Nic o Rosji

Z Ilią Kliszynem, rosyjskim dziennikarzem, uczestnikiem konferencji SDP „Media w czasach post–prawdy” o sytuacji mediów w Rosji rozmawia Błażej Torański.

 

Jest w Rosji ministerstwo internetowych trolli?

Nie ma rządowej struktury: ani ministerstwa, ani agencji, które zajmowałyby się trollami.  Są jednak „fabryki trolli”.  Zatrudniają współpracowników, którzy są aktywni w rosyjskich mediach. Były w tej sprawie dziennikarskie śledztwa. Pierwsze przeprowadziła cztery lata temu moskiewska „Nowaja Gazieta”. O tych mechanizmach opowiadali ludzie, którzy wcześniej pełnili tę rolę. Sam także opisywałem to w 2014 roku w dzienniku ekonomiczno –biznesowym „Wiedomosti”. Na skrzynkę mejlową dostałem dokumenty od moich informatorów na Kremlu. Były to urzędowe raporty. Wynikało z nich, że działalność trolli jest skuteczna i rozpowszechniają ją także na zagranicznych portalach.

Jaki mieli w tym interes urzędnicy administracji prezydenta?

To jest wielka struktura urzędnicza, pracują tam tysiące ludzi,  mają różne poglądy. Są wśród nich sympatycy liberalnych polityków i dziennikarzy. Po tym artykule „Wiedomosti” zerwały ze mną współpracę. Wiem, że dostali telefon z Kremla. Urzędnik na nich nakrzyczał.

Czy to możliwe, że w role trolli wciela się kilkanaście tysięcy ludzi?

To prawda. Pracują tam całą dobę, jak w fabrykach, na trzy zmiany. Komentują na portalach społecznościowych nawet o trzeciej nad ranem. Nikt z Rosjan nie spodziewałby się, że o tej porze można to robić za pieniądze. Nie mieści im się to w głowach.

Kiedy się to narodziło?

Po manifestacjach opozycji przeciwko sfałszowaniu wyborów do Dumy w 2011 roku. Na stanowisku wiceszefa kremlowskiej administracji, odpowiedzialnego za propagandę, za kontrolę mediów, Władysława Surkowa, zastąpił Wiaczesław Wołodin, przewodniczący Dumy Państwowej. Zarzucano Surkowowi, że zawalił kontrolę Internetu, bo opozycja na manifestacje w Moskwie, w Petersburgu i innych miastach skrzykiwała się poprzez portale społecznościowe, jak Facebook czy Twitter.

Jak w Arabskiej Wiośnie Ludów?

Właśnie tak. Wiele portali internetowych zapowiadały te manifestacje, choć dziennikarze do nich nie zachęcali. Ale wtedy administracja Kremla zaczęła organizować ludzi, którzy kontrolują działania opozycji w Internecie. Na przykład, jeśli na Facebooku była strona opozycji, oni zakładali podobną o odmiennych treściach. Jeśli na pierwszej stronie Rosjanie pisali, że „Putin jest złodziejem”, na drugiej, w kontrze, że jest „dzielnym przywódcą”. Początkowo trollowaniem w sieci zajmowały się prokremlowskie młodzieżówki. Codziennie narzucali temat narracji w sferze publicznej. O tym należało mówić, spierać się, dyskutować. Równocześnie władze wpłynęły na zmianę niepokornych redaktorów naczelnych największych portali. W portalu Lenta.ru, najbardziej cytowanym źródle wiadomości w blogach „niepewną politycznie” Galinę Timczenko zastąpił proklemlowski ekspert od technologii politycznych Aleksiej Goriesławski. Na tym portalu pracuje dziewięćdziesięciu dziennikarzy, a czytają go dziesiątki milionów. Władzy zależało na tym, aby kontrolować nie tylko portale, ale także wymianę poglądów między ludźmi, dyskusje na Facebooku czy Twitterze. Żeby Rosjanie nie odnosili wrażenia, że większość sympatyzuje z opozycją.

Do takiej kontroli potrzeba tysięcy trolli.

Dlatego proklemowskie młodzieżówki im już nie wystarczały. Za mało było aktywistów, więc administracja prezydenta zaczęła przyciągać szersze kręgi. Byli aktywiści pozakładali agencje PR. Oficjalnie deklarowali, że wykonują usługi w Internecie, zajmują się reklamą i marketingiem politycznym, a w rzeczywistości zaczęli realizować propagandę Kremla. Tym sposobem władza nigdy nie miała „urzędowych trolli”, czegoś w rodzaju „ministerstwa trolli”. Te zadania wykonują zwykle studenci, którzy udają w sieci „zwykłych ludzi”.

Jak silny jest wpływ Internetu na społeczeństwo rosyjskie?

W Rosji mieszka 140 mln ludzi, a do Internetu zagląda codziennie połowa z nich. Kilkanaście tysięcy trolli nie jest w stanie zapanować nad 70–milionową społecznością, ale śledzą krytyczne opinie wobec władzy i sympatyków opozycji. Piszą na przykład, że to „wszystko nie jest prawdą”. Że autorzy komentarzy „pracują  za pieniądze amerykańskie”. Że  „nienawidzą Rosji”. Nawet o drugiej w nocy w biurowcach świecą się światła, a przed komputerami siedzą setki ludzi, wypisują proklemowskie treści. Bywa, że czasami udają Francuzów, czasami Amerykanów. Zarabiają średnio 800 euro miesięcznie, a tyle w Moskwie wynosi przeciętna pensja. Zwykli ludzie, czytając ich, zastanawiają się: może coś w tym jest? Może to prawda?

I tak rozmywa się prawda. Dominuje post–prawda i fake newsy. Jakie jeszcze formy przybiera post–prawda?

Po rozdzieleniu w administracji prezydenta departamentów odpowiedzialnych za media i za propagandę pojawiło się takie zjawisko: dzwonią na przykład do parlamentarzysty i mówią tak: „Dzisiaj wniesiesz projekt ustawy, wedle której w Rosji homoseksualistów będzie się wsadzać do więzień”. Wystarczy, że deputowany podejdzie do mikrofonu i zapowie taki projekt. Nieważne, że ten projekt nigdy nie będzie procedowany. Temat idzie w eter, wiadomość powielana jest na tysiącach portali i rozlewa się po milionach umysłów. Takie akcje są skoordynowane z mediami, a parlamentarzysta ma je uwiarygadniać. Po trzech dniach Rosjanie żyją już innym tematem. Nikt nie docieka, czy to była prawda, czy kłamstwo.

Na konferencji SDP „Media w czasach post–prawdy” mówiłeś, że taką rolę chętnie pełni senator Aleksiej Puszkow.

Rzeczywiście wypowiada się on na każdy temat, chociaż w gruncie rzeczy nie ma nic do powiedzenia. Opowiada głupoty. Proklemowskie media jego wypowiedzi jednak nagłaśniają. Polityków, pełniących taką rolę, jest więcej. Rosyjska wyszukiwarka internetowa Yandex.ru, odpowiednik Google, odzwierciedla to, co w danym momencie pisze się w Rosji. Codziennie korzysta z niej 30 mln ludzi. System wybiera newsy. Stale wyskakuje tam nazwisko Puszkowa, który np. skomentował sytuację w Syrii albo rząd Ukrainy nazwał „faszystami”. Pamiętajmy, że parlamentarzystami zostają ludzie kontrolowani przez Kreml.

Wyliczyłeś, że 80 proc. rosyjskich mediów należy do władzy lub jest przez nią kontrolowanych. W Moskwie lub Petersburgu dziennikarze mają jednak więcej swobody, aniżeli w mniejszych miastach?

Bywa, że w małych miastach do władzy doszli ludzie, którzy w latach 90–tych byli przestępcami, a potem dorobili się fortun i stali się "szanowanymi biznesmenami". Teraz są gubernatorami. Dziennikarze, którzy podejmują się śledztw w sprawach korupcyjnych spotykają się z brutalnością. Często zdarzają się pobicia. W Moskwie mamy większą wolność słowa. Jeśli bowiem ktoś zadzwoni do mnie grożąc „Nie pisz o tym więcej, bo pożałujesz”, mogę wokół tego zrobić szum. Moi koledzy dziennikarze zaczną pytać o to rzeczników prasowych administracji Putina i może się z tego zrobić skandal. O wiele trudniej do wielkich mediów przebić się dziennikarzom z prowincji. Kiedyś z mojego rodzinnego Tambowa, 290-tysięcznego miasta z środkowej Rosji, poproszono mnie, abym w moskiewskich mediach nagłośnił temat łamania praworządności. To była taka historia, że do aresztu wsadzono „za nic”, na tydzień, dziewczynę. Ogłosiła głodówkę. Kiedy opisałem tę historię na swoim profilu na Facebooku, zebrałem ponad tysiąc postów. Temat podchwyciły media, także zagraniczne, jak „Deutsche Welle”. Zrobił się skandal. A skandal chroni ludzi, także dziennikarzy na prowincji.

Proklemlowskie media głoszą propagandę, ale wiele mediów jest gdzieś po środku. Weźmy np. taki „Kommiersant”, który przed laty był niezależną gazetą i pracowali tam wybitni dziennikarze. Teraz piszą wiele o emerytach, sporcie czy kulturze, temat Putina omijają. Kiedy oglądasz programy informacyjne pierwszego kanału telewizji rosyjskiej nie mówi się w nim o prawdziwych problemach Rosji. Są materiały o Ukrainie, Syrii czy hakerach w USA, potem informacja o tym, z kim się spotkał Władimir Putin i prognoza pogody.

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl