- Mam fioła na punkcie ambicji. Ale sukcesy mnie usypiają, a porażki motywują – wyznała mi czterdzieści lat temu Teresa Torańska. Pomyślałem: „dokładnie, jak u mnie” i postanowiłem zostać dziennikarzem.

Mieliśmy nie tylko ten sam zawód i tego samego ojca, Longina. Teresa, jako jedna z nielicznych doskonale mnie rozumiała. Mieliśmy mentalnie wiele wspólnego, ale i obszary, w których zasadniczo rozchodziliśmy się. Mimo szesnastu lat różnicy nie była dla mnie jak matka, kochająca bezwarunkowo. Była surowa, wymagająca, nie zawsze - w mojej ocenie – sprawiedliwa, ale weryfikowała swoje oceny, była uczciwa. Miała – jak wszyscy w naszej poplątanej rodzinie – ogromny deficyt miłości.

Ostatnio rozmawialiśmy tylko telefonicznie, gdyż rzadko bywałem w Warszawie. Ale były to długie rozmowy. Teresa nie ograniczała się do banalnego - „co słychać?” . Pytaniami przeskakiwała z tematu na temat, drążyła, jakby robiła ze mną wywiad. Lubiła mnie wypuszczać, zarzucała nadmierną gadatliwość i jakby tylko czekała na to, aż dam się złapać. Chętnie dawałem. Wychwytywała najmniejsze przejawy mojego samozadowolenia, śmiała się z nich nieco sardonicznie, ale życzliwie. W ogóle dużo śmialiśmy się. Najczęściej sami z siebie.

Była autentycznie ciekawa wszystkiego, co aktualnie dotyczy mnie i moich najbliższych. Pytała o żonę, córkę Dobrosię, naszych przyrodnich braci - najczęściej o Alka, rzadziej o Maćka - czy znowu byli w Polsce. Alek był jej bliższy, najbardziej fizycznie przypomina zmarłego przed laty naszego ojca. Obaj bracia mieszkają w Kalifornii, czasami przelatują przez Polskę tak szybko, że zwykle nawet nie dzwonili do Teresy. Naszej przyrodniej siostry.

Ostatni raz zadzwoniłem do Niej pod koniec października. Poprosiłem o wypowiedź do rubryki „Niebo w gębie” (o doznaniach kulinarnych podniebienia), którą prowadzę w magazynie „W Podróży”. Nie udało mi się takiej uzyskać od Danuty Wałęsy, a zbliżał się deadline.

Nigdy wcześniej nie zwracałem się do Teresy o żadną wypowiedź do tekstu. Nie była dla mnie ani celebrytką, ani „słynną dziennikarką”, tylko po prostu siostrą. Nie znałem Jej wypowiedzi z telewizji, bo od kilku lat nie mam telewizora. Nigdy w życiu nie rozmawialiśmy o tym, ale było oczywiste, że losów zawodowych w najmniejszym stopniu nie będziemy mieszać. Tym razem jednak stanąłem pod ścianą, a chodziło o banalny temat dziennikarski: najbardziej ulubione potrawy wigilijne. Doskonale rozumiała tę potrzebę dziennikarską: – Napisz to sam - rzuciła. - Uwielbiam karpia w galarecie, ale - i tu się zasmuciła -nie potrafię go zrobić. Albo napiszę ci za kilka dni. Teraz jestem w szpitalu – przyznała to, co podpowiadała mi intuicja.

Chociaż rozmawialiśmy jak zwykle na każdy temat czułem, że nie jest dobrze, bo wiedziałem o nowotworze oplatającym aortę, ale nie od Niej. Nie miałem jednak wątpliwości, że i tym razem nie powie mi na ten temat prawdy. Przyjąłem więc, na moje pytanie o zdrowie, Jej konwencjonalną odpowiedź: „wszystko dobrze”. Zwłaszcza, że Teresa zawsze była złakniona życia, witalna w każdej swojej reakcji, nawet w głosie. Dodałem: „Tylko przypadkiem mnie nie opuszczaj, bo wiesz, że po śmierci matki nie mam już nikogo tak bliskiego”. Śmiała się do telefonu, jakby tym śmiechem dawała rakowi łupnia…

Ósmego listopada dostałem od Leszka, jej męża, sms: „T jest po ciężkiej operacji. Potrzebuje kilka tygodni, aby dojść do siebie. Les”. Już nie doszła. Nie zdążyłem jej zobaczyć.

Ostatni raz widzieliśmy się więc dwa lata temu. Przysiadłem się do Niej w siedzibie SDP przy Foksal na jednym z paneli organizowanych przez Wiktora Świetlika, dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Potem poszliśmy na lunch.

 Całość w najbliższym numerze „Forum Dziennikarzy”

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl