Jedyną receptą znawczyni faszyzmu Madeleine Albright  na  ukręcenie hydrze głowy są rządy inteligenckiej elity gospodarczej nad zwykłymi ludźmi, żyjącymi z pracy najemnej. W odróżnieniu od grupy wybrańców losu – utrzymującej się zwykle z odsetek od polis zdeponowanych w rajach podatkowych.

   Co ciekawe, nikt nigdy nie ośmielił się nawet zapytać, w jaki sposób ci demoniczni utracjusze  zbili fortuny? I kto nominował ich do elitarnego towarzystwa - elit.

   Byłą sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych przepytał na okoliczność „rodzącego się w Polsce i innych krajach faszyzmu” jeden z naczelnych ideologów pan-liberalizmu tygodnika „Polityka” Jacek Żakowski. Pod chwytliwym tytułem „Trzeba obudzić ludzi”! Z letargu, snu marzyciela, względnej prosperity tysięcy polskich rodzin wielodzietnych, którzy ostatnimi czasy mogą sobie pozwolić – po raz pierwszy w życiu - na rodzinne wakacje, co zawdzięczają m.in.  programowi „Rodzina 500 plus”? Autor nie precyzuje, jakich ludzi ma na myśli. Mowa jest jedynie o niedookreślonych grupach mniejszości! W żaden sposób nie nazwanych po imieniu, jakie „grupy mniejszości” tak rozmówczyni, jak i jej interlokutor mają na myśli. Oboje natomiast bez cienia żenady tytułują się elitą intelektualną XXI wieku. Drzewiej bywało, że prawdziwi przedstawiciele elit czuli się niezręcznie, kiedy ktoś tytułował ich tym mianem. By przywołać takie postaci jak Ignacy Paderewski, Stefan Starzyński, Matka Teresa z Kalkuty czy św. Maksymiliana M. Kolbe. Traktowali życie serio i w swoich dziedzinach osiągnęli szczyty możliwości.

   Największe, niemal śmiertelne zagrożenie dla rozmówców wywiadu 46 numeru tygodnika „Polityka” stanowią rządy działające w imieniu tajemniczej większości. Określanej jeszcze niedawno w mediach tzw. głównego nurtu: motłochem, prymitywami, chamami, wiochą, siłą roboczą itp. Określeń tych używano nawet bez cudzysłowu, nie licząc się odczuciami ludzi. Bo to nie ich dotykało.

   Najdotkliwiej bolą Madeleine Albright ataki władz amerykańskich i polskich na media. Na cel była sekretarz stanu USA wzięła za oceanem nieprzyjemne wypowiedzi pod adresem środków masowego przekazu prezydenta Donalda Trumpa. W kraju nad Wisłą zarzuty formułuje wobec podmiotu zbiorowego, tj. przedstawicieli skrajnie radykalnego rządu prawicowego o zapędach dyktatorskich. Charakterystyczne, nie wymienia polskich polityków z imienia i nazwiska. Można się tylko domyślać, kogo ma na myśli. Bo tym samym ległaby w gruzach cała konstrukcja myślowa, iż zagony faszystowskie wolne są od tzw. białych kołnierzyków. Zapytana, jaki czas przebywała w Polsce, by wyrobić sobie tak skrajne opinie na temat radykalizmu rządzących i zaprzańców katolików z Polski, przyznała, że bywa nad Wisłą rzadko. I zwykle jej pobyty nie trwają długo. Ona po prostu wie, bo czyta prasę. Jaką? O to już Jacek Żakowski taktownie nie zapytał, bo to się rozumie samo przez się …

   Rozmówczyni nie utyskuje nad metodami biznesowymi obecnego prezydenta Trumpa, a jedynie na jego cięte riposty dedykowane dotychczasowym elitom USA, skupionym wokół byłego prezydenta Baracka Obamy. On jest tu symbolem, nie jestem nawet pewne, czy sam zainteresowany zdaje sobie sprawę, jaką estymą wciąż się cieszy wśród elity demokratów. Wedle niej szczytem demokracji jest wielokulturowość, wolność przekonań i preferencji seksualnych i zero tolerancji dla chrześcijańskiego systemu wartości. Słowem, sto procent wolności dla grup mniejszości wszelkiej maści, zero – dla większości parającej się pracą najemną i wierzących w stwórczy akt powstania świata.

   Jak się rzekło, sen z powiek pani Albright spędzają ataki słowne prezydenta Trumpa pod adresem mediów. Uznając, że już tylko krok dzieli go od „użycia swojej władzy do walki z wolną prasą, która jest wynalazkiem i kluczowym elementem systemu demokratycznego”. Owych niegodnych symptomów upatruje i dostrzega w krajach, które wchodzą na faszystowską ścieżkę. W jej kraju ojczystym, jak na razie, uważa, że ten stan jeszcze nie nastąpił, niemniej nie wyklucza, że może nadejść. Jako że – i to jest kluczowy argument: - Nie każdy atak na media prowadzi do faszyzmu, ale każdy rodzący się faszyzm atakuje media! Aż trudno sobie wyobrazić podobne zjawisko. Może ta polityk amerykańska ma na myśli rozwydrzoną grupkę - ponoć ustawionych - bohaterów z reportażu  „Superwizjera” o neonazistach? Redakcja „Superwizjera” w specjalnym oświadczeniu wszystkiemu zaprzeczyła – w  odpowiedzi na doniesienia portalu wPolityce.pl - jakoby głośny materiał o polskich neonazistach był „ustawiony”. I co więcej, brali w nim udział dziennikarze światłej stacji telewizyjnej TVN. Nic z tych rzeczy. Stacja TVN,  powołuje się na zeznania Mateusza S., któremu postawiono zarzuty w związku z wydarzeniami ukazanymi w reportażu -  na te kalumnie i oszczerstwa pod adresem TVN „rozważa możliwość podjęcia  kroków prawnych" - czytamy w oświadczeniu TVN.

   Wracając do ulubionego tematu liberalnych mediów doszukujących się faszystów na każdym rogu ulicy, problem w rzeczonym wywiadzie polega i na tym, że brakuje w nim definicji faszyzmu. Każdy rozgarnięty kierownik działu lub redaktor naczelny odesłałby tekst autorowi do uzupełnienia. Podstawowym błędem logicznym jest opisywanie zjawiska bez podania jego definicji. Dla pisma opinii mieniącego się we własnym mniemaniu tym zaszczytnym tytułem –zwłaszcza.

   Konkretnie i rzeczowo Madeleine Albright odparła jedynie, że jest bardzo zaniepokojona powrotem faszyzmu: „Badałam historię faszyzmu. Wiele z tego, co teraz obserwuję, przypomina to, co działo się dziewięćdziesiąt lat temu”. Ot, i cała definicji. Martwi się za to była sekretarz tym, że „wielu ludzi gotowych jest zaufać tym politykom [znowu brak konkretów], którzy z dużą pewnością siebie oferują proste, zrozumiałe recepty i obiecują jakąś świetlaną przyszłość tym, którzy im dadzą władzę – tak jak to robili Mussolini i Hitler”. Kolejny fragment, równie konkretny: - „Obaj wygrali wybory i doszli do władzy w demokratycznych państwach. Zrobili to legalnie. Ludzie głosowali na miłe obietnice (…) Wyborcy poparli pewne zmiany systemowe, ustrojowe,  społeczne i pewną brutalizację życia – np. wobec Żydów i komunistów”. Przeciwko tego rodzaju zbrodniczej dyktaturze protestowali tylko nieliczni. I kolejny konkret: – „To był proces. Mussolini mówił, że trzeba kurę skubać piórko po piórku, żeby się za bardzo nie broniła. Nawet wyrwanie całej garści piór nie powoduje zdeterminowanego, radykalnego oporu, gdy reszta piór demokracji, wolności i praworządności chwilowo wydaje się niezagrożona i zdaje się wystarczać do przerwania”.

W swojej najnowszej książce pod równie znamiennym tytułem „Faszyzm. Ostrzeżenie” Madeleine Albright na warsztat wzięła sytuację w Europie – tj. w Turcji, na Węgrzech, w pewnym sensie w Polsce - a także na Filipinach i ostatnio w Brazylii. Dominujące tam stosunki społeczno-polityczne w XXI wieku przypominają jej zdarzenia sprzed 90 lat. I ostrzega, że mogą mieć podobne konsekwencje. Może się tam mianowicie powtórzyć realizacja marzeń o władzy. Jest to zjawisko trudno uchwytne gołym okiem, ponieważ „jest to proces niewidoczny”. Ale z jej wiedzy i doświadczenia wynika, że w każdym kraju są ludzie myślący w kategoriach plemiennych. Co więcej, „w każdym kraju można stworzyć jakiegoś rodzaju większość, która będzie się identyfikowała z liderem przeciwko mniejszościom”. Swoją drogą, zajmujące, czy Madeleine Albright ma również na myśli – skoro mówi o każdym kraju – Emanuela Macrona we Francji, Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, Władimira Putina w Federacji Rosyjskiej, kanclerz Angele Merkel w Niemczech a może Giuseppe Conte we Włoszech?

   Jedno jest pewne, ma ona na myśli Wiktora Orbana, gdyż „mówi o nieliberalnej demokracji, a idzie dokładnie tą drogą. Nie buduje wspólnoty różnych grup społeczeństwa. Pogłębia podziały, by zarządzać konfliktem, który napędza”. Pojawia się tylko mały problem, niedawno na Wiktora Orbana oddało głos większość społeczeństwa powierzając mu po raz kolejny misję kierowania krajem.

   Była sekretarz stanu USA ma wyraźny kłopot w ocenie poczynań przywódców USA i Polski. Wprawdzie widzi zagrożenie faszyzmem w USA, ale nie uściśla w którym miejscu i kto stoi na jego czele. Przyznaje za to, iż Donalda Trumpa nie uważa za faszystę. A jedynie za „najmniej demokratycznego prezydenta w historii nowoczesnej Ameryki, ale nie .. faszystę”. Byłby, gdyby używał przemocy. Skoro faszystą jest lider używający przeciwko społeczeństwu przemocy, to może ma jednakowoż na myśli Emanuela Macrona, tylko wstydzi się o tym powiedzieć głośno. Kto wie.

   Prezydent Stanów Zjednoczonych byłby natomiast faszystą, gdyby „użył swojej władzy do walki z wolną prasą, która jest wynalazkiem i kluczowym elementem systemu demokratycznego”. Choć – dodaje Madeleine Albright – i w USA są ważni politycy, którzy zamiast pomagać w budowaniu wspólnoty, starają się pogłębiać podziały, by przy ich pomocy rządzić społeczeństwem. A prezydent [chodzi o Donalda Trumpa] mówi publicznie, że „prasa jest wrogiem społeczeństwa”. Naprawdę trudno dociec, czy była sekretarz stanu USA uważa swojego obecnego prezydenta na faszystę czy jednak nie.

   Wyjść z zaułka pomaga jej publicysta Jacek Żakowski, bo uzupełnia: „Jeśli chodzi o prasę, dobrze rozumieją się z prezydentem Dudą”. Jako żywo nie przypominam sobie, aby Andrzej Duda kiedykolwiek deklarował publicznie, że „prasa jest wrogiem społeczeństwa”. Może pan Żakowski ma jakieś przecieki, zażyłe stosunki z prezydentem, który w cztery oczy powiedział dziennikarzowi, co tak naprawdę myśli o prasie!

   Rozmówczyni najwyraźniej przyznaje rozmówcy racje, ponieważ ciągnie swój monolog w najlepsze: - To jest bardzo groźne. Wolna prasa jest podstawą demokracji. Dlatego faszyści zawsze ją atakują” [Gdzie? W którym kraju? Kiedy? Jaką redakcję? – nie dowiemy się]. Niemniej wg niej: – Atak na wolne media jest ważnym symptomem idącego po władzę faszyzmu”. Chwilę dalej pani Madeleine jeszcze eskaluje napięcie: -  Każdy faszysta chce niepodzielnie rządzić umysłami ludzi”. Dlatego tak ją zaniepokoiły słowa prezydenta USA, dla którego wrogiem numer jeden społeczeństwa amerykańskiego jest prasa. I dlatego odczuwa niepokój – głównie poprzez ocean – kiedy w Polsce władze bezpardonowo atakują wolne media. Nie słyszałam o zamknięciu nawet najbardziej nieprzychylnych radiostacji czy redakcji prasowych wobec obecnej ekipy rządzącej, a takowych nie brakuje. Może rozmówcy, znów, swoje wiedzą. Do tego wątku nawiązał po części Łukasz Warzecha w ciekawym artykule na naszym portalu pt. „Medialny Apartheid”. Z większością tez byłabym skłonna się zgodzić. Niektórych programów publicystycznych już nie da się oglądać, tak są nudne i przewidywalne. Z kolegami zakładamy się, w ramach hazardowej rozrywki, którego dziennikarza zaprosi dana stacja, do skomentowania tego czy innego wydarzenia. Jest to powód do chwały, ale typujemy prawie 100 na 100. Na pewno takie zjawisko istnieje, i nie świadczy ono najlepiej o stanie polskiego dziennikarstwa jako takiego.

   Nie zgadzam się natomiast z poglądem Łukasza Warzechy, iż nie ma redakcji w Polsce, do której on by nie poszedł i chętnie podyskutował. Otóż uważam, że byłe niegodziwości pewnych ludzi są na tyle obrzydliwe i wstrętne, że nie wolno przechodzić nad nimi do porządku dziennego. Pewnym ludziom ręki podawać nie można, po chrześcijańsku przebaczyć – owszem, ale do stołu podyskutować zasiada się z ludziom godnym szacunku i wiarygodnym. Dla przykładu, szefowie pism typu „Fakty i Mity” czy „Nie” w moim przekonaniu takimi nie są. I nie ma sensu dłużej się nad tym rozwodzić. Naigrywanie się ze świętości Jana Pawła II czy brak jakichkolwiek hamulców w rozwiązłości obyczajowej niech tu wystarczą.

   Madeleine Albright przypomniała natomiast, że w czasie pierwszej Solidarności badała rolę mediów w jej funkcjonowaniu. Których mediów? I wreszcie jesteśmy w domu: - Spotkałam się wtedy m.in. z kolegami z „Polityki”. To była ważna lekcja starań o niezależność mediów w systemie autorytarnym. I również dlatego tak uważnie obserwuję to, co teraz dzieje się w Polsce”.

   Mówiąc szczerze, nie dziwi mnie niepokój byłej sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych. W czasie pierwszej Solidarność Polakom głowy meblowały dziennik „Gazeta Wyborcza”, a wśród tygodników – oczywiście „Polityka”. Dzisiaj już tak nie jest. Bodaj liczba tytułów gazet o proweniencji liberalnej jest równa lub może nawet nieco mniejsza od tytułów o wrażliwości – mówiąc lapidarnie - prawicowej. Coraz więcej widzów pozyskał wróg największy ideologii – nazwij ją gender, mianowicie Telewizja Trwam ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. Nakład „Niedzieli” i „Gościa niedzielnego” zapewne przekracza łączy nakład „Polityki” i „Tygodnika powszechnego”. Dziesiątki wspólnot modlitewnych w całej Polsce, skupiające młodych ludzi, odbywa właśnie 9-dniowe nowenny, które mogą się zakończyć uroczystym ślubowaniem „Oddania się Maryi”.  Było to możliwe także dzięki temu, że ci młodzi ludzie nie muszą już marzyć o wyjeździe za pracą na Zachód. Gospodarka jest w na tyle dobrej kondycji, że po raz pierwszy od dłuższego czasu mamy do czynienia z rynkiem pracownika, a nie pracodawcy. Coraz więcej moich kolegów informatyków czy programistów stron internetowych przebiera w ofertach pracy niczym w ulęgałkach. I ta komfortowa sytuacja pozwala ludziom zadbać o tzw. imponderabilia, czyli sferę ducha a nie tylko ciała.

   Jacek Żakowski nie zdołał przekonać rozmówczyni do poparcia jego tezy o groźbie faszyzmu w Polsce. Zakończył jednym ze swoich sztandarowych tematów – załamującej się demokracji na kontynencie europejskim. Czego dowodem są rosnące w siłę skrajne ugrupowania polityczne, w Niemczech AfD, we Francji – Front Narodowy, i dalej  … „Włochy, Wielka Brytania, Szwecja, Finlandia, Austria … Prawie cały Zachód wydaje się zmagać z truciznami niszczącymi demokrację”. W równie minorowym nastroju kończy wywiad Madeleine Albright. Przyznaje, że Zachód nie potrafi zaproponować „takiej  wielokulturowości, która by ludzi nie niepokoiła. To daje paliwo radykałom, którzy twierdzą, że rozwiążą ten problem”. Być może złotym środkiem Arystotelesa nie jest pomoc krajom biednym na miejscu, ale jak na razie pomysł ten się sprawdza. Przynajmniej w Polsce. Podczas wakacyjnych wojaży po Polsce spotkałam wielu obcokrajowców, którzy ku mojej radości zwiedzali nasz kraj, doceniając jego walory krajoznawcze. I chwalili władze, że nie dała się zwieść kanclerz Merkel i nie zgodziła się na przyjmowanie imigrantów. Tylko, ciekawe jak długo ostaniemy się tą, swoistą, zieloną wyspą.

Marzanna Stychlerz-Kłucińska

27 listopada 2018 roku

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl