BŁAŻEJ TORAŃSKI: Masz sto jeden patentów na podróżowanie, a jaki jest Twój sposób na redagowanie „National Geographic Traveler”?
MICHAŁ CESSANIS: Do „Travelera” muszą trafiać teksty prawdziwe, dające pewność, że autorzy faktycznie byli na miejscu i doświadczyli czegoś wyjątkowego. W „Travelerze” liczą się osobiste przeżycia, opisy tego, co autorzy widzieli, ale z ich perspektywy, własnej oceny. Ważne, aby historie były prawdziwe. Kiedy zamawiam teksty u autorów przypominam im, że muszą to być historie nie takie, jakie opisują przewodniki, atrakcje miejsc, ale z perspektywy konkretnych ludzi, którzy tam mieszkają. Chcemy czytać o tym, jak im się żyje, czym się zajmują, dlaczego – z ich punktu widzenia – warto przyjechać do ich kraju, na co zwrócić uwagę, a czego zwykle podczas podróży nie dostrzegamy. To muszą być prawdziwe historie ludzkie. Żeby czytelnik miał świadomość, że jadąc tam może tych ludzi spotkać i doświadczyć podobnej przygody, jak autorzy reportaży.

Nie obawiasz się konfabulacji? Weryfikujecie fakty, jak w amerykańskiej prasie, np. „New Yorkerze”, gdzie sprawdza się nawet rysunki satyryczne?
Bez tego nie wyobrażam sobie redagowania takiego miesięcznika. Tym bardziej, że znam dziennikarzy, którzy zmyślali przeróżne historie. Już w poprzednich moich redakcjach, gazetach codziennych, zdarzało się, że dziennikarze konfabulowali. W dziennikach czasami brakowało czasu na dokładniejszą weryfikację informacji, poza tym trzeba ufać autorom. W miesięczniku takim, jak „National Geographic Traveler” rzetelność i prawda są najważniejsze. Sprawdzamy bohaterów reportaży, bywają w Internecie, ale prosimy też autorów o przesłanie ich zdjęć. Publikujemy je na łamach. Mamy bardzo dobrych autorów, którzy współpracują z nami od lat, wydają książki i wiem, jak podróżują. To są nasi koledzy. Spotykamy się na festiwalach podróżniczych, opowiadają nam swoje historie. Na ile możemy, weryfikujemy je. Po latach pracy – właśnie stuknęło mi dwadzieścia lat w dziennikarstwie – jestem na to bardzo wyczulony.

Podaj skrajny przykład opowieści zmyślonej.
Co jakiś czas ogłaszamy w Internecie, że chcemy publikować teksty naszych czytelników. Wtedy skrzynkę mejlową zalewa mi wiele wspaniałych tekstów, średnio trzysta miesięcznie. Zaczynam je przeglądać, czytać i trafiam na tekst z Indonezji, autorstwa jednego z blogerów. Opisał, jak podobno wchodził na wulkan Bromo na Jawie, w Indonezji, gdzie akurat też tam byłem. W opisie nie zgadzało się nic, co zapamiętałem z Parku Narodowego Bromo-Tengger-Semeru, chodząc po aktywnych wulkanach. Mówię do szefowej: „Albo pomylił miejsce, albo go tam nie było i zmyślił opowieść”. Autorzy bywają nieobliczalni, czasami opisują to, co zobaczyli na YouTube. Napisałem do tego autora tekstu, wyliczając, co się nie zgadza. Nie dostałem już żadnej odpowiedzi.

Częściej zmyślają blogerzy aniżeli dziennikarze?
Trudno powiedzieć. Jednak na teksty blogerów bardziej uważam. Cenimy sobie ludzi, którzy zapuszczają się w dalekie od wytartych szlaków miejsca, ale kilka razy trafiły mi się teksty zmyślone. Oczywiście mamy też grupę fantastycznych blogerów, którzy z nami współpracują, są fantastycznymi podróżnikami, należą jednak do mniejszości światka blogerskiego.

Oprócz amerykańskiego magazynu „National Geographic Traveler” na świecie jest jeszcze dwanaście wydań. Czym różni się od nich polskie?
Każde z tych wydań jest unikatowe. Przeglądaliśmy rumuńskie wydania, ale śledzimy też brytyjskie i są to dwa różne światy.  Brytyjskie jest szalenie nowoczesne, redagowane pod potrzeby młodego czytelnika. Amerykańska wersja jest jeszcze inna. Gdybyśmy ją skopiowali, nie sądzę, aby znalazła czytelników na polskim rynku. Kierunki podróży, opisywane problemy, są z zupełnie innej bajki. Amerykanie latają na Wyspy Bahama i mają bardziej zasobną kieszeń. Nie zamawiamy więc tekstów z innych edycji wielkiej rodziny magazynów National Geographic, bo sprawdziło nam się to, że nasze wydanie jest w stu procentach robione polskim piórem. Pasji podróżniczych Amerykanów czy Brytyjczyków nie da się porównać z potrzebami Polaków, którzy kochają Europę i tanią Azję. Piszemy też o Ameryce Południowej, o Karaibach, ale w tamte strony trudniej kupić tanie bilety lotnicze, więc po te tematy sięgamy nieco rzadziej, choć mamy dla nich miejsce w dziale „Podróż życia”.

Nadal o kierunku podróży decyduje cena biletu lotniczego.
Cały czas trzymam rękę na pulsie, śledzę oferty linii lotniczych, które latają z Polski. Zależy nam bowiem, aby ludzie rzeczywiście realizowali swoje marzenia i chcemy ich w tym inspirować. Musimy przy tym być bardzo praktyczni.

No właśnie. Wartością „Travelera” są podpowiedzi praktyczne.
Interesuje mnie za każdym razem, gdzie tanie linie otwierają nowe połączenia. Jeśli na przykład do Bordeaux, wiemy to wcześniej i zamawiamy tekst o mieście nad Garonną. Żeby ludziom podpowiedzieć, co warto tam zobaczyć podczas krótkiego wypadu z Polski. „Traveler” słynie od lat z informacji o tańszym podróżowaniu: o cenach hoteli, przelotów, jedzenia. Wszystkie te informacje biorą się z naszego doświadczenia. Ostatnio byłem na Kubie, teraz lecę ponownie na Sri Lankę, odpowiadam za każde słowo, jakie publikuję na łamach „Travelera”. To rzeczywiście jest wielki plus. Potwierdzają to czytelnicy, z którymi koresponduję na moim blogu. Podoba im się, że to jest takie prawdziwe, jak moje relacje z pobytu u rodzin. Podaję ich adresy, aby będąc tam mogli się z nimi spotkać. To budzi u czytelników pozytywne emocje i pewność, że dostają sprawdzone informacje.

To może być powód waszej silnej pozycji na rynku. „NG Traveler” zajmuje drugą (po „National Geographic Polska”) pozycję w sprzedaży: 22 tys. 215 egz. Ale notujecie najwyższy wzrost w zestawieniu.
To prawda, bo w Internecie są wprawdzie tysiące blogów i miliony informacji. Przez lata je śledziłem, ale potem, w konfrontacji z rzeczywistością, okazywało się, że wiele z tych opowieści było nieprawdziwych, niedokładnych, niesprawdzonych. Poza tym blogerzy rzadko potrafią dobrze pisać. Dziennikarze mają nad nimi przewagę. W redakcji „Travelera” często czytamy swoje teksty, aby się wzajemnie weryfikować. Przeliczamy waluty, sprawdzamy ceny. Informacje z Wikipedii u nas nie przejdą, wyrzucamy je do kosza. Autorzy wiedzą więc, na czym najbardziej nam zależy: na własnych, sprawdzonych informacjach. Jeśli podajemy adresy restauracji, to głównie takich, w których jadają miejscowi, rzadziej turyści. Jeśli noclegi, polecamy konkretne rodziny. Nie interesują nas pięciogwiazdkowe hotele. Masz rację: patentem na sukces „Travelera” oprócz świetnych autorów i reportaży są porady praktyczne.  

Wielokrotnie podkreślasz, ze wiele dała Ci współpraca z Martyną Wojciechowską. Czego konkretnie się od niej nauczyłeś?
Od strony warsztatowej nauczyłem się od Martyny jednej podstawowej rzeczy: jak najwięcej rozmawiam z ludźmi. Straciłem poczucie strachu, choć równocześnie zachowuję rozsądek. Nawiązuję jak najwięcej kontaktów, nie zamykam się w hotelach, bo wiem, że przebywanie z ludźmi jest kluczem do świetnych historii. Tego nauczyła mnie Martyna.

Która lgnie do ludzi i ma silną empatię?
Dokładnie. Empatia jest bardzo ważna w tym zawodzie. Wczuwam się w ludzkie przeżycia, mam łatwość nawiązywania kontaktów. To jest podstawa mojego dziennikarskiego warsztatu. I nauczyłem się słuchać. Zadaję pytanie i nie przerywam rozmówcy. Chcę do końca wysłuchać czyjejś opowieści, żeby wiedzieć jak najwięcej. Inaczej też robię zdjęcia. Nie traktuję człowieka, jako obiektu, do którego podchodzi się, strzela mu zdjęcie i nie daje szansy na reakcję. Zanim zrobię zdjęcie, siadam obok niego, rozmawiam, pytam, czy się zgadza. Ale wielokrotnie podczas podróży nie wyciągam z torby aparatu. Wolę kogoś wysłuchać. Mam też świadomość, że nie zrobię zdjęć tak dobrych, jak zawodowi fotografowie „National Geographic”. Wiele szczegółów notuję, ale hasłami. Nie nagrywam na dyktafon, ciągle piszę. I jeszcze jedno: nie tracę kontaktu z ludźmi po napisaniu reportażu. Teraz po dwóch latach wracam na Sri Lankę do rodziny, która nie ma telefonu, Internetu, komputera, laptopu. Pisywałem do nich tradycyjne listy, a lecę tam teraz, aby z nimi posiedzieć, zjeść obiad, pobyć. Oczywiście zrobię z tego kolejną historię. Nakręcę film. Tego także nauczyła mnie Martyna. Przestawiłem się z robienia zdjęć na kręcenie filmów. Pokazuję je na moim kanale na YouTubie, na spotkaniach autorskich. Zdjęcia mi już nie wystarczają, bo rzecz jasna pokazują twarz, ujęcie, ale film ma większą siłę wyrazu. To jest mój żywioł. Muszę ciągle poznawać nowych ludzi. Ciągle mnie nosi, dlatego czasami męczy mnie siedzenie przy biurku. Ale jako wicenaczelny „Travelera” odpowiadam teraz za wiele różnych ważnych spraw. A ponieważ do pracy podchodzę odpowiedzialnie, to czasami muszę odłożyć kolejną podróż, by zająć się nagłymi sprawami redakcyjnymi. Utrzymuję kontakt z wieloma naszymi czytelnikami, czy to na Facebooku czy w innych kanałach społecznościowych. Lubię to. Odpowiadam na wszelkie pytania o porady, bo uważam, że od tego jestem.

Twój warsztat dziennikarski przeszedł ogromną metamorfozę. Cztery lata temu na moje pytanie, czy notujesz, zapamiętujesz obrazy, kolory, smaki, zapachy, odpowiedziałeś: „Przede wszystkim robię mnóstwo zdjęć i natychmiast, tego samego dnia, nawet, jeśli padam na twarz ze zmęczenia, je opisuję. Codziennie tworzę archiwum zdjęciowe. Zdjęcia są dla mnie podstawą, bo jeśli moje oko nie zapamiętało jakiegoś szczegółu, to zapisał je aparat. Wychwytuję na fotkach fragmenty rzeczywistości, której nie zauważyłem. Notuję też, ale są to hasła, np. nazwy ulic i jakieś zdarzenia. Ale nie są to dokładne opisy tylko zapis emocji, których doświadczyłem. Smaki opisuję wszędzie. Ostatnio, jak zapomnę dyktafonu, rejestruję głos w telefonie”.
To prawda. Cieszę się z tej metamorfozy, bo ona dowodzi, że nie zatrzymałem się w miejscu. Świat się zmienia, a ja z nim. Ciągle poznaję nowe technologie, kupuję gadżety, jak stabilizatory obrazu do smartfona, lepsze mikrofony. Rozwija się też moja działalność ekspercka. Coraz częściej wypowiadam się w telewizji i radiu. W TVN24 Biznes i Świat czy w „Pytaniu na śniadanie” TVP. Opowiadam o tym, co jedzą Chińczycy albo jak się wspinać na wulkany w Indonezji. Aby być wiarygodnym muszę mieć do tego dobry podkład filmowy. Ludzie muszą poczuć, że tam faktycznie byłem.

Kluczem do ludzi jest język. Uczysz się podstaw języka kraju, do którego jedziesz?
Przed wyjazdem na Sri Lankę kupiłem słowniczek podstaw języka syngaleskiego. Jest cholernie trudny w pisaniu, ich litery przypominają mi jabłuszka. Codziennie próbuję przyswajać nowe słowa, żeby chociaż móc powiedzieć dzień dobry, zamówić kawę czy podziękować. Takie efekty zyskałem w Chinach, gdzie nie mam problemów, żeby po chińsku poprosić o szklankę wody, potargować się czy zameldować się w hotelu. Muszę teraz zacząć naukę hiszpańskiego, bo angielski w Ameryce Południowej mi się nie przydaje. Uczę się nawet słów wietnamskich. Jest mi głupio, bo dlaczego mam z Wietnamczykami rozmawiać po angielsku, skoro mogę się nauczyć kilkudziesięciu słów w ich języku. Wtedy jest przyjemniej.

Jako dziennikarz podróżujący nie stawiasz na wielkie wyczyny, jak Jacek Pałkiewicz, tylko na przygodę.
To jest mój patent warsztatowy i podróżniczy. Nigdy nie byłem odkrywcą. Podziwiam kolegów, którzy przysyłają do „Travelera” teksty z niesamowitych wypraw, graniczących między życiem a śmiercią. Nie aspiruję do tego. Uwielbiam przygodę i ludzi. Jak mnie pytają, czy gdzieś na świecie mi się nie podobało, odpowiadam, że wszędzie mi się podobało. Dzieje się tak, bo miejsca na świecie odbieram z perspektywy ludzi, których tam spotkałem. To są dla mnie niezapomniane przygody, niezależnie od kraju. To także może być Polska. Polska zresztą jest najfajniejsza.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl