Na facebookowej stronie „Łódź hipsterem miast” przeczytałem, że nagrodę Kapuścińskiego dostałeś „za słynny paszkwil na Łódź”, w którym znowu dokopałeś miastu.

Nagroda podsyciła dyskusję i rozpętała kolejne komentarze. Na forum internetowym „Gazety Wyborczej” jakiś zażarty "patriota lokalny" napisał, że jestem na pierwszym miejscu jego prywatnej listy „do podpalenia”. Przestałem się już przejmować problemem nienawiści w Internecie. Zdziwiła mnie tylko aż tak wielka zaciętość wobec mnie.

Stawianie mi zarzutu, że napisałem "paszkwil na Łódź", to fałszywe pojmowanie lokalnego patriotyzmu. Niestety dotyczy to także niektórych łódzkich polityków i dziennikarzy. Pewna znana ekonomistka, która publicznie mnie krytykowała, w przypływie szczerości przyznała: „Wszystko, co napisałeś jest prawdą, ale opublikowałeś to w gazecie ogólnopolskiej. Jak to o nas świadczy? Wyrządziłeś nam wielką szkodę!”. Wedle zasady: jak mąż okłada pięścią żonę w czterech ścianach mieszkania, to wszystko jest w porządku. Jeśli jednak córka zgłosi to na policję, to ona jest temu winna. Mam wrażenie, jakbym naruszył jakieś tabu lub zburzył lokalne układy towarzyskie.

Od 1995 roku obserwujesz Łódź i opisujesz z perspektywy Warszawy. Może dlatego cię zaatakowali, że nie mają dystansu?

To tylko 133 kilometry koleją. Jeśli zarzutem ma być, że nie mieszkam w Łodzi, to może na tej samej zasadzie, ktoś kto mieszka w Pruszkowie nie powinien pisać o Warszawie?

Od 1995 roku pracuję w ogólnopolskich mediach, ale nadal nieustannie bywam w Łodzi. To wciąż moje miasto, o którym piszę. Trzy najbardziej prestiżowe w mojej karierze nagrody dostałem za teksty lub dokumenty telewizyjne o Łodzi. Napisałem książkę o tym mieście „Łódzka fabryka marzeń”. Owszem, mam dystans do tego, co tu się dzieje, bo nie jestem zaprzyjaźniony z lokalnymi urzędnikami i politykami, nie bywam na tych samych co oni imprezach towarzyskich. Mam czasem wrażenie, że to problem wielu lokalnych mediów. Dziennikarze nie są od kreowania wizerunku miasta i od zajmowania się propagandą, jakiej chciałaby władza. Są od opisywania prawdy.

Mój dystans polega też na tym, że nie ulegam pokusie, aby pisać o Łodzi tak, jak chcieliby ją widzieć sami łodzianie. Staram się pisać tak, jak jest postrzegana na zewnątrz. Nic dziwnego, że czasem budzi to emocje w Łodzi. Myślenie, że w ogólnopolskiej gazecie nie można pisać prawdy, bo stawia to Łódź w złym świetle i psuje jej wizerunek, to hipokryzja. To "mentalność plemienna" na zasadzie "o nas można mówić dobrze albo wcale". Nie pozwolę na robienie z mojego miasta zaścianka.

Nie jest to zwyczajna zawiść?

Nie wiem. Mój tekst "Łódź miasto przeklęte" nie spodobał się niektórym łódzkim dziennikarzom, bo chcieliby to miasto widzieć inaczej. Powiem nieskromnie, że mam dużą wiedzę o Łodzi; od 25 lat śledzę co się w niej dzieje, to moja pasja. Problem polega też na tym, że w dziennikarstwie następują szybkie zmiany pokoleniowe. Wydaje mi się, że dla młodych łódzkich dziennikarzy, którzy próbowali ze mną polemizować, upadek włókiennictwa w latach 90., to jakiś kosmos. Nie wiedzą, o co mi chodzi, bo nie rozumieją przyczyn tego, co się teraz dzieje w Łodzi.

Natomiast, jeśli ktoś nie odnosi się do samego tekstu, ale posługuje inwektywami, to jego problem.

Dlaczego napisałeś tekst "Łódź miasto przeklęte"?

Wkurzyło mnie, że panuje całkowite niezrozumienie, skąd biorą się wielkie kłopoty społeczne Łodzi. O ile dla większości polskich miast ostatnie 25 lat jest okresem ewidentnego gospodarczego sukcesu, o tyle Łódź nie załapała się na tę falę. Najmniej skorzystała z tego sukcesu. Powód jest oczywisty. Łódź startowała z najniższego pułapu, trzeba było zmienić w niej wszystko. Skala koniecznych zmian była tu tak wielka, że przerastała wszystko, co zdarzyło się w innych wielkich miastach. Przez 25 lat kolejne rządy nie zdawały sobie sprawy, że miasto jest w dramatycznej sytuacji. Co gorsza, nie rozumiały tego zmieniające się nieustannie kolejne ekipy rządzące miastem.

Kreślisz czarny obraz. Opisujesz śmierć pijanej kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży, która z kijem bejsbolowym zatrzymywała auta, pijanego motorniczego zabijającego przechodniów, przypominasz sprawę sprzed lat poćwiartowanych i ukrytych w beczkach dzieci. I stawiasz tezę, że spośród polskich aglomeracji Łodzi najtrudniej było odnaleźć się w kapitalizmie.

Nie ja wymyśliłem i nagłaśniałem te makabryczne wydarzenia. Opisali je łódzcy dziennikarze. Dla mnie są one tylko punktem wyjścia do analizy, co dzieje się w Łodzi. Nie epatuję tymi makabreskami, nie koncentruję się na nich. Oczywiście, mogą wydarzyć się wszędzie, ale wydarzyły się w Łodzi. Podjąłem się próby wyjaśnienia, jakie jest podłoże tych wydarzeń. Tak się złożyło, że jeszcze w latach 80. cała Łódź była oparta na przemyśle włókienniczym, w którym pracowało blisko 100 tys. ludzi. W roku 1990, kiedy nadszedł gwałtowny kapitalizm, w ciągu 2-3 lat zakłady splajtowały, a ludzie znaleźli się na bruku. Po włókiennictwie pozostała wielka czarna dziura. Nadal nie udało się jej wypełnić. Bezrobocie w Łodzi jest średnio dwa i pół raza wyższe niż w innych wielkich miastach. Co gorsza, największą grupę stanowią ci, którzy od dłuższego czasu nie potrafią znaleźć pracy. To powoduje biedę, a tam gdzie bieda czasem zdarzają się patologie.

Gdyby Łódź była w USA, splajtowałaby. Jak Detroit. Tak mówi w twoim tekście znany ekonomista Bogusław Grabowski.

Ale dodaje też, że w Polsce nie może zbankrutować jakakolwiek gmina, bo blisko połowę jej budżetu stanowią dotacje rządu na szkoły, pomoc społeczną, służbę zdrowia. Podobieństwo z Detroit jest jednak oczywiste. Chodzi o miasta, które powstały na monokulturze przemysłowej. Detroit na motoryzacji, Łódź na włókiennictwie. Gdy te branże załamały się, mieszkańcy stracili źródło utrzymania.

„Łódź przestała być miastem robotniczym, stała się miastem trwale wykluczonych z rynku pracy” – piszesz.

Niestety kolejne pokolenia łodzian - chodzi o dzieci i wnuki dawnych włókniarek - nie potrafiły odnaleźć się w nowych realiach, przystosować do kapitalizmu. Nie ma dla nich ofert pracy, ani nawet pomysłu jak wyciągnąć je z biedy. To nie ja wymyśliłem. Można to przeczytać w roczniku statystycznym. To z nim, a nie ze mną, polemizują krytycy mojego tekstu. Na początku lat 90. socjolodzy z Uniwersytetu Łódzkiego odkryli w mieście 17 enklaw biedy, gdzie ludzie utrzymują się wyłącznie z pomocy społecznej. 12 z nich znajdowało się w ścisłym śródmieściu, po obu stronach ulicy Piotrkowskiej. Niedawno ci sami socjolodzy powtórzyli badania. Okazało się, że enklawy biedy nie tylko nie zniknęły, ale utrwaliły się. Jest nawet gorzej, bo wymiera pokolenie dawnych włókniarek, które utrzymywały z emerytury siebie i swoje dzieci. Teraz te dzieci i ich wnuki żyją tylko dzięki pieniądzom z opieki społecznej. W żadnym innym wielkim mieście w Polsce nie ma tak wielkiego problemu biedy.

Władze realizują program rewitalizacji: Mia100 kamienic.

Zgadzam się, że coś się zaczyna zmieniać, ale co zrobić z mieszkającymi tam ludźmi? Jeden z dziennikarzy łódzkich napisał, że cieszy się, bo ci ludzie zostaną wysiedleni. Ale gdzie? Zostaną zutylizowani? Wywiezieni na obrzeża? Nie ma dla nich żaden oferty.

Ale wróćmy do twojego tekstu, który powstał ze złości.

Zezłościło mnie, że wszyscy bagatelizują dramatyczne wydarzenia, które dzieją się w Łodzi. Powtarzają, że wszędzie trafiają się mordercy i psychopaci. O kobiecie w ciąży, która w noc sylwestrową z kijem bejsbolowym zatrzymywała auta i zginęła przejechana przez samochód  przeczytałem w jednej z łódzkich gazet. Okoliczni sklepikarze mówili dziennikarzowi, że tak wygląda każda noc sylwestrowa! Gdyby nie śmierć, nikt by się tego nie dowiedział.

Ale czy tylko z tymi dramatami Łódź musi być w Polsce kojarzona?

Jako łodzianin nie lubię czytać tylko o makabreskach w Łodzi. Jeżę się. Ale czym innym jest, jak my łodzianie chcielibyśmy się widzieć, a czy innym, jak widzą nas inni. Mam wrażenie, że wielu moich kolegów, łódzkich dziennikarzy, chciałoby widzieć w Łodzi wyłącznie sukcesy. Ale nie ma sensu udawać, że dramaty nie występują, czyli opisywać Łodzi taką, jaka nie jest w rzeczywistości.

Dyrektor TVP Łódź Jacek Grudzień narzekał w felietonie, że w ogólnopolskich mediach Łódź od lat jest „chłopcem do bicia”. Michał Frąk z łódzkiej „GW” uznał porównanie z Detroit za krzywdzące, bo „w Łodzi nie ma miejsc, gdzie się nie chodzi, bo można zostać zastrzelonym”. To jest tak, jakbyś opisał Warszawę przez pryzmat takich historii, jak zastrzelenie studenta, który w biały dzień wyszedł w centrum stolicy po wodę oligoceńską…

Ale mój tekst nie jest o takich historiach, tylko o ludziach, którzy żyją w Łodzi i mają problemy. Jest próbą wyjaśnienia, dlaczego dochodzi do takich dramatów. Nie można zaklinać rzeczywistości. Jeśli ktoś jest wyznawcą teorii spiskowej, że Łódź ma zły wizerunek, bo dziennikarze z ogólnopolskich mediów zawiązali w tym celu spisek, to nic na to nie poradzę. Trzeba by przyjąć, że spiskowcy w całej Polsce tylko czekają na okazję, aby dokopać miastu Łódź. Przecież to niepoważne!

Kiedy w latach 90. padały kopalnie, górnicy dostawali ogromne odprawy i Górny Śląsk podniósł się z kolan. Włókniarki nie dostały nic. Nie były groźne.

Górny Śląsk się odrodził, a Łódź pozostawiona została sama sobie. Ponadto skala upadku i transformacji była tak wielka, że nikt sobie z tego nie zdawał sprawy: ani rząd, ani kolejne ekipy, które rządziły Łodzią. Ba, nadal politycy nie zdają sobie sprawy, co się w tym mieście wydarzyło. A fakty są takie, że ponad 850-tysięczne miasto w ciągu prawie ćwierćwiecza straciło 140 tysięcy mieszkańców. Nic takiego nie wydarzyło się w innej polskiej aglomeracji. Średnia pensja w Rzeszowie czy Szczecinie jest wyższa niż w Łodzi. Analizuję w swym tekście sytuację gospodarczą, społeczną, socjologiczną. Makabreski o dzieciach z beczek są tylko punktem wyjścia.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl