BŁAŻEJ TORAŃSKI: Rozpoczął się proces Iwony Poredy–Łakomskiej, dziennikarki telewizji NOWA TV. W styczniu tego roku dzwoniła do dyżurnych policji w kilku miejscowościach, podając się za urzędniczkę MSWiA prosiła o podwiezienie, bo zepsuł jej się samochód. Chciała udowodnić, że policyjne pojazdy służą urzędnikom za taksówki i są na każde zawołanie. Czy ta prowokacja się udała?

TOMASZ PATORA: Tego nie wiem, dziennikarka podaje zupełnie inną wersję wydarzeń aniżeli policjanci. Według niej ujawniła się wtedy, kiedy policjanci przyjechali jej pomóc. Policjanci z kolei twierdzą, że skierowali sprawę do sądu, bo zorientowali się, że mają do czynienia z prowokacją i wylegitymowali dziewczynę. Jeśli wszystkie wydarzenia zostały zarejestrowane przez telewizję nie będzie problemu z rozwikłaniem tej sprzeczności. Król będzie nagi.

Prof. Ireneusz Kamiński, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka twierdzi, że policjanci gotowi byli postąpić w sposób niestandardowy. „No bo chyba nie każdej osobie, której szwankuje silnik, są skłonni udzielać pomocy. Tutaj byli skłonni to zrobić” – tłumaczył. Prowokacja dziennikarska wymaga wysokiego kunsztu?

Tak i powiem szczerze, że właśnie z tego powodu staram się jej unikać. Wymaga kunsztu i kryje w sobie element przypadkowości. Nawet najlepiej przygotowana prowokacja może być tylko jednorazowa. Nie można jej powtórzyć, naprawić błędu, tymczasem antybohater zawsze może się zachować nieprzewidywalnie i dziennikarz ma mało czasu na zmianę decyzji. To jest piekielnie trudne działanie dziennikarskie. Z drugiej strony, na szczęście, niewiele jest sytuacji, w których prowokacja dziennikarska jest jedynym sposobem dotarcia do prawdy.

No właśnie. Nie można przy jej pomocy wymuszać nieprawidłowości, kreować, prowokować nienaturalnych zdarzeń, w których mogłaby się pojawić patologia.

Tak naprawdę powinniśmy ją stosować tylko w jednej sytuacji, kiedy nie możemy dotrzeć do prawdy w sposób standardowy. Jeśli w inny sposób nie możemy opisać rzeczywistości, a mamy przypuszczenia poparte przesłankami i działamy w interesie społecznym.

Prawnicy za każdym razem podkreślają, że prowokacja może być przeprowadzona w ważnej sprawie społecznej.

Interes społeczny jest bezsporny. Ale z mojego doświadczenia przypominam sobie zaledwie kilka przypadków, kiedy bez prowokacji niczego bym nie osiągnął. Zresztą nie polega to na prowokowaniu kogoś, tylko na stworzeniu dla niego akwarium. Jemu (czy jej) wydaje się, że jest rybką w delcie Amazonki, a tak naprawdę znajduje się u mnie na lodówce. Krótko mówiąc trzeba stworzyć warunki zbliżone do naturalnych i sprawdzić, jak antybohater zachowa się w warunkach, które uznaje za naturalne.

Granica dopuszczalnej mistyfikacji jest cienka. Jak przygotować prowokację, aby się nie narazić na odpowiedzialność cywilną lub karną?

Od kilkunastu lat, odkąd pojawiły się na rynku pierwsze prawdziwe tabloidy, mamy do czynienia z najbardziej antydziennikarskimi sądami w historii wolnej Polski. Jest standardem, że dziennikarz z góry, ledwie pojawi się przed sądem, jest stawiany pod pręgierzem. Potwierdzi ci to każdy dziennikarz śledczy czy interwencyjny. Z natury rzeczy często staje on przed sądem, bo pisze lub pokazuje historie, które budzą niezadowolenie drugiej strony.

Jak  Twój kolega z „Uwagi” TVN, Maciej Kuciel, którego sąd uznał winnym (ale nie wymierzył kary) za rozpowszechnianie informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych bez zgody osoby udzielającej informacji, czyli naruszenie art. 14 Prawa prasowego.

Mamy też w Polsce niezwykle chwiejne prawo, bo oparte na orzecznictwie sądów i – tu trzeba użyć mocnego słowa - gówniane, wywodzące się z 1984 roku, z czasu stanu wojennego, Prawo Prasowe. Jeszcze w latach 90. sądy przy orzekaniu były niezwykle ostrożne, czułe na wolność mediów. Ale ta praktyka się zmieniła.  W ustawie z 1984 roku sędziowie zaczęli wynajdować przepisy, których wcześniej nigdy nie stosowali. Teraz wyciągają je tylko po to, aby skomplikować życie dziennikarzom. Gdyby przypadek Maćka Kuciela brać na poważnie, to codziennie kilkudziesięciu dziennikarzy popełnia przestępstwo. Art. 14 Prawa prasowego nie ma wyjątków, uniemożliwia nagrywanie, rejestrację i rozpowszechnianie zapisu audio lub wideo rozmowy z kimkolwiek bez jego zgody. Mówiąc krótko: popełniasz przestępstwo nawet wtedy, kiedy nagrywasz i publikujesz rozmowę z politykiem w Sejmie bez jego zgody. Dziennikarze robią to codziennie i nie zdają sobie nawet z tego sprawy, bo kto czyta te ustawę? Wygląda to tak, że art. 14 Prawa prasowego niczym siekiera wisi na ścianie i w każdej chwili sędzia może ją zdjąć.  Jeśli praktyka zdejmowania siekiery utrzyma się w sądzie, wkrótce skorzystają z niej inni, nie tylko sędziowie. Takich siekier na ścianie jest więcej, to tylko jeden z przykładów. Takie jest tło. Teraz dopiero możemy wrócić do prowokacji dziennikarskiej.

Musi prowadzić do ujawnienia przestępstwa lub nieprawidłowości władzy.

Nie, niekoniecznie władzy. To może być osoba prywatna, jak lekarz łapówkarz czy lekarz zboczeniec, który obmacuje pacjentki.

Jak antybohater Twojego reportażu, seksuolog prof. Lechosław Gapik.

Prowokacja musi być jedynym sposobem na  demaskację nieuczciwych i sprzecznych z prawem działań. Ale stosując ją – o czym należy pamiętać – nie można nikomu robić krzywdy i samemu naruszać prawa.

Krzysztof Czyżewski, adwokat zajmujący się problematyką prawa prasowego dorzuca, że przeprowadzenie prowokacji dziennikarskiej „musi być poprzedzone rzetelnym i starannym śledztwem dziennikarskim, które wykaże, że doszło do przestępstwa lub nieprawidłowości, ale nie można zdobyć na to bezpośrednich dowodów”.

Wystarczy, że dziennikarz ma przesłanki świadczące, że mogło dojść do przestępstwa lub nieprawidłowości. Wtedy może sprawdzać.

Nie może więc zarzucać haczyka na chybił trafił.

To miałem na myśli.

Prowokację, jak powiedziałeś, stosujesz wyjątkowo. W których historiach była konieczna?

Wyjątkowo, ale nie dlatego, żebym widział w niej coś złego przy spełnieniu warunków, jakie określiłem. To jest działanie trudne, obarczone ryzykiem, niejednokrotnie skłaniające do improwizacji. Najbardziej klasyczną prowokację, która mi wyszła, wspomniałeś: historię seksuologa z Poznania, prof. Lechosława Gapika. Dopuszczał się „innych czynności seksualnych”, obmacywał pacjentki. Miałem ich cztery relacje. Nie znały się, mówiły to samo. Naturalnie zakładałem, że temu zaprzeczy. Miałbym słowo przeciwko słowu. Musiałem więc zastosować prowokację. Rzadko się zdarza, a miałem to szczęście, że moje ustalenia potwierdził sąd. Profesor został skazany i siedzi w więzieniu.

A które z prowokacji Ci nie wyszły? Z jakiego powodu? Jakie błędy popełniłeś?

Wiedziałem, że mnie o to zapytasz. Przed laty, pracując w „Gazecie Wyborczej”, udawałem żebraka. To był czas, kiedy pojawiła się w Polsce fala grup przestępczych, przeważnie Romów, zajmujących się żebractwem, kilka z nich rozbiła łódzka policja. Chciałem ustalić, czy jest tam podział zadań, czy walczą o dobre miejsce, czy będą mnie zaczepiać, ile zarobię. Siadłem utytłany, w starym swetrze, w przejściu podziemnym przed łódzkim domem towarowym „Central”, ale nie przewidziałem jednego: że prowokacja musi być dopięta w detalach.

Po czym Cię zdemaskowali?

Nie śmierdziałem, jak oni.

Inny przypadek?

Już w „Uwadze” kupowaliśmy fałszywe świadectwo maturalne. Facet ogłaszał się w Internecie. Rynek nie był kontrolowany. Prowokacja była udana, ale miałem poważne wątpliwości, czy zawiadomić policję. Czy sprawca powinien zostać ujęty, czy wystarczy, że ujawnimy zjawisko. Po długiej dyskusji w redakcji zdecydowaliśmy się wezwać policję. Zatrzymała go, kiedy przekazywał nam świadectwo. Przyznał się. Nie ma podręcznika o tym, jak przygotować prowokację. Są założenia, ale nie ma nawet legalnej definicji. Wszystko jest płynne.

A którą z prowokacji dziennikarskich oceniasz z podziwem? Endy Gęsiny–Torresa, który podał się za kubańskiego uchodźcę, miał fałszywe dokumenty i złożył fałszywe zeznania przed sądem, aby dostać się do ośrodka dla uchodźców?

To była jednak z najlepszych i najtrudniejszych prowokacji telewizyjnych, jaką przeprowadzili dziennikarze. Gęsina Torres działał w bardzo trudnych warunkach i dlatego – moim zdaniem nie ustrzegł się jednego błędu technicznego - w jego materiale fatalna była jakość obrazu. Z merytorycznego punktu widzenia była to duża rzecz. Ale jak się to skończyło? Endy został skazany przez sąd prawomocnym wyrokiem. To jest skandal, bo takiej prowokacji nie można było dokonać w inny sposób – ale jednocześnie to potwierdzenie tego, co mówiłem wcześniej o nastawieniu sędziów do pracy dziennikarzy, choćby poważnych. Aby dostać się do ośrodka dla uchodźców trzeba było się podać za kogoś innego.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl