BŁAŻEJ TORAŃSKI: „Niech pan pisze, co chce, mam to w dupie!” – powiedział Ci kilka lat temu Michał Sołowow. Czy najbogatszym Polakom nie zależy na wizerunku medialnym?

MICHAŁ MATYS: Michał Sołowow znany jest z emocjonalnych wypowiedzi. Tak się zaczęła nasza rozmowa. Myślę jednak, że jest wręcz przeciwnie. Bardzo zależy im, jak są postrzegani, bo od tego zależą efekty w biznesie.

W jaki sposób zabiegają o względy dziennikarzy? Kupują ich?

Nie znam przypadku, aby dziennikarz został złapany za rękę. To jest bardzo delikatna sprawa i każdy ma w głowie przekonanie czy przekroczył cienką czerwoną linię, czy nie. Jest kilka innych, prostych sposobów, aby uzyskać przychylność dziennikarzy. Po pierwsze: można się z nim zaprzyjaźnić. Jego redakcja chętnie będzie korzystać z newsów. Dziennikarz, który jako pierwszy dostaje informacje, nie będzie źle pisał o biznesmenie, który mu je daje.

Zacznie być bezkrytyczny?

Mówię o systemie. Szefowie redakcji wymagają od niego wydajności. Prestiż dziennikarza rośnie, jeśli dostarcza newsy o najbogatszych Polakach. Czy dziennikarz będzie bezkrytyczny, bo nie zachowa dystansu, albo odwrotnie, to już zależy od niego. Przed laty Boeing podpisywał kontrakt z LOT–em i zaprosił polskich dziennikarzy do swojej fabryki w USA. Trudno było oczekiwać, że po powrocie napiszą krytyczne artykuły.

Boeing produkuje świetne samoloty.

No tak, ale podobnie robią polscy bogacze: zapraszają dziennikarzy na wycieczki lub konferencje zagraniczne.

Dostałeś taką propozycję?

Tak, na wakacje w Europie. Z kontekstu wynikało, że będzie obficie, fajnie.

Co miałeś dać w zamian? Napisać ciepły artykuł?

Niczego ode mnie nie oczekiwał, ale wiedziałem, że jak pojadę …

… to zaknebluje Ci usta?

Byłbym zmuszony pisać o nim wyłącznie dobrze. Wystarczy, że gdzieś powiedziałby, że byłem na takiej wycieczce. Zniszczyłby moją wiarygodność. Nawet nie chcę wiedzieć, który dziennikarz skorzystał z tej propozycji.

To była propozycja korupcyjna.

Wszystko zależy od tego, gdzie jest wytyczona granica. Jak w przypadku lekarzy zapraszanych na zagraniczne konferencje naukowe. Jest to normalne, jeśli mają zapoznać się z działaniem nowych lekarstw lub badań naukowych. Jeżeli natomiast zapraszani są do ośrodka narciarskiego w Alpach, gdzie dostają jedynie ulotki o lekach, to można rozważać korupcję. To samo jest z dziennikarzami. Granica jest cienka.

Cienka? Dostałem przed laty propozycję wylotu z dziennikarzami z Łodzi do Kopenhagi, jeśli – tak usłyszałem od sekretarki wiceprezesa łódzkiego lotniska – na pierwszej stronie podróżniczego dodatku do „Rzeczpospolitej” opublikuję relację. Wyśmiałem ją.

To była głupia, grubymi nićmi szyta propozycja. Zwykle robi się to jednak w białych rękawiczkach. Jeśli dziennikarz leci na koszt bogacza na konferencję, nie wypada mu źle napisać nie tylko o tej konferencji, ale i o osobie. W książce „Grube ryby” przytaczam i takie historie. Nie mogę jednak nikogo oskarżyć, bo o tym, czy dziennikarz przekroczył granicę, czy nie, wie tylko on sam. Czytelnik natomiast może powiązać fakty. Czy dziennikarz pisze o miliarderze entuzjastyczne teksty, czy nie. Znam przypadek znanego dziennikarza, który był ekspertem renomowanego instytutu sponsorowanego przez bogacza.

Podajesz ten przykład w rozdziale o Kulczyku. Jego firma sponsorowała tę instytucję.

Dlatego pytanie o granicę jest do tego dziennikarza.

Pisał pozytywne teksty o Janie Kulczyku?

Powiem inaczej:  nie znam krytycznych tekstów.

Jeśli ten dziennikarz jako ekspert zarabiał w instytucie sponsorowanym przez firmę śp. najbogatszego Polaka, to była korupcja.

Nie nazwałbym tego korupcją, bo nie złamane zostało prawo. W dodatku nie wiem, czy zarabiał, może był społecznym ekspertem... Bardziej chodzi tu o poczucie przyzwoitości.

Raczej: braku przyzwoitości. O kogo chodzi?

Nie chcę wymieniać nazwisk.

To ja wymienię. Marek Markiewicz jako przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przyznał Zygmuntowi Solorzowi koncesję dla Polsatu, a potem zarabiał u niego prowadząc, jako dziennikarz, programy „Sztuka informacji” i „Bumerang”. To w porządku?

Przyznał, a potem poszedł do niego pracować, ale nie tylko on tak postąpił.

Ale sam miałeś wątpliwości. Pytasz go w książce: czy to moralne?

Kiedy pisałem o tym po raz pierwszy w „Gazecie Wyborczej” moi rozmówcy twierdzili, że nie jest to etyczne. Nie ma jednak rozwiązań prawnych, które to regulują. Marek Markiewicz tłumaczył się, że z dnia na dzień został zwolniony przez Wałęsę, gdzieś musiał pracować, pomógł mu Solorz.

Musiał przyjąć pracę u tego, któremu przyznał koncesję?

Jest normą, że dziennikarze jeżdżą na wycieczki – trudno to nazwać korupcją, bo nikt nikomu nie daje łapówki – i granica się zaciera. Dziennikarze ekonomiczni jeżdżą od dawna. Nieliczni odmawiają.

Uporządkujmy: nie ma niczego nagannego w tym, że dziennikarz wyjeżdża na koszt jakiejś firmy. Naganne jest, jeśli potem pisze panegiryk.

A kto ma decydować czy to jest panegiryk, czy nie? Prawdopodobieństwo, że napisze nieprzychylny tekst jest bliskie zeru. Podświadomie dziennikarz się cenzuruje. To nie jest coś za coś. Wytwarza się układ. Symbioza.

Decyduje czytelnik. Media kreowały pozytywny wizerunek Jana Kulczyka także dlatego, że potrzebowały bohatera, który odnosi sukcesy w biznesie.

Większość polskich dziennikarzy ekonomicznych to wyznawcy neoliberalizmu, gospodarki wolnorynkowej w czystej postaci. Niedawno jeden z najbogatszych powiedział, że Polacy muszą w coś wierzyć. Jedni wierzą więc w Pana Boga, drudzy w liberalizm. Tak określił spór światopoglądowy, który toczy się w Polsce. Polscy miliarderzy w latach 90. stali się symbolami sukcesu. Dla wyznawców neoliberalizmu byli pomnikami, dla innych – aferzystami. Dziennikarzom ekonomicznym łatwo było popaść w zachwyt. A jak jeszcze pojechali z nim na wycieczkę za granicę i zobaczyli, że jest taki fajny, ludzki, łatwiej było im pisać o nim pozytywnie.

Nie wszyscy przyjmowali te schematy. Joanna Solska i Adam Grzeszak opublikowali w „Polityce” tekst „Państwo to Jan” – o tym, że Skarb Państwa nie może przeprowadzić żadnego większego interesu bez Jana Kulczyka – i tygodnik stracił setki tysięcy złotych. Firmy Kulczyka przestały się w „Polityce” ogłaszać.

To prawda. Reklamy i artykuły sponsorowane też są formą zapewnienia sobie przychylności gazety. Ale nie ma w tym nic złego.

Jak to nie ma?

Bo tak działa wolny rynek i nikt nie wymyślił niczego lepszego. To, czy pismo jest odporne na presję finansową, świadczy o jego sile - buduje jego pozycję i markę. A z takim pismem – gwarantuję to – liczą się także bogacze. Niestety rynek mediów przeżywa kryzys. Każdy wydawca wie, że może stracić reklamy warte kilkaset tysięcy, a może i miliony złotych, jeśli zaryzykuje śledztwo dziennikarskie. Dlatego łatwiej, prościej i korzystniej jest odpuścić niewygodne tematy.

Wszystkie gazety ekonomiczne na to idą? Piszą pozytywnie o właścicielach firm, które zlecają reklamy?

Nie jest tak, że piszą pozytywnie. Wystrzegają się krytycznych artykułów.

Można kupić milczenie?.

W pewnym sensie można to tak nazwać.

W książce „Grube ryby” cytujesz Gromosława Czempińskiego sprzed jedenastu lat: „Klimat u nas jest taki, że można wszystko podrzucić polskim dziennikarzom i to wydrukują”. Nadal jest taki klimat?

Nie mówimy już kłamstwo, tylko postprawda, a to dowodzi, że Czempiński w stu procentach miał rację. Ten klimat się pogorszył. To, co powiedział, jest jeszcze bardziej aktualne. Dziennikarze kupią każdą bzdurę.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl