Świstały Panu kule wokół głowy?

Tak, tak, na przykład na kijowskim Majdanie. Wkrótce, 20 lutego, będzie rocznica „czarnego czwartku”, kiedy snajperzy otworzyli ogień do demonstrantów, zginęło ponad siedemdziesiąt osób. Kule wokół latały. Niezależnie od tego, że robię zdjęcia, mam zwykle na hełmie kamerę GoPro, która dokumentuje, co się wokół mnie dzieje i kilka razy zarejestrowała gwizd kul.

W Donbasie, w pobliżu lotniska w Doniecku, gdzie od dawna trwają walki, też?

Nie, tam rzadko, bo broń strzelecka jest mało skuteczna na większe odległości. Głównie strzela artyleria, moździerze, rakiety Grad. Na wojnie we wschodniej Ukrainie prawie każdemu dziennikarzowi towarzyszy ukraiński żołnierz. Zdarzyło się, że po raz pierwszy od pół roku mojej pracy w rejonie konfliktu, zaledwie 60. metrów obok nas, uderzył pocisk moździerzowy. Uratował nas betonowy mur, ale jeszcze przez dwa dni piszczało mi w uszach.

Na nic w takich przypadkach kamizelka kuloodporna?

Kamizelka chroni przed odłamkami, ale tylko od pasa w górę. Nogi są odkryte i wiele jest przypadków ich urywania lub poważnego okaleczenia. Kiedy uderzył pocisk, w naturalnym odruchu chciałem schować się, uciec. Padłem na ziemię.

Po co Pan się pchał na wojnę: dla sławy czy dla pieniędzy?

Gdybym podliczył, ile zarobiłem na zdjęciach z wojny na Ukrainie, a ile tam wydałem, wyszedłbym pewnie na minus. Fotoreporter musi być blisko wydarzeń. Nie sposób zrobić dobrych zdjęć z daleka, z okien hotelu czy słuchając opowieści ludzi, którzy przeżyli piekło. Wychowałem się na szkole zdjęć w szerokim kącie, więc zdjęcia zwykle robię z bliska. Teleobiektyw to wygodne narzędzie i czasem się przydaje, ale spłaszcza perspektywę a ja tego nie lubię.

Dobrze, nie dla kasy. Więc dla sławy?

W głębi duszy każdy prawdziwy dziennikarz i fotoreporter chce być w centrum największych przemian współczesnej historii. Na pierwszej linii. Ja także mam ciekawość przyglądania się z bliska historycznym wydarzeniom i przekazywania o nich prawdy. A to, co się dzieje na Ukrainie, aneksja Krymu, nie miało miejsca w Europie od czasów drugiej wojny światowej.

Na nagrodzonych przez SDP zdjęciach nie pokazuje Pan wojny przez krew i kawałki poszarpanych ciał, tylko przez ludzkie emocje. One są najważniejsze?

W chaosie wojny ludzkie emocje są bardzo ważne, bo ktoś ginie, ktoś płacze. Na Majdanie robiłem też zdjęcia człowiekowi z przestrzeloną głową, ale one nie były w polskich mediach publikowane. W czasach pokoju ludzie często nie potrafią zrozumieć brutalnych w swym wyrazie obrazków. Ładunek emocji jest zbyt duży. Dla nich to jest szok. Koncentrują się na trupie i to ich w jakiś sposób blokuje. Nie starają się zrozumieć istoty dramatu. Większość mediów pokazuje strzelającego żołnierza, ale już niewielu jego zmęczoną ludzką twarz. Tego, jak po walce bierze prysznic, jak cieszy się z prostych rzeczy, czyta list od swojego dziecka i płacze. Żeby nie zwariować, chce normalnie żyć.

No właśnie. Na jednym z takich zdjęć uchwycił Pan żołnierza: siedzi na łóżku w kamizelce kuloodpornej i kominiarce. Obok stoi karabin, a on ogląda kolorowe malowanki, jakie otrzymał od dziecka. Na innym sfotografował Pan to, co pod stołem. Leżą granatniki, a na jednym z nich opiera się kobieca stopa w klapkach. Ma pomalowane paznokcie.

Z Kijowa przyjechały dwie dziewczyny, wolontariuszki, Polka i Ukrainka. Dostrzegłem niesamowity kontrast. Zadbane nogi kobiet obok ubłoconych butów żołnierza siedzącego przy stole. Nie wiem, czy dziewczyna, która trzymała stopę na granatniku, zdawała sobie z tego sprawę. Nie było to niebezpieczne, bo pocisk był zabezpieczony, ale była to metafora życia, jakie toczy się na Ukrainie. Z jednej strony w Kijowie eleganckie panie popijają kawę w kafejkach, z drugiej, w Donbasie żołnierze codziennie ryzykują życiem wyjeżdżając na front.

Na innym zdjęciu uchwycił Pan uśmiechniętą dziewczynę, która w jednej dłoni trzyma broń, drugą zalotnie dotyka policzka żołnierza. Na stole otwarta puszka tuszonki. Pokazał Pan drugą twarz wojny.

No tak. Ta broń, na której postawiła stopę, służy do odpalania granatnika. Dziewczyna sięgnęła po nią, aby wygodniej usiąść na kanapie, broń ją uwierała. Chyba nawet nie myślała, co trzyma w dłoni i oparła na kolanie. Oboje byli naturalnie zajęci rozmową. Ten widok prosił się, aby go uwiecznić.

Czy są fotografie, które Pan wyreżyserował?

Ukraina jest bogata w unikatowe obrazy. Nie trzeba tam niczego kreować. Oczywiście można też reżyserować, ale po co? Wystarczy się zatrzymać i pomyśleć, co chcemy pokazać. Ale są też takie zdjęcia, których nigdy nikt nie zobaczy, bo pozostały tylko w mojej głowie. Nie zdążyłem nacisnąć spustu migawki.

Jakich Pan najbardziej żałuje?

Ciężkie pytanie, bo takich obrazków było wiele. Dotyczyły mimiki twarzy, ulotnych zachowań. Pamiętam, jakieś dwa miesiące temu, jak żołnierze ukraińscy odjeżdżali w ciężarówce. Podnosili dłonie w geście zwycięstwa. Zaciśnięte pięści. Żegnały ich zapłakane kobiety z dziećmi na rękach. Nie zwracały uwagi na aparaty fotograficzne i kamery. Akurat w tym momencie padła mi bateria. Kiedy zdążyłem ją wymienić kobiety były już zajęte rozmową, rozchodziły się, ich mężowie odjechali.

Wróci Pan na wojnę na Ukrainie?

Chciałbym. Ale nie chcę się koncentrować na linii frontu. Tak, jak ostatnio, kiedy dokumentowałem święta Bożego Narodzenia. Ciekawiło mnie, jak żołnierze będą świętować w okopach. Przerosło to moje oczekiwania. W schronie, w bunkrze, w piwnicy modlili się z duchownymi prawosławnymi i grecko-katolickimi. Charakterystycznym zaśpiewem, jak w cerkwiach, śpiewali kolędy, a na zewnątrz słychać było eksplozje pocisków artyleryjskich. Ginęli ludzie. Szalała śmierć.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl