BŁAŻEJ TORAŃSKI: Kto zabił reportera „Gazety Poznańskiej” Jarosława Ziętarę?
KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK: Bezpośrednim wykonawcą zbrodni był prawdopodobnie Rosjanin, były oficer sowieckich służb specjalnych, który wraz z innym gangsterami porwał, przetrzymywał i torturował Jarosława Ziętarę. Ale w proces ten było zaangażowanych kilku byłych milicjantów, policjantów, antyterrorystów, zomowców. Po transformacji ustrojowej większość z nich pracowała dla nieistniejącego już obecnie holdingu Elektromis.

Elektromis należał do Mariusza Świtalskiego. Czy to on kierował operacją wraz z byłym działaczem PZPR, etatowym pracownikiem SB, i ex senatorem Aleksandrem Gawronikiem?
Ze śledztwa wynika, że Aleksandrowi G. najbardziej zależało, aby Jarosława Ziętarę jak najszybciej uciszyć. Grono osób zainteresowanych zabójstwem dziennikarza było większe: kilku największych biznesmenów z Wielkopolski. Prowadzili ogromne interesy, ale w dużej mierze czerpali także zyski niekontrolowane przez państwo – z przemytu alkoholu z Niemiec, przez Czechy do Polski. Robili to po cichu, za plecami organów ścigania. Na trop tej afery wpadł właśnie Jarosław Ziętara. Aby tego nie ujawnił chcieli go przekupić, zniechęcić, przestraszyć.

Na listach najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” byli wtedy z Wielkopolski m.in. Jan Kulczyk, Aleksander Gawronik, Mariusz Świtalski.
Z ostrożności procesowej nie mogę podać nazwisk biznesmenów, których ciemne interesy z alkoholem tropił Jarek Ziętara. Mogę tylko powiedzieć, że nie było w tym gronie Kulczyka. Wszyscy ci ludzi byli na liście tygodnika „Wprost”, przesłuchiwano ich w sprawie Ziętary, ale nie postawiono zarzutów. Śledztwo wciąż trwa.

W 2014 roku zarzut podżegania do zbrodni postawiono Aleksandrowi Gawronikowi, a udział w zbrodni dwóm ochroniarzom Elektromisu.  Stało się to dopiero 266 miesięcy od porwania Jarosława Ziętary! Dlaczego tak późno? Organa ścigania zawiodły? Były  skorumpowane?
Przez 19 lat decyzje podejmowały poznańskie organy ścigania. W latach 90. ludzie odpowiedzialni za zamordowaniem dziennikarza bez wątpienia mieli wpływy w organach ścigania. Pracowali dla nich nie tylko byli policjanci, ale także ludzie związani ze służbami poprzedniego systemu. Mieli koneksje i informacje. Pierwsze śledztwo prokuratura wszczęła dopiero po roku, jakby to była kradzież słoików z piwnicy. Tymczasem już z pierwszego tomu akt wynika, że niecałe dwa miesiące po porwaniu Jarka organy ścigania dostały o tym informację. Osoby podające swoje imiona i nazwiska donosiły o tym, jak widziały Ziętarę wciąganego do radiowozu policyjnego. Porywacze posłużyli się autem udającym policyjne, przebrani byli za policjantów. Chcieli uśpić czujność dziennikarza. Nie wiemy pod jakim pretekstem wciągnęli go do „radiowozu”. Przeczytałem to po wielu, wielu latach, w 2008 roku, bo wcześniej dostęp do akt nie był możliwy. W 1992 roku były więc podstawy prawne, aby w trybie ekspresowym  prowadzić te sprawę, ale tego nie robiono.

Zdecydowanie się na zlecenie zabójstwa dziennikarza było ryzykowne.
To jest jedyne w Polsce zabójstwo dziennikarza w celu zamknięcia mu ust. Do mordowania dziennikarzy dochodzi przeważnie w dyktaturach, totalitarnych systemach, nie w demokratycznym kraju. W okresie transformacji ustrojowej Polski zleceniodawcy tego zabójstwa mieli jednak tak gigantyczne zyski z przemytu, a zarazem czuli się tak pewnie, że zdecydowali się na podjęcie ryzyka. Byli przekonani, że uda im się skutecznie sabotować próby wyjaśnienia zbrodni na dziennikarzu. I faktycznie tak było. Jedną z dowodów na to, jest to co stało się sześć lat po porwaniu Jarka, w 1998 roku, kiedy wydawało się, że Polska się zmieniła. Namierzono wtedy jednego z prawdopodobnych porywaczy, który odsiadywał wtedy karę za inne przestępstwo. Zanim prokurator zdążył go przesłuchać gangster dostał w więzieniu gryps ostrzegający, że jest on celowniku w sprawie Ziętary. A wiedziało o tym zaledwie kilku policjantów i prokuratorów.

Na czym polegały powiązania Jarosława Ziętary ze służbami specjalnymi?
To jest wielki wstyd dla Polski, bo po 1989 roku władze zadeklarowały, że mamy demokrację i dziennikarzy nie werbujemy. Tymczasem Urząd Ochrony Państwa (jego kontynuacją jest Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego) próbował  zwerbować Jarosława Ziętarę. Zwrócił uwagę służb, bo jako dziennikarz podejmował mocne tematy: o przestępczości gospodarczej, powiązaniach ze służbami Peerelu. Uznano, że jest dobrym kandydatem i zaproponowano mu pracę w delegaturach UOP w Poznaniu i Bydgoszczy, a także w wywiadzie.

Jak powiada w niedawnym „Telekurierze” Juliusz Kubel, dziennikarz, pisarz: „Jarek nie był żartownisiem, kpiarzem. Poważnie traktował swoją robotę. Miał ciągoty do analitycznych materiałów”. Tym zachęcił do siebie służby?
Jak najbardziej. Służby wybierają sobie ludzi do pracy pod kątem ich predyspozycji. Jarek był bardzo inteligentny, znał języki obce, realizował reportaże dowodzące, że potrafił wcielać się różne role. Z moich rozmów z byłymi oficerami służb wynika, że Jarek był idealnym kandydatem, szczególnie w tamtych czasach, gdy UOP po weryfikacji funkcjonariuszy SB cierpiał na niedostatki kadrowe. Oczywiście służby wyczyściły materiały dotyczące prób werbowania Ziętary, ale pozostały wystarczające dowody. Zachowała się teczka o jego werbunku do wywiadu, do dzisiaj utajniona, mimo deklaracji władz, że wszystkie materiały w sprawie Jarosława Ziętary będą jawne. On nie zgodził się na pracę w służbach, bo całe życie chciał być dziennikarzem. To był jego cel i ambicja. Ale, jak  wynika z naszych ustaleń, po nieudanym werbunku nadal próbowano go przekonać, że fajnie ze służbami iść po drodze i pomagano mu w rozpracowywaniu afery przemytniczej np. pomagając mu w wyjazdach zagranicznych mających na celu tropienie afery. Co charakterystyczne, zginęły akta paszportowe Ziętary, co jest jednym z dowodów zacierania śladów przez  służby specjalne.

Pomagali mu, powiada Pan. Nie sterowali?
Służby specjalne manipulują ludźmi w celu osiągnięcia celów. Rozpracowując krąg biznesmenów, którymi Jarosław Ziętara się zajmował liczono na to, że jego publikacje otworzą im drogę do podjęcia działań – śledztw, aresztowań. Cel Jarka był zatem zbieżny z tym, co służbom pasowało. Dlatego dawano mu informacje, które nie były łatwo dostępne. Kiedy dziennikarza zamordowano, służby wpadły w panikę. Gdyby wyszło na jaw, że dziennikarza werbowano, a do tego pośrednio narażono na niebezpieczeństwo, byłby to niebywały skandal. Dlatego służby zaczęły czyścić wszystko, co łączyło je z Ziętarą i wpływały na zahamowanie śledztwa. Nie chciały wyjaśnienia sprawy. Efekt był taki, że zbrodniarze szli pod rękę ze służbami. Organy ścigania przez lata wykonywały głównie pozorne ruchy. Dopiero po dwudziestu latach dziennikarzom wspieranym przez osoby publiczne udało się „wyjąć” sprawę spod kurateli z Poznania. Wtedy doszło do przełomu - prokuratorzy i policjanci w Krakowie zebrali dowody, które posłużyły do postawienia zarzutów.

Ale w tej sprawie dziennikarze odegrali też negatywną rolę. Współpracowali z przestępcami?
Z pewnością działali na korzyść odpowiedzialnych za zbrodnię. 1 września 1992 roku, czyli w dniu porwania Jarosława Ziętary, miałem razem z nim jechać na reportaż. Mieliśmy zarezerwowany w „Gazecie Poznańskiej” samochód służbowy z kierowcą. Dzień wcześniej okazało się, że auta nie będzie i musieliśmy zrezygnować z wyjazdu. Moim zdaniem nie jest możliwe, że porywacze nie wiedzieli, iż w tym dniu Jarosława Ziętary nie odbierze samochód spod kamienicy, w której mieszkał. Musieli wiedzieć, że sam wyjdzie z domu, bo tylko dzięki temu udał się ich plan porwania. Niewykluczone, że porywacze wpłynęli również na odwołanie samochodu służbowego redakcji.

Co było dalej?
Jarka przez kilka dni przetrzymywano i torturowano. Wyciągano od niego informacje, bo celem realizatorów zbrodni było, żeby tropione przez dziennikarza przekręty nigdy nie wyszły na jaw, gdyż nadal czerpali z nich krociowe zyski. Dlatego Jarosława Ziętary nie zastrzelono na ulicy. Torturowano go, żeby ustalić dokładnie, czy z kimś podzielił się swoją wiedzą, gdzie trzyma dokumentację, którą zgromadził podczas swojego dziennikarskiego śledztwa. Sam byłem świadkiem, jak do redakcji „Gazety Poznańskiej” przyszli ludzie, którzy podawali się za funkcjonariuszy policji, aby przeszukać jego biurko. Wpuścił ich jeden z dziennikarzy. Tymczasem, jak wynika z akt sprawy, byli to porywacze. Przyszli po to, by wyczyścić dowody.

Dziennikarz, który ich wpuścił, przekonywał, że są policjantami, nadal pracuje w zawodzie?
Niestety tak i to na kierowniczym stanowisku. W książce „Sprawa Ziętary” przedstawione są szerzej te okoliczności. Jedna z gazet podała, że śledczy przesłuchali tego dziennikarza z użyciem wykrywacza kłamstw i wyszło na to, że kłamie.

Współpracował z porywaczami?
Zdania są podzielone. Mój kolega, Piotr Talaga twierdzi, że na pewno, ja uważam, że mógł nie wiedzieć dokładnie, że chodzi o zbrodnię, że posłużono się nim.

Przez lata służbom zależało na mataczeniu, zaciemnianiu rzeczywistości, aby nie dojść do prawdy. Czy brali w tym udział także dziennikarze?
Nie mam wątpliwości, że niektórzy dziennikarze brali udział w zafałszowaniu sprawy Ziętary. Nie bez powodu media ogólnopolskie omijały ten temat. Nieliczne publikacje przedstawiały go jako dziwnego, niezrównoważonego człowieka. Najpewniej był to efekt działania służb. Nie mogły dziennikarzom zakazać poruszania tej sprawy, więc sugerowały, że Jarek był wariatem. Przez lata czułem ścianę niechęci mediów ogólnopolskich. Do dzisiaj zmagam się z tym, że o Jarosławie Ziętarze mówi się jako o zaginionym. A przecież jest on ofiarą zbrodni, a nie losowego zdarzenia. Zaginięcie nie jest przestępstwem. W przypadku zaginięcia nie stawia się nikomu zarzutów i nie prowadzi śledztw. Gdyby nie uznano, że było porwanie i zabójstwo nikt nikomu nie postawiłby zarzutów w sprawie Ziętary.

Skąd pewność, że jego zwłoki rozpuszczono w kwasie?
Takie są ustalenia śledztwa. Tak zeznawali świadkowie. Z jednym z nich, gangsterem–ochroniarzem, rozmawiałem. Mówił, że widział szczątki Jarka pozostałe po tym, jak rozpuszczono jego zwłoki w kwasie. Bandyci spodziewali się, że zniknięcie dziennikarza spowoduje działania organów ścigania na wielką skalę. Dlatego próbowali się pozbyć ciała, bo bez nich trudniej ujawnić zbrodnię. Okazało się, że nie da się całkowicie szczątków rozpuścić.  Mój rozmówca widział, jak przywieziono w bagażniku kości. Jeden z gangsterów je poklepał i „zażartował”, że dziennikarz nie będzie już bruździł. Rozrzucono je w różnych miejscach. Takie są ustalenia śledztwa.

Co było bezpośrednią przyczyną śmierci?
Został zasztyletowany przez wspomnianego wcześniej mężczyznę mówiącego po rosyjsku. Podobno nie zastrzelono go, żeby uniknąć rozlewu krwi, bo trzeba by więcej wysiłku włożyć w usuwanie śladów zbrodni.

Siedem osób mających związek ze sprawą Ziętary zmarło gwałtowną śmiercią w zagadkowych okolicznościach. Chcieli ujawnić prawdę o śmierci dziennikarza i zostali zlikwidowani?
Byli pośrednio lub bezpośrednio związani ze śmiercią Jarka. Pierwszą osobę zabito pozorując samobójstwo. To był policyjny antyterrorysta, który dla lepszych zarobków pieniędzy poszedł pracować do Elektromisu. Wciągnięto go do porwania, aby wiarygodnie odegrał rolę funkcjonariusza. Nie miał świadomości, że zakończy się to zabiciem dziennikarza. Myślał, że chodzi tylko o zastraszenie. Nie miał serca bandyty i po śmierci Jarka miał wyrzuty sumienia. Zaczął mówić ludziom o swoich wątpliwościach. Krótko po wszczęciu rzekomo miał się zastrzelić z własnego pistoletu, aby była to mistyfikacja. Bezpośrednio z kręgu porywaczy zabito jeszcze dwie inne osoby. Podłożono ładunki wybuchowe pod ich samochody. Likwidowano ludzi, którzy mogli sypać.

Od listopada 2016 roku na poznańskiej kamienicy wisi tablica: „W tym domu mieszkał Jarosław Ziętara, porwany 1 września 1992 r. Zginął, bo był dziennikarzem". Czy dzisiaj też by zginął?
Dzisiaj żaden dziennikarz nie podjąłby się tak ryzykownego śledztwa jednoosobowo. Dzisiaj też nikt nie zaryzykowałby zamordowania dziennikarza, aby mu zamknąć usta. Nie dałoby się, bo kolejny dziennikarz by się tego podjął. Obecnie nie zabija się dziennikarzy, tylko próbuje zablokować  publikację na drodze sądowej lub zakulisowo wpływa na kierownictwa redakcji, na wydawnictwa.

Poświęcił Pan tej sprawie 25 lat życia zawodowego. Czy groziła Panu śmierć?
Nikt nie przystawił mi pistoletu do skroni, ale zawoalowane groźby miałem. Przykładowo kiedy w sprawie Ziętary postawiono zarzuty ktoś zadzwonił do mnie do redakcji. Usłyszałem w słuchawce: „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Później, w  trakcie procesu miało dojść do konfrontacji miedzy mną, a odsiadującym dożywotni wyrok za zabójstwo gangsterem. Dostałem wtedy ostrzeżenia, że na sali sądowej może mnie on zaatakować. Sąd podjął  szczególne środki ostrożności by podczas konfrontacji nie doszło do mojego fizycznego kontaktu z tym człowiekiem.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl