BŁAŻEJ TORAŃSKI: Co Pani czuje, kiedy czyta i słyszy w mediach prawicowych, w środowiskach bliskich Pani systemowi wartości, że TVN kłamie i manipuluje?

BRYGIDA GRYSIAK: Jest mi przykro, ale robię swoje.

Oburza się Pani wewnętrznie czy przyznaje rację?

Nie namówi mnie Pan na ocenę pracy moich koleżanek i kolegów z redakcji.

Nie miałem nawet takiego zamiaru.

Podam Panu przykład. Dla programu „Czarno na białym” realizowałam niedawno reportaż o „Łączce”, części cmentarza na Powązkach, gdzie anonimowo i potajemnie chowano ofiary stalinowskich zbrodni. Nie chciałby pan przeczytać tego, co czytałam o tym materiale w Internecie. Tylko dlatego, że zacytowałam w nim fragment wypowiedzi pewnego posła, który wprost porównał to, co dzieje się dziś w Polsce do tego, co działo się w Stanie Wojennym oraz po 1945 roku w odniesieniu do Żołnierzy Wyklętych. Pytałam o polityczne wykorzystywanie ich pamięci. Osobiście uważam, że to jest polityczne wykorzystywanie ich pamięci.  I nawet najpiękniejsza rodzinna karta tegoż posła takich porównań nie usprawiedliwia. Nie atakowano mnie wprawdzie personalnie, ale to był mój reportaż, którego wielu z atakujących najwyraźniej nie obejrzało.

Była to mowa nienawiści?

Hejt jest wszechobecny w sieci, po każdej ze stron. Ale nie lubię mówić o dwóch stronach barykady, bo nie bardzo wiem, gdzie ta barykada miałaby się znajdować.

Może między dobrem a złem? Prawdą a kłamstwem?

To byłoby proste. Ale tak nie jest. Tę granicę każdy ma w swojej głowie, w sercu, w umyśle. Nienawiść w sieci leje się strumieniami, a boli mnie szczególnie, jeśli pojawia się ze strony nas - chrześcijan.  Brzmi to górnolotnie, ale będę powtarzać, jak mantrę: Jezus nie hejtował. Chciał, aby nasza mowa była prosta: w której „tak” oznacza „tak”, a „nie” – „nie”. Ale nikogo nie nienawidził, nikim nie pogardzał, nie obrażał. Jest mi szczególnie przykro, jeśli ludzie, którzy uważają się za praktykujących katolików, równocześnie gardzą drugim człowiekiem, używają języka nienawiści i pogardy. Przeżywam to osobiście.

Ano właśnie. Patron Pani nagrody „Ślad”, bp Jan Chrapek, przez całe życie uczył, jak się spierać z szacunkiem.

Nie tylko on. Jezus mówił: „kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”. My, ludzie Kościoła, wszystko to wiemy, tylko co z tego wynika?

Dlaczego w polskiej polityce i dziennikarstwie tak wiele jest pogardy i nienawiści?

Bo uwierzyliśmy, że jesteśmy na wojnie. A kiedy odczłowieczysz wroga, to będziesz mógł bez skrupułów do niego strzelać. I zabijać. Poza tym, łatwiej zarządzać emocjami niż merytoryczną debatą. Dlatego w Sejmie i w mediach więcej jest emocji niż faktów. I nie ma już granic. Można powiedzieć i napisać wszystko.

Ja nie czuję się na froncie. Nie przyjmuję argumentu, że Internet rządzi się swoimi prawami. Nie mam konta na Facebooku. Na Twitterze założyłam, bo przez wiele lat zajmowałam się polityką, a politycy zaczęli tam ogłaszać ważne decyzje. Jestem bardziej obserwatorem, aniżeli uczestnikiem. Przeraża mnie język debaty.

Omijają Panią hejterskie ataki. Czy pamięta Pani jednak dwa lata temu list otwarty, jaki skierowała do Pani rzeczniczka ambasady rosyjskiej w Polsce po wywiadzie z ambasadorem Siergiejem Andriejewem?

Zarzuciła nam manipulację.

„Postaraliście się stworzyć jak najbardziej negatywny wizerunek Ambasadora Rosji. Zniekształciliście sens jego wypowiedzi tak, żeby pasowała do całości, przyciągała widownię, wyglądała skandalicznie” – napisała.

To nieprawda. Zresztą, po tym liście opublikowaliśmy ponad godzinne nagranie, „surówkę”, aby każdy widz mógł wyrobić sobie pogląd na ten temat. Żaden dziennikarz tego robić nie lubi, ale nie było wyjścia. Niczego nie zmanipulowałam. Spodziewałam się, że będzie reakcja ambasady, bo padły mocne słowa.

Andriejew ocenił, że stosunki Polski z Rosją są najgorsze od 1945 roku i jest to „wybór strony polskiej”. Dodał też, że Polska była częściowo odpowiedzialna za wybuch drugiej wojny światowej.

Co wywołało ciąg politycznych reakcji. I słusznie.

Mówiła Pani w jednym z wywiadów, że w rozmowach z politykami jest „stanowcza, konsekwentna, ale nie napastliwa”.

Naprawdę? Musiałam być wtedy dużo młodsza. (śmiech)

Czy to jest skuteczna metoda dotarcia do prawdy drugiego człowieka?

W przypadku polityków kluczem jest dobre przygotowanie i dobra pamięć. Do tego pokora. I konsekwencja, to fakt. Napastliwości po prostu nie lubię. Przy reportażach społecznych moi bohaterowie nie walczą o głosy, nie prowadzą gry i nie próbują mnie w tę grę wciągnąć. Są prawdziwi. Tutaj kluczem jest słuchanie, wrażliwość i otwarcie na spotkanie z drugim człowiekiem. Każde z tych spotkać mnie ubogaca i jest dla mnie prawdziwą radością. Jak ja to określiłam?

„Nawet w takiej dziedzinie, jak dziennikarstwo polityczne ja daję radę. Jestem stanowcza, konsekwentna, ale nie napastliwa. Zresztą politycy, jak inni rozmówcy, czują, kiedy dziennikarz ich szanuje, potrafi zbudować jakąś relację”.

 Przestałam się zajmować polityką także dlatego, że straciłam do niej serce. Realizuję teraz głównie reportaże społeczne. Nie jeżdżę do swoich bohaterów po to, żeby zrealizować fajny reportaż, ale dlatego, że jestem ich ciekawa, fascynują mnie i bardzo, ale to bardzo chce o nich opowiedzieć naszym widzom. I cieszę się jak dziecko, że mogę to robić.

Którzy z bohaterów zostawili na Pani psychice największy ślad?

Każdy zostawia w moim życiu jakiś ślad. I mogłabym właściwie wymieniać od końca: od profesora Krzysztofa Szwagrzyka, niezwykle ujmującego, dobrego, ciepłego, skromnego człowieka, z błyskiem w oku i z misją, za którą mu dziękuję i za którą dziękowac mu będą nasze dzieci i wnuki. Z wcześniejszych – jałmużnik papieski, arcybiskup Konrad Krajewski. Siostra zakonna Małgorzata Chmielewska. Helena Pyz, polska lekarka, niepełnosprawna, jeżdżąca na wózku, która od trzydziestu lat leczy w Indiach chorych na trąd. Albo bardziej anonimowi, jak Olga, niemal niesłysząca, która skończyła zwyczajne studia nie przyznając się do swej ułomności, bo świetnie czyta z ust. Dziewczyna ogromnej wiary, z wielką radością celebrująca każdy dzień. To o niej był mój pierwszy reportaż w „Czarno na białym”. Poznałam ją kilka miesięcy wcześniej i od razu wiedziałam, że kiedyś muszę o niej opowiedzieć innym.

Tych bohaterów było wielu. Ale którzy z nich wstrząsnęli Pani życiem na tyle, że ujrzała Pani smugę światła, która zapowiadała poranek?

Ładnie powiedziane. Z wieloma z nich jestem w kontakcie. I ciągle mną wstrząsają. Arcybiskup Konrad Krajewski na przykład oddał swoje mieszkanie uchodźcom, zamieszkał w pomieszczeniach przy biurze, ciągle coś swojego oddaje innym, przemierza tysiące kilometrów, żeby być przy kimś, kto właśnie go potrzebuje. Tak przyleciał na pogrzeb niepełnosprawnego chłopca, który utopił się w szambie. Pod Kaliszem. Mawia, że nie ma nic lepszego do roboty niż naśladować Jezusa. To mnie wzrusza i to mną wstrząsa.

Ale kto zasadniczo zmienił Pani życie?

Moje dzieci zmieniły moje życie. Dzięki nim wiem dzisiaj, kim jestem. I jaka jestem silna. I jak umiem kochać. Cokolwiek nam się dziś wydaje, na koniec dnia będziemy sądzeni właśnie z miłości. Jan Paweł II  zmienił moje życie. Kiedy chorował i umierał na oczach całego świata, sporo zrozumiałam. To o jego  życiu codziennym, o tym, co działo się w papieskich apartamentach, kiedy nie było w nich gości, a przy stole zasiadali sami domownicy, opowiedział mi w wywiadzie–rzece arcybiskup Mieczysław Mokrzycki. To był kopernikański przewrót w moim życiu. Potem była książka o matkach, o obronie życia.

„Wybrałam życie. Aborcja to nie jest powód do dumy”.

Każda z tych rozmów utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto wybierać życie. W każdej sytuacji. Te matki też zostawiły we mnie ślad.

Pani ciągle wierzy, że dziennikarstwo może znaczyć więcej i że dziennikarz może zrobić dużo dobrego. To idealistyczne spojrzenie. Kiedy udało się Pan uczynić dobro, takie namacalne?

Niezręcznie o tym mówić, ale wydałam pięć  książek. Reakcje na nie przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Zwłaszcza na „Wybrałam życie” (zbiór reportaży o kobietach, które podjęły decyzję, by urodzić swe dzieci i żadna tego nie żałuje, choć miały wiele przesłanek, by pozbyć się niechcianej ciąży – BT). Było kilka wydań. Ciągle dostaję listy od samotnych matek, pojawiają się one w moim życiu i z tego rodzi się dobro, ale nie będę o tym opowiadać.

Jest namacalne?

Wręcz materialne.  I to jest niezwykłe. Ponadto w programie „Czarno na białym” jestem zaledwie półtora roku i ie mam mandatu, aby specjalnie rozwodzić się nad tymi, które już powstały. Ale wspomnę kilku. O księdzu, który poszedł do domu publicznego z kolędą. O świeckiej misjonarce, która pomaga ludziom w Indiach. O uchodźcach z oblężonego, syryjskiego miasta Homs. Po emisji tego ostatniego masowo posypały się mejle z ofertami pomocy. Jestem pewna, że warto takie reportaże robić. Odkąd przestałam zajmować się polityką i zajęłam się tematyką społeczną mam pewność, że wbrew temu, co się powszechnie mówi, dziennikarstwo się nie skończyło. Społeczne dziennikarstwo zawsze miało głęboki sens i dobro, które może się z niego urodzić bywa namacalne. Materialne. To jest fantastyczne i dziś wiem już na pewno, że dlatego zostałam dziennikarką.

Czy były też inne motywacje Pani ucieczki od polityki i newsów do reportaży i książek? Nie raziło Pani, że w mediach od lat dominuje chamstwo, prymitywizm, miałkość, jazgot i propaganda? Nie ma dyskursu publicznego, tylko walki kogutów.

Nie użyłabym tych słów, ale chciałam przeorganizować życie zawodowe, bo mam dwoje małych dzieci. Nie wyobrażałam już sobie spędzania długich godzin na korytarzach sejmowych i relacjonowania tego, co się tam dzieje. Praca reportera politycznego nigdy się nie kończy. Trzeba czytać ustawy, być zawsze na bieżąco. Drugi powód był taki, że słabo odnajduję się w dyskursie coraz szybszym i płytszym. Tęskniłam do czegoś więcej i TVN24 stworzył mi takie możliwości.

Nigdy, pracując w TVN-ie, nie miała Pani konfliktu sumienia?

Nigdy nikt nie powiedział mi, co mam mówić na antenie. W redakcji toczymy czasami  mocne, naturalne dyskusje na różne tematy. Ale nie czuję się tutaj samotną wyspą. Z wielu powodów uważam, że TVN24 to  moje miejsce.

Nie czuje się Pani listkiem figowym?

Gdybym się czuła, to bym w tej stacji nie pracowała. Wie Pan, ja po prostu uprawiam swój ogródek najlepiej, jak tylko potrafię. ​

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl