Bitwa Warszawska 1920 r. odcisnęła swoje piętno nie tylko na walczących w niej Polakach, budując dumę i poczucie własnej wartości (o obronie niepodległości nie wspominając!), lecz także i na przegranych sowietach. Pomimo przewagi w ilości wojsk, jakie na front rzuciła strona radziecka, jej nieudolne i buńczuczne dowództwo, a także słabe wyszkolenie i uzbrojenie, niwelowały atut liczebności.



Nasze zwycięstwo było możliwe również dzięki czynnikom pozamilitarnym  – złamaniem szyfrów i nasłuchowi, jaki prowadzili Polacy (znając tym samym plany Armii Czerwonej), samowolką części „czerwonego” dowództwa (głównie Stalina), która zignorowała rozkaz przerzucenia części swoich sił spod Lwowa na północ, celem „zapełnienia” luki między nacierającymi czerwonoarmistami oraz umiejętności wykorzystania tego faktu przez polskich dowódców (m.in. Tadeusza Jordana – Rozwadowskiego). Uderzenie Polaków w „achillesową piętę” (czyli wspomnianą wcześniej wyrwę pomiędzy liniami wroga) ostatecznie przekreśliło leninowski plan rozprzestrzenia „światowego pożaru rewolucji”.
Po klęsce pod Warszawą sowieci zmuszeni byli do zredukowania liczebności Armii Czerwonej. Kryzys w państwie rad postępował coraz bardziej, a tak liczne „rewolucyjne wojska” (ponad pięciomilionowe!) stanowiły ogromny balast dla zrujnowanej tzw. „komunizmem wojennym” gospodarki. Przemysł zarówno lekki, jak i – przede wszystkim – ciężki znajdowały się w opłakanym stanie. Ponadto komuniści mieli wielki problem z lawiną buntów i protestów chłopów, jakie wywoływały wciąż rosnące kontrybucje na rzecz państwa (w mieście nastroje również nie były lepsze). Latem 1921 roku do walki z „bandami” odkomenderowano blisko 200 tys. czerwonoarmistów, którzy powinni zostać zdemobilizowani.
Niepokoje na wsiach i w miastach były brutalnie ukrócane, jednak niezadowolenie społeczne wciąż było „zaraźliwe”.  Tak zwane „chłopskie nastroje”, szczególnie po wojnie polsko- bolszewickiej, zaczęły przenikać w szeregi Armii Czerwonej. Jak czytamy w książce prof. Bogdana Musiała „Na zachód po trupie Polski”, który przewertował dotąd słabo zbadane przez zachodnich historyków rosyjskie archiwa, sytuacja była – lekko mówiąc – tragiczna; „Koszary niszczeją (...) przeżarte rdzą dachy, przeciekają, niszcząc ściany, sufity (...) Ramy okien są zgniłe, brakuje szyb, ustepy przepełnione, nie ma prądu, wszędzie mrok, wilgoć i ruina (...)”.  W Raporcie Zarządu Politycznego Rewolucyjnej Rady Wojennej Republiki z 1924 r. czytamy: „brak opału, chłód w koszarach jest zjawiskiem bardzo rozpowszechnionym (...) W Wielu oddziałach temperatura w koszarach nie przekracza 10 stopni, nie brak miejsc, gdzie temperatura wynosi od 1 do 5 stopni (...) W niejednym oddziale czerwonoarmiści wyskakują w nocy ze swoich łózek i biegają w koszarach, żeby się rozgrzać”.
W 1923 roku 55% żołnierzy mieszkało poza koszarami, których przeciętny stan opisałem powyżej – w barakach, prywatnych domach czy gdzieś na wsiach. Do tego brakowało ciepłych mundurów i obuwia. Stąd też nikogo nie dziwił meldunek z pogranicza polsko – sowieckiego: „Z 3. pułku 1. Dywizji Pogranicza nadszedł meldunek, że polscy żołnierze wykpiwają z czerwonoarmistów z powodu braku butów i mundurów, obrażają ich i nazywają włóczęgami”. Sytuacja jednak niewiele się poprawiła, bowiem po trzech tygodniach nadszedł kolejny meldunek: „Czerwonoarmiści z 3. pułku 1. Dywizji żebrzą u obcokrajowców na węźle łączności naszej i polskiej kolei. Bosi i obdarci żołnierze jawią się jako niezdyscyplinowani, obcokrajowcy fotografują ich i wierzą, iż tak wygląda cała Armia Czerwona”. Meldunki z innych okręgów wojskowych potwierdzały ciągłe braki w podstawowym żołnierskim ekwipunku (np. w Piotrogrodzkim OW 22% żołnierzy nie miało mundurów). Nie brakowało także raportów o kumoterstwie oraz pijaństwie kadry dowódczej. Wszystkie te zjawiska potęgowały i tak niskie, po przegranej Bitwie Warszawskiej, morale. Lawinowo wzrosła także w pierwszej połowie lat '20 ilość samobójstw w Armii Czerwonej, szczególne wśród oficerów niższego i średniego szczebla.
Nastroje poprawiły się nieco w 1923 r., gdy władza sowiecka dostrzegła możliwość „eksportu” rewolucji do owładniętych niepokojami społecznymi Niemiec. Na drodze do udzielenia wsparcia, stała jednak Polska. Podnieceni członkowie politbiura próbowali przedsięwziąć wszelkie możliwe kroki, by nawiązać terytorialną łączność z zachodnim sąsiadem naszego kraju. Rozważano nawet kolejną agresję na Polskę, jednak stan Armii Czerwonej a także niedawna klęska w starciu z „białopolakami” hamowały takie pomysły. Równolegle do wzmacniania wojsk przy granicy z Polską, starano się zbałamucić nasz rząd na pozwolenie na tranzyt przez terytorium RP towarów (żywności i broni) oraz ludzi do Niemiec. Dodatkowo, strona radziecka oferowała rządowi polskiemu „30 milionów rubli w złocie, które miały być uiszczone w formie kontrybucji po układzie ryskim” oraz „swobodę ruchu w Prusach Wschodnich” (co należy rozumieć jako oferta „oddania Polsce” tych ziem). Oczywiście, gdyby rewolucja w Niemczech wybuchła po myśli komunistów, a wsparcie ze Związku Radzieckiego rozstrzygnęło jej wynik, nie ma wątpliwości co do losów okrążonej przez „czerwoną zarazę” Rzeczypospolitej. Poseł sowiecki Grigorij Biessiedowski bez ogródek wspominał po latach, że gdyby Polacy zgodzili się na ten układ, Prusy przyłączone do naszego kraju „stałyby się kolebką niemieckiej zemsty” (po ustabilizowaniu się sytuacji w Niemczech Sowieckich). 
Państwo Lenina zapóźnione w rozwoju gospodarczym i odseparowane, pilnie potrzebowało natychmiastowego zastrzyku zarówno kapitału do rozbudowania własnego przemysłu. wykwalifikowanej siły roboczej i dostępu do nowoczesnych technologii. Wszystko to mogły dać Niemcy. Niemniej, brak zdecydowanych ruchów ze strony władzy radzieckiej, słabość Komunistycznej Partii Niemiec oraz stopniowe uspokojenie nastrojów za naszą zachodnią granicą, zniwelowały marzenia komunistów o zespoleniu ZSRR z Niemcami „Sowieckimi”...
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl