Z Wojciechem Piotrem Kwiatkiem o polskiej powieści kryminalnej rozmawia Błażej Torański.

BŁAŻEJ TORAŃSKI: Autor powieści kryminalnych Zygmunt Miłoszewski przed laty pisał reportaże sądowe dla „Super Expressu”, potem felietony do „Newsweeka”. Nazwana przez niego „królową polskiej powieści kryminalnej” Katarzyna Bonda także była dziennikarką: „Super Expressu”, „Newsweeka”, „Wprost”. Czy dziennikarzom łatwiej zostać Aghatą Christie lub Joe Alexem?

WOJCIECH PIOTR KWIATEK: Dziennikarze niewątpliwie są w korzystniejszej sytuacji, bo mają doświadczenie w reporterskich penetracjach. Ale to nie jest oczywiste, że dziennikarz napisze lepszą powieść kryminalną. Wiedza o rzeczywistości i sprawność pióra to jeszcze za mało. Powieść kryminalna, jak zresztą każda powieść, musi mieć jeszcze duszę.

Aby wyjaśnianie zbrodni obejmowało także analizę psychiki człowieka, jak w „Zbrodni i karze”?

To oczywiście też, ale nie tylko. Materia życia, fabuła, brana dosłownie pozostanie jedynie reportażem z elementami sensacyjno-kryminalnymi. Powieści potrzebny jest element …

… kreacji i wyobraźni?
O, tak. Tak właśnie jest. Nie wydaje mi się, aby najsłynniejsi autorzy kryminałów byli dziennikarzami. Nie był nim Arthur Conan Doyle, Maurice Leblanc. Być może epizod dziennikarski miał Raymond Chandler.

Miał. Był dziennikarzem i recenzentem „The Academy” i „The Spector”. Conan Doyle był lekarzem.
Wszyscy oni wiedzieli, na czym polega powieść kryminalna, dlatego kreowali swojego stałego bohatera. Wie to każdy szanujący się autor powieści kryminalnej.

Agatha Christie Herkulesa Poirota, Raymond Chandler Philipa Marlowe’ a, Georges Simenon komisarza Maigreta, a Zygmunt Miłoszewski prokuratora Teodora Szackiego.

Właśnie o to chodzi, bo jeśli czytelnik polubi stałego bohatera, kupi każdą kolejną książkę, opisującą jego losy. Bohater nijaki, bez charyzmy, nie przyciągnie czytelnika. Istotne jest nawet nazwisko.

Polscy autorzy używają polskich nazwisk.
Ale niekoniecznie są to zwykłe nazwiska. Weźmy takiego majora Stefana Downara z powieści Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego lub porucznika Marka Wanackiego u Danuty Frey.

W Peerelu bohaterami byli detektywi–milicjanci.

Ale niektóre nazwiska wywodzą się jakby z przedwojennych romansów. Ważne, aby nazwisko bohatera łatwo zapadało w pamięć czytelnika. Tak samo jest u Joe Alexa, gdzie bohater powieści ­– nie pisanej w pierwszej osobie – ma takie samo imię i nazwisko.

Maciej Słomczyński - kryjący się za pseudonimem Joe Alex, wybitny tłumacz Williama Szekspira - tak to wymyślił.

Fajnie wymyślił. Trzy powieści napisał jednak pod swojskim nazwiskiem Kazimierz Kwaśniewski. I tam nikogo nie uczynił stałym bohaterem.

W swojej książce, wydanej prywatnym sumptem, „Zagadki bez niewiadomych, czyli kto i dlaczego zamordował polską powieść kryminalną” piszesz, że schemat kryminalny opiera się na trzech elementach składowych: ofierze, detektywie i podejrzanym. Każda z tych postaci może być bohaterem?

Podejrzani są wszyscy i najtrudniej jest ukryć mordercę. Niezależnie od tego, kim jest: szantażystą, złodziejem czy gangsterem. Na poszukiwaniu mordercy czytelnik koncentruje najwięcej uwagi.

Najważniejsze jest pytanie: kto zabił?
Czytelnik rozgląda się, obserwuje i zastanawia, kto to jest. W teorii nazywa się to aktywizacją czytelnika. W latach 30. XX wieku najwięksi autorzy gatunku stworzyli „Klub Detektywów” i ustalili dekalog powieści kryminalnej. Jeden z punktów stanowił, że mordercą nie może być osoba najbardziej podejrzana. Za taki zabieg z klubu wyrzucono Agathę Christie.  Zasiadająca w klubie Dorota L. Sayers była oburzona zakończeniem „Zabójstwa Rogera Ackroyda” i oceniła: „Sprawą czytelników jest podejrzewać wszystkich”.

Wkrótce Christie znowu przyjęto do Klubu. Czy powieść kryminalna to już jest literatura? Teoretycy z kryminałami mają taki sam kłopot, jak z reportażem literackim.

To może być literatura, całkiem wysoka. Znakomitym pisarzem jest na przykład Szwed Henning Mankell. Bohaterem jego powieści kryminalnych jest fikcyjny policjant Kurt Wallander. Od opisu zbrodni ważniejsze u niego jest dociekanie psychologicznych motywacji. W dobrej powieści może być wątek kryminalny. Dla mnie Marek Krajewski nie pisze kryminałów. Intryga nie jest dla niego najważniejsza. Opisuje stary Wrocław, łaźnie, domy publiczne, lombardy, dziwaków. W powieści kryminalnej najważniejsza powinna być zagadka. Jeśli umiesz pisać, wiesz na czym polega rzemiosło pisarza, to napiszesz powieść kryminalną bez wstydu. Pisząc kiedyś recenzje do „Nowych Książek” wymyśliłem taki gatunek – „literatura trupistyczna”.  W niej liczy się tylko trup i dociekanie, kto zabił. To jest na literaturę zbyt mało.


Zapytałem Cię o tę granicę między kryminałem a literaturą, bo takie książki mają na swoim koncie uznani pisarze: Olga Tokarczuk, Marcin Świetlicki czy wspomniany przez Ciebie Marek Krajewski. Zygmunt Miłoszewski zapowiedział kilka lat temu, że rezygnuje z pisania kryminałów. „Skoro potrafię pisać powieści, które są socjologiczne, obyczajowe, to po co mam tam dorzucać trupa” – tłumaczył i dodawał: „Czuję, że to nie jest najlepsza perspektywa dla opisu świata”. Powieść kryminalna nie daje takiej perspektywy?

Szanuję Miłoszewskiego, ale z tą wypowiedzią się nie zgadzam. Oczywiście może nie chcieć pisać nadal powieści kryminalnych, ale one tylko tak zwodniczo wydają się gorszą literaturą. W rzeczywistości powieść kryminalna jak najbardziej może służyć dla opisu świata. Nie znam literatury skandynawskiej poza jej nurtem kryminalnym, ale wystarczy mi on do poznania codziennego życia i stosunków społecznych w Szwecji czy Danii.
Wedle mojej terminologii powieść kryminalna jest literaturą prawicową, bo musi ona bezwzględnie w finale wprowadzić ład. Zbrodniarz porządek zaburza, detektyw go przywraca.

Nieźle teraz poleciałeś! Kazimierz Brandys powiadał, że lewicowca od prawicowca odróżni się dopiero na Sądzie Ostatecznym: kto siądzie po lewicy, a kto po prawicy Ojca.

Jest jeszcze jeden rodzaj twórczości, który kieruje się tą samą zasadą. Zgadniesz, o czym myślę?

O westernach.

Bardzo dobrze, stawiam ci czwórkę z plusem. Chodzi mi oczywiście o klasyczne westerny, nie westerny spaghetti, gdzie dominuje gwałt. Do powieści kryminalnej też próbowano wprowadzić gwałt. Frances Noyes Hart wydał w 1927 roku powieść „Sprawa Bellamy'ego”, gdzie morderca nie został odkryty, tylko napisał list, w którym się przyznał, że zamordował. Ale dla mnie to nie jest powieść kryminalna. Zasad, jakimi kieruje się ten gatunek, nie należy zakłócać. Racji moralnych nie powinno się stawiać na głowie. Czytelnik sięga po powieść kryminalną, aby śledzić intrygujący, intelektualny pojedynek mordercy z detektywem. Walkę mózgów. Jeśli okaże się, że morderca jest chory psychicznie, a detektyw narkomanem, czytelnik rzuci autorowi książkę pod nogi.

Miłoszewski nie jest odosobniony w odrywaniu powieści kryminalnej od literatury. Mariusz Czubaj powiada, że kryminał nie wystarcza do odpowiedniego przyjrzenia się rzeczywistości i nie może zastąpić klasycznej powieści obyczajowej.

Nie chciałbym sprawiać wrażenia, że powieść kryminalna wyczerpuje wszystkie środki wyrazu i odpowiada na wszelkie bolączki świata. Wydaje mi się, że postponowanie jej, lekceważące wyrażanie się wynika z tego, że wszyscy wymienien i przez ciebie pisarze zarobili na niej pieniądze i doszli do wniosku, że powinni teraz penetrować rzeczywistość głębiej. Proszę bardzo, mogą to robić. Ale warto pamiętać, że jest też literatura, która zakłamuje rzeczywistość. Powieść kryminalna nie może tego robić zbyt ostentacyjnie. Jeśli bowiem czytelnik zorientuje się w tym kłamstwie – w opisach rzeczywistości społecznej czy politycznej – odrzuci ją.

Mamy w Polsce renesans literatury kryminalnej. Bije ona, jak i na świecie, rekordy popularności.

To zależy od promocji i popularności nazwiska autora. Kilka lat temu napisałem thriller „Obywatel”, super bestseller, jak twierdzą ludzie. Wydała to oficyna Zysk i s–ka, która nie zrobiła żadnej reklamy, nie zorganizowała ani jednego spotkania autorskiego. „Obywatel” trafił do księgarń z tanią książką. Jak ją tam czasami znajdę, to kupuję i na jarmarku Radia „Wnet” sprzedaję z niewielkim zyskiem. Aby na niej zarobić i żeby książka trafiła do czytelnika. Inną cenę ma na rynku Bonda, Czubaj, Miłoszewski, a jeszcze inną Kwiatek. Oni są królami dzisiejszej wyobraźni. Ja nie jestem. Jak się wylansuje autora, to na książce zarobi. Można to zrobić przy pomocy skandalu lub szeptanej legendy. Tylko wtedy ludzie mogą się na książkę rzucić.

Tak postępuje wielu wydawców. Okradają nas, autorów. Zabijają niejednokrotnie świetne książki. W 2014 roku pisarka Kaja Malanowska (rocznik 1974) żaliła się w felietonie na łamach „Krytyki Politycznej”: „Trzy dni temu dostałam rozliczenie za sprzedaż książek: tysiąc sto złotych. Razem z pieniędzmi, które przyszły pół roku wcześniej, wyszło mniej więcej siedem tysięcy w skali rocznej. Myślałam, że się popłaczę".

No właśnie. Dla mnie prawdziwa popularność polega na tym, że wystarczy podać informację, że autor napisał książkę mrożącą krew w żyłach. A w Polsce trzeba pisarza brać na barana, aby go było widać. Książki o zbrodniach, poszukiwaniu winnego, pojedynku mordercy z detektywem zawsze będą frapujące.

Dziennikarz śledczy i autor thrillerów Mariusz Zielke powiada tak: „kiedyś wystarczyło, że w powieściach sensacyjnych przeczytaliśmy pierwszą i ostatnia stronę, i wszystko było jasne. Teraz kryminały pisane są znacznie lepiej, to naprawdę wartościowa lektura”.

Zgadzam się, ale o sukcesie wydawniczym decyduje rynek. Rynek eliminuje „ubogich krewnych”. Ale i tak wszystko jest w rękach pijarowców.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl