Dlaczego uważa pan, że w sprawie Ziętary państwo polskie poniosło klęskę?

Krzysztof M. Kaźmierczak: Państwo zawodziło w tej sprawie od samego początku, od 1992 roku, bo przez rok od zniknięcia Ziętary nie rozpoczęto nawet śledztwa. Mimo, że nie było żadnych przesłanek wskazujących na to, że gdzieś wyjechał lub ukrywa się. Dopiero interwencja rodziców Jarka, dziennikarzy i rzecznika praw obywatelskich doprowadziła do wszczęcia śledztwa. Jego konkluzją było umorzenie – poznańska prokuratura przy aprobacie wyższych organów prokuratorskich stwierdziła, że nic się nie stało, że nie było żadnego przestępstwa. Państwo nie chciało wyjaśnić tej sprawy.

Ale dlaczego nie chciało?

Zdecydował o tym wątek służb specjalnych. Naszym zdaniem (tj. Krzysztofa M. Kaźmierczaka i Piotra Talagi – autorów książki o Ziętarze – red.) Jarek dysponował wiedzą, której nie można było łatwo uzyskać. Wymagała ona żmudnego dziennikarskiego śledztwa i bardzo dobrych informatorów. Jarek zbierał materiały o przekrętach na olbrzymia skalę z udziałem ludzi władzy – obecnej (w latach 1991-1992 – red.) i tej przeszłej, peerelowskiej. Tymi sprawami byli zainteresowani ludzie ze służb specjalnych nowej Polski – z Urzędu Ochrony Państwa, którym zależało, żeby zwerbować Jarka.

Czy Pan sugeruje, że Jarosław Ziętara posiadał wiedzę, której nie posiadały służby?

Lata 1991-1992 to był okres wielkich afer gospodarczych. Ziętara miał wiedzę startową, prawdopodobnie UOP mu podpowiadał czy wskazywał, gdzie i czego ma szukać, i on docierał do dokumentów, docierał do ludzi, którzy opowiadali mu o tych aferach.

Czy ten układ pomiędzy Ziętarą a UOP można by nazwać symbiozą?

Można to tak określić, ale zacznijmy od tego, że UOP najpierw chciał go przyjąć do pracy (w tym w pionie wywiadu), a potem zwerbować do współpracy, ale on odmawiał. Wtedy zaczęli mu podsuwać informacje dotyczące interesujących go tematów. Może mieli nadzieję, że jeżeli Ziętara powęszy i coś znajdzie, to ułatwi im to działania przeciwko przestępcom, wywoła jakiś ruch z ich strony, dzięki któremu się odkryją.

Może jednak – wbrew temu, co z uporem powtarzacie – Jarosław Ziętara był tajnym współpracownikiem lub pracownikiem UOP?

Myślę, że gdyby został zatrudniony lub pozyskany do współpracy, to działałby w sposób zakonspirowany, zgodnie z metodyką funkcjonowania służb. Dostałby też osłonę, zabezpieczenie na wypadek zagrożenia. Ponadto po jego zabiciu raczej podjęto by działania ofensywne, aby „pomścić” swojego człowieka. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Służby nie tylko dystansowały się od sprawy Ziętary, to jeszcze utrudniały jej wyjaśnienie.

Skoro jednak UOP przekazywał informacje Ziętarze i liczył na efekty jego działań dziennikarskich to dlaczego nie zapobiegł jego zabójstwu?

Trzeba pamiętać, że wtedy w nowych służbach pracowali różni ludzie, zarówno ideowi, którzy poszli do służb ze względów propaństwowych, jak i dawni esbecy.  Myślę, że ci pierwsi byli w gruncie rzeczy mało profesjonalni, gdyż nie mieli żadnych doświadczeń resortowych. Ci drudzy natomiast mieli nierzadko kontakty z kolegami z SB, którzy pracowali dla przestępców. Generalnie ludzie nowych służb nie spodziewali się, że może dojść do zabójstwa dziennikarza, to nie mieściło się w kategoriach możliwych zagrożeń. A kiedy już do zbrodni doszło, to prawdopodobnie w UOP wybuchła panika i podjęto próby zatuszowania własnego udziału w tej sprawie, aby nie doszło do skandalu, że służby niepodległej Polski naraziły dziennikarza na śmierć.

Dlaczego Ziętara został zabity?

To już mniej więcej wiemy. Jest akt oskarżenia skierowany przeciwko Aleksandrowi G., w którym jest sformułowany motyw zabójstwa. Chodziło o przemyt alkoholu na ogromną skalę prowadzony kanałami przez Niemcy i Czechy.

Aleksander G. jest oskarżony o podżeganie do zabójstwa dziennikarza. Swoimi zeznaniami obciążył go m. in. gangster o pseudonimie „Baryła”. Później jednak wycofał on swoje zeznania. Na czym więc Prokuratura w Apelacyjna w Krakowie, która prowadzi trzecie śledztwo w sprawie Ziętary, opiera akt oskarżenia?

Pod wpływem gróźb, obawiając się o życie swoje i rodziny „Baryła” zapowiadał, że się wycofa, ale ostatecznie tego nie zrobił. To jest informacja, której nie znaliśmy (z Piotrem Talagą – red.) oddając książkę do druku. Prokuratura trzymała to w wielkiej tajemnicy, żeby nie było na tego świadka dalszych nacisków.

„Baryła” mówił panu w prywatnej rozmowie o kulisach uprowadzenia i zamordowania Ziętary. Opisywał dokładnie ostatnie chwile dziennikarza, tortury i zasztyletowanie. Czy jego zeznania zostały uzupełnione, wsparte zeznaniami innych świadków?

Tak, są zeznania różnych świadków, z czego część z nich to osoby, które się wzajemnie nie znają, co podwyższa wagę zebranych dowodów.

W książce piszecie o dwóch zabójcach; raz tym zabójcą był Przemysław C. (śledztwo z 1998 r.), a teraz jest nim tajemniczy Rosjanin, który miał zasztyletować Ziętarę…

Ten pierwszy wątek zabójcy, którym miał być Przemysław C. to było, można powiedzieć, macanie przez ścianę w czasie drugiego śledztwa prowadzonego w Poznaniu w latach 1998-1999 przez prokuratora Andrzeja Laskowskiego. On się czegoś dowiedział, ale to było bardzo mgliste i niekonkretne. Według ustaleń obecnego, krakowskiego śledztwa Przemysław C. zamieszany był nie w zabójstwo tylko w porwanie.

A teraz nie ma „macania przez ścianę”?

Wygląda na to, że teraz są konkrety. Świadkowie podają wiele okoliczności. Przykładowo „Baryła” mówi, ten i ten, to i to konkretnie zrobił, to widziałem, tego byłem świadkiem, uczestniczyłem w napaści na Jarka, uderzyłem go itd.

A czy „Baryła” powiedział panu coś więcej niż ujawniliście w książce?

Mówił dużo o sobie, o tragicznie zmarłym ojcu, o tym jak znalazł się w środowisku osób w ochronie holdingu Elektromis, która zajmowała się wymuszeniami i pobiciami.

Wspominał o motywach zabójstwa?

Nie. „Baryła” był człowiekiem niezwykle sprawnym fizycznie, który nie miał zahamowań. On był od wykonywania zleceń, ale nie kierował działalnością przestępczą, nie należał do ludzi, którzy podejmowali decyzje.

Skąd zatem ma wiedzę o zabójstwie Ziętary?

Od swojego przyjaciela, byłego milicjanta, którego wprowadził go w środowisko Elektromisu. Mówi, że jemu zawdzięcza, że go także nie zabito, kiedy przyjechał w miejsce, gdzie przetrzymywano i torturowano dziennikarza.

Napisał pan, że „Baryła” miał łzy w oczach, kiedy mówił o pobiciu Ziętary.

Tak faktycznie było.

Czy nie miał pan wątpliwości, że on chciał się wybielić i ewentualnie utargować coś z prokuraturą?

Rzeczywiście, nie wiadomo czy „Baryła” mówi całą prawdę, może on też w tym uczestniczył i może ma wiedzę bezpośrednią, a teraz się do tego nie przyznaje, W takiej sytuacji byłby współodpowiedzialny za zbrodnię. Myślę, że prokuratura wzięła to pod uwagę.

Napisał pan, że „Baryła” wie dużo więcej niż powiedział prokuraturze. Czy w ostatnim czasie mógł podzielić się tą wiedzą z prokuraturą?

Tak mogło być, ale nie mam dostępu do akt, żeby to zweryfikować, a prokuratura nie udziela na ten temat żadnych informacji.

Wróćmy do tego, czego pan się od niego dowiedział.

Mówił o tym, że uczestniczył w innych przestępstwach tego rodzaju, lecz konkretów nie podał. Jego zdaniem nie było w tamtych czasach ludzi, którzy mogliby się przeciwstawić ochroniarzom z Elektromisu. Ci, którzy brali udział w porwaniu Ziętary byli jednak z tego powodu zagrożeni. Zdaniem „Baryły” kilku z nich zabito pozorując wypadki lub samobójstwo. On sam długo ukrywał się, gdyż były organizowane na niego zamachy, podejrzewa, że w związku ze sprawą zabójstwa dziennikarza.

Wspomniał pan o Elektromisie. „Gazeta Wyborcza” napisała, że właściciel tej firmy, Mariusz Świtalski, był świadkiem rozmowy, w czasie której padło zlecenie zamordowania Ziętary. Zresztą w jego uprowadzenie i zabójstwo są zamieszani ochroniarze Elektromisu (Dariusz L. i Mirosław R. mają zarzuty pomocnictwa w zabójstwie i uprowadzeniu – red.)Jak pan sądzi, czy będzie akt oskarżenia przeciwko Świtalskiemu?

To pytanie raczej należy zaadresować do prokuratury. „Baryła” twierdzi, że Mariusz Świtalski był przestraszony całą sytuacją, a inicjatorem zabójstwa był G. W jego sprawie, która trafiła do sądu, Świtalski jest świadkiem.

Czy sprawa sięgała wyżej?

Tak zapewne było. Jedna z zachowanych notatek Jarka Ziętary mówi o tym, że w przestępstwa, które tropił zamieszani byli ludzie z byłych i obecnych władz. Aleksander G. miał znajomości na wysokich szczeblach, znał także osoby z kręgu służb specjalnych. Jeden ze świadków powiedział, że bywał on w Elektromisie z w towarzystwie m.in. Ireneusza Sekuły i Mieczysława Wilczka. Byli to wpływowi ludzie. Obaj popełnili samobójstwa. Wilczek w ubiegłym roku, nie zdążono go przesłuchać.

W książce „Sprawa Ziętary” pojawia się – podobnie jak i w śledztwie – wątek Rosjan, których jakoby miał się bać sam Aleksander G.

„Baryła” powiedział, że jeden z nich miał zasztyletować Ziętarę. Świadkowie twierdzą, że G. nazywał ich nie ochroniarzami, a „dżentelmenami ze Wschodu”. Relacje miedzy nimi były nie takie, jak między podwładnym a przełożonym, lecz równorzędne.

Z tego, co pan mówi wnioskuję, że sprawa jest bliska wyjaśnienia, ale dlaczego przez 23 lata nie można było tego uczynić. Dlaczego trwało to tak długo, co stało na przeszkodzie, by śledztwo było szybsze i skuteczniejsze?

Państwo wcześniej nie tylko nie chciało, żeby tę sprawę wyjaśnić, ale podejmowało – poprzez swoje organy - działania, żeby nic z tym nie zrobić. Skrajnym tego dowodem jest pisemne okłamanie w latach 90. prokuratury przez MSW, że UOP nie chciał nigdy zwerbować Ziętary, chociaż w 2011 znaleziono dokumenty o tym świadczące. Oszukiwano nas – dziennikarzy, oszukiwano polityków, prokuraturę, oszukiwano społeczeństwo.

A teraz państwo już chce sprawę wyjaśnić?

Furtkę uchylono tylko troszeczkę. Obecny stan jest efektem wieloletnich starań i działań środowiska dziennikarzy, wsparcia niektórych polityków i zaangażowania krakowskich prokuratorów.

Panowie sugerujecie w książce, że wiedzę o tym, co się stało z Ziętarą od początku posiadał UOP. Obecny akt oskarżenia oparty jest na zeznaniach świadków, ale nie zawiera tego, co mogło być albo i jest w tajnych dokumentach UOP i służb, które są spadkobiercami UOP. Dlaczego nie można ich ujawnić?

Nikt nie może do tych archiwów tak po prostu wejść i poszukać, co w nich jest na temat sprawy Ziętary, chociaż wiem, że zarówno przed, jak i po jego zabójstwie UOP prowadził dotyczące go działania. To tajne służby decydują o tym, co chcą ujawnić. Jesteśmy bezradni. Prokuratura – w tej sprawie – również.

Żałuje pan, że nie poparł pomysłu Ludwika Dorna, by w sprawie dotyczącej porwania i zabójstwa Ziętary powołać sejmową komisję śledczą?

Tak, obecnie tego żałuję. Myślę, że działalność komisji mogłaby spowodować, że na jaw wyszłyby informacje przydatne do pełnego wyjaśnienia tej zbrodni.

Dałoby się to jeszcze naprawić?

W każdym momencie to jest możliwe, w tej kwestii wszystko zależy do woli polityków.

Były w UOP osoby zajmujące się Ziętarą. Czy pańskim zdaniem ponoszą one moralną odpowiedzialność za to, co się z nim stało?

Oczywiście.

Czy ten akt oskarżenia z końca czerwca 2015 roku budzi pana optymizm?

Tak, zaskoczył mnie pozytywnie. Dowodzi on, że prokuratura wykonała ogromną pracę.

Środowisko dziennikarskie przez wiele lat na wasze zabiegi o przywrócenie śledztwa w sprawie Ziętary patrzyło jak na działania szaleńców. Ma pan żal do mediów?

Na pewnych etapach miałem duży żal, że się nie interesowano się tą sprawą, że część dziennikarzy uważało za wariatów mnie i innych starających się o wyjaśnienie losu Jarka. Ale generalnie uważam, że media były też ofiarami - celem dezinformacji i manipulacji, mających utrudnić wyjaśnienie tej sprawy. To się udało zmienić. Znaczna część mediów przyłączyła się do walki o prawdę na temat tej zbrodni.

Czy wszystkie? Niedawno jeszcze oskarżał pan „Gazetę Wyborczą” o ujawnienie danych świadka i torpedowanie śledztwa…

Korzyści z taki działań mają odpowiedzialni za zbrodnie bandyci albo służby specjalne, którym zależy na ukryciu ich roli w sprawie.

Ale autorzy publikacji w GW tłumaczą, że działają w interesie publicznym, odsłaniając kulisy sprawy.

Proszę mi wytłumaczyć, jaki jest interes publiczny w tym, żeby w trakcie śledztwa ujawnić, kim jest świadek i jakie dowody ma prokuratura?

Stwarza się w ten sposób zagrożenie?

Moim zdaniem tak. I dla świadków, i dla samego śledztwa. Kryzys, który podczas niego wystąpił był pochodną ujawnienia informacji o działaniach prokuratury. O mały włos sprawa nie zakończyłaby się umorzeniem.

Od śmierci Jarosława Ziętary upłynęły prawie 23 lata. Nadal budzi ona w panu silne emocje?

O tym, jakie były jego ostatnie chwile, że był torturowany, a jego ciało rozpuszczono w kwasie dowiedzieliśmy się dopiero w tym roku. A to przecież był nasz kolega i przyjaciel. Nie mogę być na to obojętny.

Dostawał pan pogróżki, bywał inwigilowany - czy pańska wiedza nie przeraża pana?

Ja takiej niebezpiecznej wiedzy, jak Jarek, nie mam. Do nas nie zgłosił się nigdy żaden człowiek i nie powiedział: „słuchajcie, opowiem wam wszystko, jak to było z Ziętarą”.

Jaki finał byłby dla pana satysfakcjonujący?

Chciałbym, żeby wszyscy, którzy są odpowiedzialni za śmierć Jarka zostali postawieni przed sądem. A ci, którzy utrudniali prowadzenie tej sprawy, żeby przynajmniej ponieśli moralną odpowiedzialność. Ale szanse na taki finał są nikłe.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl