Z mecenasem Arturem Wdowczykiem o art. 212 kodeksu karnego i szansach procesowych dziennikarzy rozmawia Błażej Torański.

Czy politycy jakiejkolwiek partii politycznej po dojściu do władzy zniosą art. 212 kk?

Nie wiem, ale obawiam się, że nie, bo kultura polityczna w Polsce jest mało przyjazna dla dziennikarzy. W państwach zachodniej Europy żaden z polityków, na przykład we Francji, ze względu na przyjęte obyczaje nie ośmieliłby się wykorzystać instrumentu karnego przeciwko dziennikarzom.  

Ale przecież likwidację tego przepisu, albo zmianę jego treści, deklarowali w ostatnich latach politycy wszystkich partii, także PiS–u.

Takie były deklaracje. Składały je chyba wszystkie partie, ale żadna tego nie zrobiła. Kiedy dochodzi do rzeczywistych uchwał na deklaracjach się kończy. Dlatego, mówiąc o braku dotrzymywania słowa, wspominam o kulturze politycznej.

Tymczasem liczba skazanych z art. 212 kk – bywają wśród nich także dziennikarze – stale rośnie. W 2015 roku było ich ok. siedemdziesięciu. W pierwszej połowie 2016 – 50. Politycy używają tego przepisu jako straszaka wobec dziennikarzy?

Na pewno. Jest kilka aspektów. To tani instrument. Opłata sądowa wynosi tylko 300 zł. Stosuje się kodeks postępowania karnego, co automatycznie stawia dziennikarza pod swoistym pręgierzem, uprzykrza mu życie. Władza przyzwyczaiła się, że ten mechanizm funkcjonuje, że jest to obowiązujące prawo, a skoro działa, to sądy orzekają. Jest też ciemna strona zawodu. Problem z rzetelnością dziennikarską i zaangażowaniem się dziennikarzy po różnych stronach politycznych.

Wskazuje Pan na problem rzetelności dziennikarskiej. Aleksander Pociej, senator i adwokat uważa, że zmiana art. 212 kk zwiększyłaby liczbę agresywnych i kłamliwych wypowiedzi. Miałby Pan takie obawy?

Nie, ja takich obaw nie mam. Art. 212 w swoim efekcie jest bardzo podobny do instrumentów prawa cywilnego. Do karania kłamliwych wypowiedzi rozwiązania cywilno–prawne są wystarczające. Sądy w Polsce orzekają niezwykle wysokie zadośćuczynienia. Przeprosiny w mediach są o wiele bardziej dotkliwą sankcją, aniżeli samo skazanie.

Niewątpliwie. Art. 212 kk najbardziej dotyka dziennikarzy lokalnych. Ogranicza ich możliwości kontrolowania władzy samorządowej?

No tak. Lokalni działacze, politycy, bardzo często znają sędziów, policjantów, przedstawicieli wszystkich innych organów państwa i tworzą się rozmaite powiązania. Nie oszukujmy się, że ich nie ma.

Układy zamknięte, jak w filmie Ryszarda Bugajskiego. Niedawno „Wiadomości Wrześnieńskie” przegrały proces o naruszenie dóbr osobistych pracownika lokalnego Urzędu Skarbowego, choć nie podały jego nazwiska, ani innych danych umożliwiających jego identyfikację. Krzywdzący wyrok?

Tego nie wiem. Często można nie podać nazwiska, a w małych społecznościach i tak wiadomo, o kogo chodzi. Ale Urząd Skarbowy to też jest władza i proces jego pracownika powinien toczyć się poza miejscem jego zamieszkania. W polskim prawie brakuje przepisów antykorupcyjnych.

Nie bardzo rozumiem. Chce Pan powiedzieć, że dziennikarze i redakcje przegrywają, ponieważ za tymi wyrokami kryje się korupcja?

Nie twierdzę, że tak jest, ale może tak być, że decyduje korupcja lub znajomości. Jeżeli ktoś jest urzędnikiem, policjantem, prokuratorem, sędzią czy burmistrzem, sprawuje jakąkolwiek władzę, to dla przejrzystości jego spraw nie powinny  rozstrzygać lokalne sądy. Urzędnicy skarbowi, jak w sprawie „Wiadomości Wrześnieńskich”, też sprawują władzę. Najlepiej doświadczył tego Roman Kluska.

W sprawie opisanej przez „Wiadomości Wrześnieńskie” chodziło o zderzenie się dwojga rowerzystów. On, pracownik Urzędu Skarbowego, nieprawidłowo wyprzedzał. Ona złamała rękę i potłukła się.

Nie, tej sprawy nie znam, ale tego typu to są sytuacje.  Wielu dziennikarzy mówiło mi, że na ich terenie lokalnym wygrać sprawę będzie im ciężko.

Obawiali się tych powiązań?

Mówili wprost: „tutaj wszyscy się znają”. W małym mieście wydział karny tworzą dwie osoby. Jeśli jeden sędzia ze sprawy się wyłączy, a drugi nie, i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Dziennikarze boją się wyroków i coraz częściej unikają opisywania trudnych spraw. Uważają bowiem, że każdy może ich oskarżyć i sprawę wygrać. Wystarczy, że poczuje się obrażony.

Rzeczywiście na prowincji jest to poważny problem dziennikarzy lokalnych. Ponadto nie mają oni zwykle pieniędzy, a procesy są długotrwałe i uciążliwe. Proces karny z założenia jest dłuższy od procesu cywilnego. Wymaga obecności w sądzie.  

Senacka komisja praw człowieka, praworządności i petycji odrzuciła niedawno apel Rzecznika Praw Obywatelskich i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka o zmianę art. 212 kk. Chodziło o taką zmianę, aby dziennikarze nie ponosili odpowiedzialności za zniesławienie. To zły sygnał. Spodziewał się Pan innej decyzji?

Nie spodziewałem się, ale uważam, że ten wniosek zawiera pewien błąd: należałoby odwiesić 212 kk wobec wszystkich, nie tylko dziennikarzy, jednej grupy zawodowej. Ale za zniesieniem tego artykułu przemawiają argumenty prawa cywilnego. Skierowanie na drogę cywilną postępowań dotyczących wypowiedzi jest sensowne. Rozwiązania karne w tym zakresie są pozostałością minionej epoki. Wszędzie na świecie regulują to postępowania cywilne i administracyjne, ale nie karne. Kodeks karny powinien być – jak to się ładnie nazywa w łacinie ultima ratio – ostatecznością. Należy go stosować wobec osób, które popełniły realne przestępstwa, a nie za dużo powiedziały, a ktoś się tym poczuł urażony.

Dziennikarze często żalą się, że już na starcie w procesach z 212 kk mają słabszą pozycję procesową. Pan występował jako ich obrońca w wielu procesach. Ma Pan takie samo poczucie?

Mam wrażenie, że dziennikarze stoją na gorszych pozycjach dlatego, że nie ma w Polsce zrozumienia dla wolności słowa i krytyki władz. Ponadto urzędnicy utrzymujący się z budżetu państwa są solidarni i gorzej traktują zatrudnionych prywatnie.

Ale dziennikarze są tylko najemnikami, zwykle nie mają udziałów w prywatnych wydawnictwach, dla których pracują.

No tak, ale ludzie władzy mają poczucie, że w sądach czy policjach jest dobrze i dziennikarze się ich tylko czepiają. Tymczasem prawda jest taka, że patologie częściej występują w sektorze państwowym, aniżeli prywatnym.  

Sędziów i urzędników najbardziej wkurza dociekliwość dziennikarzy?

Moim zdaniem tak. Ciągle o coś dopytują. Nie odpuszczają w dociekaniu tego, gdzie zatrudniona jest rodzina burmistrza czy prezydenta. Albo opisują przejmowanie państwowych posad przez działaczy partyjnych. To wywołuje wściekłość władzy. Na korytarzach sadowych widziałem takie reakcje nie raz.

Z tego powodu najczęściej dziennikarze przegrywają procesy?

Przez to nie jest im łatwiej. Jak dziennikarz opisuje lokalne układy, wskazuje wprost kogoś, kto lokalnie rządzi i dzieli, to nawet mury są przeciwko niemu.







 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl