Z ks. Mariuszem Frukaczem o grzechach, jakie popełniają dziennikarze opisując Święta Bożego Narodzenia rozmawia Błażej Torański.
 
Widział ksiądz okładkę niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” z 9 grudnia ze Świętą Rodziną?

Nie widziałem, ale myślę , że to forma komercjalizacji świąt.

Dzieciątko Jezus leży w kartonie z logo Amazon.com. Św. Józef mówi: „Ja tego nie zamawiałem”. Maryja pyta: „Czy możemy go wymienić?”. Tematem „Der Spiegla” jest szał internetowych zakupów, ale czy nie jest to szyderstwo z symboli chrześcijańskich?

Nie tylko w mediach zachodnich, ale także w polskich jest nurt wyśmiewania, ośmieszania nie tylko głębi tradycji religijnych – które mamy w Polsce i w Europie – ale w ogóle podstaw wiary. Okładka „Spiegla” niewątpliwie jest wyrazem szyderstwa, sprowadzaniem wymiaru Bożego Narodzenia jedynie do handlu, wymiany. Nie można handlować światem ducha, wartościami wewnętrznymi. Widzę też w tym niebezpieczeństwo sprowadzenia Świąt Bożego Narodzenia wyłącznie do wymiaru komercjalizacji rynku, jakby odpowiadały one wyłącznie na potrzeby doraźne.
 
Nie ma w tym jednak ziarna prawdy? Szał zakupów nie zabija ducha Bożego Narodzenia?
 

Bardzo dobrze pan redaktor pyta, ale poszedłbym jeszcze szerzej. Proszę zauważyć, że w przekazie wielu mediów „nurtu komercyjnego” pomija się aspekt przygotowania duchowego do Świąt Bożego Narodzenia. Jakby nie było Adwentu, okresu wyciszenia. Przed laty Papież Benedykt XVI użył takiego sformułowania: „Skradli nam Adwent!”. Na czym to polega? Już 2 listopada w supermarketach rozbrzmiewają kolędy. Chodzi o to, aby sprzedać jak najwięcej towaru, a nie koniecznie zaspokoić potrzeby duchowe człowieka. Odpowiada się na potrzeby doraźne, zewnętrzne, jak ustrojenie choinki czy przygotowanie stołu. Rozbrzmiewa muzyka, jest barwnie. Widziałem, jak jedna z pań kupowała kolorowe opłatki, a przecież w polskiej tradycji kolorowe opłatki dawano na wsiach zwierzętom. Nie ma duchowego wyciszenia się, zastanowienia nad przesłaniem. Nie ma prób odpowiedzi na pytania – i tego najbardziej brakuje w mediach – co Święta Bożego Narodzenia nam dają?
Jak przekładają na nasze codzienne życie? Czy zmieniają je? Nie ma pytań o duchowość, wiarę. W szale handlu, komercjalizacji, zapomina się o tych podstawowych pytaniach, a dziennikarze nie pomagają w tym ludziom. Są więc dwa problemy: zabranie nam Adwentu i sprowadzenie Świąt Bożego Narodzenia do szału zakupowego.
 
Dziennikarze w swoich opisach rzeczywistości zapominają o czasie oczekiwania na powtórne przyjście Chrystusa?


Tak jest. Nie ma tego wymiaru. Czytamy relacje o przygotowaniu się do świąt, często nawet nie pada sformułowanie, że są to Święta Bożego Narodzenia. Tymczasem nie jest to przygotowanie się tylko do świąt. Owszem, w tradycji chrześcijańskiej – nie tylko katolickiej, ale i prawosławnej czy protestanckiej – mamy przygotowanie do obchodów tajemnicy Bożego Narodzenia. Samo narodzenie Jezusa odbyło się historycznie wcześniej. Teraz obchodzimy tajemnicę Bożego Narodzenia, a przygotowujemy się, jak słusznie pan redaktor zauważył, do powtórnego przyjścia  Chrystusa, które teologia określa słowem paruzja. Jest jeszcze jeden wymiar tego oczekiwania: w Adwencie niekiedy mamy też wymiar osobisty, kiedy człowiek staje na progu wieczności. Dobiega Adwent końca jego życia i widzi Boga twarzą w twarz. Chrześcijaństwo ma trzy filary, co narracja medialna pomija: wcielenie, krzyż, zmartwychwstanie. Te trzy wymiary łączą się w jedną tajemnice Chrystusa. Tej tajemnicy w mediach nie ma.

Dziennikarze polscy śpiewają pastorałki na Święta Bożego Narodzenia albo szukają ducha Bożego Narodzenia w Jerozolimie. Czy to nie jest czasami klaunada?

Niepokoi mnie migracja bożonarodzeniowa do innych krajów. Jakbyśmy szukali innych przeżyć. Odesłałbym polskich dziennikarzy do zapomnianej dzisiaj książki Zofii Kossak–Szczuckiej „Rok Polski. Obyczaj i wiara”. Autorka dokładnie opisuje polskie tradycje, nie tylko w wymiarze zewnętrznym, ale pokazuje, jak ukształtowały one życie narodu, rodzin i osobiste każdego człowieka. Rytm Kościoła, kalendarza chrześcijańskiego łączył się z rytmem życia rodzinnego, odmierzał poszczególne święta i obchody. Dzisiaj tego nie mamy. Podróżowanie do Ziemi Świętej jest chwalebne, ale nie wtedy, kiedy Polacy chcą sobie zrobić Wigilię nad dalekim morzem, bo tam jest cieplej. Mnie się wydaje, że polska tradycja mówi, aby siąść przy stole, odśpiewać kolędy, a nie jedynie odsłuchać CD, bo kolędy są modlitwą. Tradycja śpiewania kolęd zanika również przez te wyjazdy, przez szukanie innych doznań. Dotknął pan dokładnie tego, o co mi chodzi. Pomijamy sferę ducha i refleksję nad tym, co do mojego życia wnosi tajemnica Bożego Narodzenia? Czym dla mnie są te dni od strony ducha, człowieczeństwa, świata wartości. W polskich mediach brakuje odpowiedzi na te pytania. Dziennikarze nie trzymają pióra na pulsie. Ich artykuły są tylko odwzorowaniem opisu pędu i szaleństwa ludzi, którzy nie potrafią się zatrzymać. Jest problem wyciszenia, milczenia i pytanie: kiedy mamy słuchać głosu Boga, skoro nie potrafimy już rozmawiać ze sobą bez telewizora nawet podczas  wieczerzy wigilijnej. Na to pytanie media laickie również nie odpowiadają.

Na tych kwestiach koncentrują się media katolickie. Mają one jakieś wzorce opisu Bożego Narodzenia?


Od dwudziestu lat uczestniczę w pracy tych mediów, przez tygodnik katolicki „Niedziela”. Wzorzec jest jeden: odniesienie się do tradycji, duchowości chrześcijańskiej. Przypominanie za każdym razem, że Adwent czy święta mają wymiar duchowy. W „Niedzieli” wsłuchujemy się w głos Papieża. Oczekujemy, co powie na początku Adwentu, jak przeżyć ten czas, który nadchodzi. I w tym duchu staramy się prowadzić naszych czytelników. Wsłuchujemy się także w głosy ludzi starszych, którzy działają w stowarzyszeniach katolickich, jak oni to odczuwają. Pokazujemy świadectwa, przekazy osobiste.  Ludzie dzielą się z nami przeżyciami duchowymi. Stawiam pytanie: czy dla człowieka bezdomnego, który nie będzie miał choinki i być może zabraknie mu ciepłej strawy, Chrystus narodzi się? Narodzi. A większość Polaków i dziennikarzy sprowadza to wszystko do wymiaru choinkowo–stołowego. Media katolickie czuwają, taką mam nadzieję,  nad tym przekazem.
 
Relacje w mediach katolickich są zróżnicowane? Używa się nowych środków wyrazu?

Oczywiście. Widać to choćby w pięknych zdjęciach, które dzisiaj są gatunkiem informacyjnym. Pokazują one twarze ludzi, tradycje. Mamy też coraz więcej krótkich informacji, zdań, myśli tygodnia czy dnia. Jak na Twitterze. Staramy się stale prowadzić dialog z czytelnikami. Zwłaszcza za pośrednictwem portalu. Odpowiadamy na ich pytania. Jest interakcja.
 
Przy wigilijnym stole tradycyjnie zostawiamy jedno wolne miejsce: dla tych, którzy nie mogą z nami być, niespodziewanych gości, czasami z myślą o zmarłym członku rodziny. Od czasu do czasu dziennikarze realizują prowokacje: udają bezdomnych, żebraków albo muzułmanów, którzy wpraszają się na Wigilię. Z reguły słyszą: „Nie, dziękuję, nie jestem zainteresowana”. Drzwi sie nie uchylają. Polacy okazują się hipokrytami.

Znam te akcje, odważne i celne.  To jest fachowa praca dziennikarska. Te prowokacje, happeningi dowodzą, że wielu Polaków zatrzaskuje drzwi. Tradycja pustego talerza staje się pusta. Mówimy o tym, ale w konfrontacji z rzeczywistością boimy się ludzi, których nie znamy. Lękamy się przyjąć obcego człowieka. To jest bolesne. Chociaż staram się też takie reakcje ludzi zrozumieć patrząc na to, co dzieje się choćby w Europie.  Media powinny o tym pisać, że nie zawsze duch tradycji jest dobrze rozumiany. Mamy usta pełne frazesów, ale w czynach różnie nam to wychodzi. Dziennikarze powinni pisać o tym, żeby zachować nie tylko literę tradycji, ale i jej ducha.


A jak ksiądz ocenia wypowiedź znanej dziennikarki Doroty Wellman, na łamach „Wysokich obcasów” o fałszu rodzinnych spotkań podczas świąt: „Współczuję tym, którzy w święta MUSZĄ spotkać się z rodziną. Nie mają ochoty, nie lubią tych ludzi. To musi być męka. W imię świętego spokoju. (...) I może czasem trzeba dać sobie spokój. Zostać w domu i w czwórkę przełamać się opłatkiem. Nie słysząc docinków teściowej, złośliwości wuja, który po alkoholu robi za mądralę, uwag kuzynek, które pieką lepsze makowce, ale zjedzą twój, obrabiając ci d…ę”?

Szkoda, że w ogóle takie opinie się pojawiają. Oczywiście rodziny mają różne problemy i kryzysy, ale czas Bożego Narodzenia i Wigilii jest dobry, aby wreszcie móc się pojednać. Komuś wybaczyć. Szczerze spojrzeć w oczy. Wydaje mi się, że w tej wypowiedzi brakuje wymiaru pojednania. Przebaczenia. Ponadto słowo „muszę” zakłada przymus. Tymczasem spotkanie rodziny powinny odbyć się na płaszczyźnie prawdy, szczęścia i dobra. To jest moim zdaniem skrzywiony obraz rodziny.

Polskie środowisko dziennikarskie jest spolaryzowane. W mediach dominuje perswazja, walka kogutów, zamiast dialogu. Spytam naiwnie i z nadzieją: czy Święta Bożego Narodzenia mogą choćby na milimetr ten stan agresji załagodzić?

Pan redaktor użył słowa „nadzieja”. Myślę, że środowisku dziennikarskiemu oprócz spotkań i dialogu, zwyczajnych rozmów, wymiany poglądów, nawet najbardziej krytycznych, potrzebna jest modlitwa, czyli język nadziei. Jak stwierdził Joseph Ratzinger  (Benedykt XVI) modlitwa jest językiem nadziei. Przypomnę, że wkrótce, w styczniu, będziemy mieć wspomnienie świętego Franciszka Salezego, patrona dziennikarzy. To także będzie dobry czas, aby dziennikarze spotkali się na modlitwie, spojrzeli sobie w oczy. Przeprosili się i przebaczyli. Mediom potrzeba więcej dialogu, szczerości i trwania w prawdzie. Ale prawda musi być połączona z miłością. Nigdy dziennikarzy nie stygmatyzuję. Uważam, że są profesjonalni lub nie. Są dobrymi ludźmi lub zamkniętymi. Rozmawiam z każdym dziennikarzem. Wobec każdego chcę okazać szacunek. Modlitwa, jako język nadziei jest światu dziennikarskiemu potrzebna.  
 
 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl