humbugiem.

W każdym razie to dzisiaj już temat czwartorzędny i ta marginalność jest jakby ekwiwalentem podstawowej ułomności tej książki o niezwykłej wartości, acz pozbawionej powabu czytelniczego, chaotycznie faktograficznej, niewłaściwie skonstruowanej, na dodatek i tu i ówdzie językowo-stylistycznie zgrzytliwej. Na przykład na str. 110 powtarzana jest innymi słowami (też niepowabnymi) ta sama wiadomość: „Kapuściński posługiwał się konfabulacją. Było tak w przypadku (sic!) niektórych jego reportaży z wyjazdów do Afryki. Domosławski zebrał (…) relacje osób i fakty, które wskazują, iż Kapuściński nawet w swoich najbardziej znanych książkach, takich jak Cesarz czy Heban, konfabulował i zmyślał”. Ale dlaczego informacje biograficzne Kapuścińskiego znalazły się wśród życiorysów „dzieci resortowych”? Korzenie rodzinne tego reportażysty są zupełnie odmienne; to on sam, z własnej woli, nieobciążony żadnymi aberracjami politycznymi wyniesionymi z domu wybrał służbą kłamstwu. I żeby zasłonić przed opinią publiczną swe mistyfikacje, sformułował parę frazesów o moralności dziennikarskiej, których dzisiaj dydaktycy dziennikarstwa każą adeptom naszego zawodu uczyć się na pamięć i padać przed nimi na kolana. A więc tytuł książki Kani, Targalskiego i Marosza, gdy przy następnej edycji przekształci się ją w rzetelny słownik biograficzny, powinien brzmieć inaczej – np. „dziennikarze w służbie bezpieki - media” albo „dyspozycyjni wobec SB - media” czy „biografie skażone - media”.

W każdym razie wzorem mogłyby być i powinny dokonania książkowe Joanny Siedleckiej o donosicielach ze środowisk literacko-medialnych. Mają podobne bezcenne walory faktograficzne i zarazem są do czytania, a nie jedynie, jak pozwoliłem sobie określić na początku tych rozważań, „do dowiadywania się”. To po prostu arcyatrakcyjna czytelniczo publicystka, nieprzypominająca w żadnej mierze bałaganiarskiego „leksykonu biograficznego”.

Chciałoby się tedy dziękując autorom za ich mozolną i w końcu pożyteczną pracę prosić: młodsi, uczcie się od starszych, jak uprawiać polityczną, książkową publicystykę. Rządzi się ona bowiem trochę innymi prawami niż gazetowa, radiowa czy telewizyjna.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl