Czy polskie media nadal chcą mieć korespondentów w Brukseli? Dziennikarzy pracujących w „sercu Europy” ubywa.

Dominka Ćosić.: Mieszkam i pracuję w Brukseli już 10 lat i w tym czasie zainteresowanie polskich mediów sprawami europejskimi rzeczywiście spadło. Stałych korespondentów mają tylko największe gazety i stacje – jak „Rzeczpospolita”, „Dziennik.Gazeta Prawna”, „Gazeta Wyborcza”, TVP, Polskie Radio czy RMF. Ale i one zmniejszają liczbę korespondentów. Reszta mediów korzysta natomiast głównie z doniesień agencji i szuka informacji za pośrednictwem Internetu.

Tak dzieje się z powodów finansowych? To kwestia oszczędności wprowadzanych w redakcjach?

Sprawy finansowe są istotne, bo niektórych redakcji nie stać na utrzymywanie korespondentów na etatach. Jednak to nie jedyna przyczyna tej dość skromnej reprezentacji. Podobnie postępują redakcje z krajów innych „nowych” członków Unii Europejskiej, np. z Chorwacji czy Czech. Zajmowały się sprawami UE i decyzjami, jakie zapadają w Brukseli przede wszystkim do czasu negocjacji przedakcesyjnych, póki nie zostały członkiem Unii. Potem to zainteresowanie gwałtownie spadło. Tymczasem nie wystarczy kopiowanie doniesień agencyjnych albo raz na jakiś czas połączyć się z parlamentarzystą pracującym w Brukseli, by wiedzieć, co tam się dzieje.

Warto śledzić to, czym zajmuje się Komisja Europejska i zdobywać własne informacje.

Niestety, wielu redaktorów naczelnych, a nawet polityków tego nie rozumie. Przecież teraz, po ratyfikacji traktatu lizbońskiego aż ok. 90 proc. decyzji legislacyjnych, które potem musimy realizować w kraju, zapada w Brukseli! W naszym interesie jest dokładne przyglądanie się procesowi powstawania prawa europejskiego. Nie wystarczy ściągać krótkie notki z Internetu, trzeba się spotykać z politykami, mieć własnych informatorów, tłumaczyć opinii publicznej, jak decyzje Brukseli wpływają na to, co się dzieje w Polsce. Inaczej opinia publiczna nie zrozumie mechanizmów, które działają w UE. Bo dopiero po wejściu kraju do Unii zaczyna się robić ciekawie. To ten czas, a nie samo przygotowanie do akcesji jest znacznie ważniejszy.

Korespondentów z krajów „starej” Unii także jest w Brukseli niewielu?

Niektórzy doskonale rozumieją, że warto trzymać rękę na pulsie. Armię korespondentów ma w Brukseli np. Hiszpania – pracuje tam ponad 100 dziennikarzy z tego kraju, choć wielu z nich to wolni strzelcy. Bardzo wielu korespondentów mają także Wielka Brytania i Niemcy. Niemniej na skutek kryzysu ekonomicznego, który dotknął również media, zwłaszcza gazety, od 2008 roku dziennikarzy systematycznie ubywa. Kiedy w 2005 roku przyjechałam do Brukseli, oficjalnie akredytowanych było tu ok. 1200 zagranicznych korespondentów. Dziś to tylko nieco ponad 700 osób. Spadek jest zatem widoczny. Łotwa miała np. przez lata tylko jedną korespondentkę, która pracowała dla wszystkich łotewskich mediów. Dopiero w tym roku z okazji prezydencji tego kraju w UE dołączyło do niej dwóch korespondentów. To niewielki kraj, niemniej przecież decyzje zapadające w Unii są dla niego tak samo ważne jak dla większych państw.

Skoro korespondentów mocno dotknął kryzys finansowy, jak sobie radzą? Trzeba współpracować z kilkoma redakcjami jednocześnie, by utrzymać się w Brukseli?

Część naszych korespondentów o etatach może tylko pomarzyć. To tzw. wolni strzelcy, którzy rzeczywiście wysyłają teksty czy materiały do kilku redakcji. Pracują jednocześnie dla gazet, radia i portali internetowych. Inaczej musieliby szukać innego zajęcia.

A może w ogóle spada zainteresowanie polskich mediów tym, co się dzieje w Europie i na świecie? Doniesień z zagranicy jest coraz mniej. Nawet kiedy oglądamy w telewizji relacje na temat napływu uchodźców z Afryki czy walk na Ukrainie to rzadko są to materiały własne, przygotowane przez polskich dziennikarzy, których tam wysłano.

Niestety, tak się właśnie dzieje. Redakcje nie chcą płacić za wyjazdy swych reporterów, tymczasem zwykle nie da się przygotować pogłębionej relacji na tematy zagraniczne zza biurka w Warszawie czy Krakowie. Trudno pisać merytorycznie o sprawach Unii Europejskiej, jeśli nie chodzimy na briefingi Komisji, nie czytamy analiz i dokumentów, nie rozmawiamy z decydentami czy nawet zwykłymi urzędnikami. Pogłębiony artykuł wymaga porządnej wiedzy i ciągłego uczenia się. Znacznie łatwiej pokazać w telewizji pyskówkę między dwoma posłami i komentować ją potem w programie bez końca. Ale materiał na temat takiej „wymiany ciosów” raczej nie wytłumaczy nikomu decyzji zapadających w Brukseli. Może natomiast spotęgować niechęć do śledzenia spraw europejskich.

Wiele redakcji nadal tnie koszty. O sfinansowaniu wyjazdów zagranicznych dziennikarze mogą czasem tylko pomarzyć.

Co gorsza niektóre media wykorzystują też pracę praktykantów i stażystów niemal lub wręcz za darmo. To wszystko zwykle odbija się na jakości doniesień zagranicznych.

Czy to oznacza, że praca korespondenta w Brukseli nie daje specjalnej satysfakcji?

Jeżeli dla kogoś dziennikarstwo i bycie w centrum wydarzeń jest pasją, jak dla mnie, to może dawać satysfakcję, ale to nie jest łatwy chleb. W ciągu tych 10 lat wiele się, rzecz jasna, nauczyłam. Może już jednak czas na nowe wyzwania? Nie wykluczam powrotu do Polski.

fot. Wiktor Dąbkowski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl