BŁAŻEJ TORAŃSKI: Masz wielu wrogów, jako wydawca?

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Są, ale czy wielu? Mam nadzieję, że więcej mam przyjaciół, aniżeli wrogów.

Zdarzyło się, że przez 27 lat, jak wydajesz „Wiadomości Wrzesińskie”, ktoś przestał Ci podawać rękę na ulicy?

W wąskim, szkolnym korytarzu, przeszedł obok bez słowa mój przyjaciel, z którym kolegowałem się od czasów podstawówki. Przez osiem lat chodziliśmy do jednej klasy. Nie chciał mnie widzieć. To było bardzo przykre.

O co się obraził?

Opisaliśmy, jak odciął się od żony i dziecka. Zachował się niegodnie. On był radnym i miał zamiar wziąć udział w kolejnych wyborach, zdaje się na burmistrza, więc uznałem, że wyborcy mają prawo wiedzieć o kandydacie także to, czy jest przyzwoitym człowiekiem. A niestety, z tym miał problem… Po moim artykule wycofał się z wyborów.

W Polsce powiatowej ludzie są bardziej wrażliwi na krytykę?

W trzydziestotysięcznych miastach, jak Września, czytelnicy od razu identyfikują negatywnych bohaterów tekstów. Imię i nazwisko kojarzą z konkretną twarzą, miejscem pracy, a nawet sklepem, w którym ten człowiek na co dzień robi zakupy. Nie kryją swoich reakcji, ocen moralnych tego, co przeczytali w gazecie. Dlatego ludzie nie chcą być opisywani przez gazetę. Boją się ośmieszenia, społecznego piętna, ujawnienia spraw, które chcieli skrupulatnie ukryć. Po publikacji niejednokrotnie nie zgadzają się z opiniami, albo z interpretacją faktów. 

Siła rażenia gazety powiatowej jest większa od „Faktów” TVN czy „Wiadomości” TVP?

W środowisku, w którym dzieją się wydarzenia, pewnie tak. Minęły jednak czasy, kiedy o tym, co opisujemy, ludzie rozmawiali na imieninach. Przed laty siła rażenia mojej gazety była o wiele większa. Publikacje spotykały się z silniejszym odzewem.

Minął renesans prasy lokalnej? Jeszcze sześć lat temu Tygodnik Ziemi Chrzanowskiej „Przełom" czy „Gazeta Jarocińska" sprzedawały dokładnie tyle egzemplarzy, ile jest kominów w powiecie.

„Wiadomości Wrzesińskie” także miały o wiele większe nakłady i wpływy reklamowe. Wśród wydawców należących do Stowarzyszenia Gazet Lokalnych byliśmy przeświadczeni, że kryzys, który dotknął wielkie ogólnopolskie gazety do nas nigdy nie dotrze. Teraz zastanawiamy się, jak powstrzymać spadek, a nie rozwijać się.

Czytelnicy na prowincji zawsze byli konserwatywni, przywiązani do tradycji i papierowych gazet. Ta magia prysła?

Pokolenie przyzwyczajone do „papieru” powoli umiera. We Wrześni notujemy pół tysiąca zgonów rocznie. Nie znaczy to, że co pół roku o tyle samo spada nam nakład, ale młodzież nie kupuje gazet.

Młodzi siedzą w sieci. Zainwestowałeś w siedzibę redakcji, nowoczesną architektonicznie bryłę. Nie przewidziałeś, że przyszłość należy do Internetu, telewizji, multimediów?

Oczywiście, przewidziałem. Już w 1998 roku, kiedy inne – w tym największe – gazety, wchodziły do sieci, uruchomiłem portal wrzesnia.info.pl. Wkrótce będzie miał 20 lat. Nie przespaliśmy popularności Internetu.

Dlaczego więc Internet nie zrekompensował Wam zysków? Budżety reklamowe nie przesunęły się z „papieru” do sieci?

Nadal się nie przesuwają. Wśród wydawców niemal wyłącznie rozmawiamy o Internecie, jak na nim zarobić, jak przy pomocy kanałów cyfrowych zatrzymać ludzi przy gazecie. Sieć służy nam do promocji naszego podstawowego produktu: gazety papierowej. Tak samo robią wielkie tytuły, jak „Gazeta Wyborcza”: inwestują w Internet, a żyją z papieru. 

Nadal bowiem Polacy nie chcą płacić za treści w Internecie. Przyzwyczaili się do tego, ze sieć jest za darmo.

No tak. Stowarzyszenie Gazet Lokalnych wygrało w firmie Google grant, za który budujemy narzędzie do sprzedaży treści na naszych portalach. Spróbujemy sprzedawać konkretne artykuły. Wątpię jednak, czy przyniesie nam to większe dochody.

Też wątpię. Nawet Grzegorzowi Lindenbergowi, twórcy sukcesów „Gazety Wyborczej” i „Super Expresu”, jak na razie nie wyszedł projekt portalu płatnych tekstów Webnalist.com.

No właśnie. Polacy myślą, że skoro wykupili dostęp do Internetu, to wszystko im się w ramach tego abonamentu należy. Dokładnie obserwuję rynek, także za granicą. Jeśli wydawcy i twórcy nie dogadają się i nie zamkną bezpłatnych treści, to ludzie nigdy nie zechcą za nie płacić. Nadal będziemy skazani na upokarzający model treściowo–reklamowy, polegający na zabieganiu o reklamodawców i wchodzenie im w tyłek. W głowach wydawców, redaktorów i dziennikarzy rozpycha się autocenzura, przekonanie, że trzeba oszczędzać reklamodawców. Czasami, jak dowalimy deweloperom, sporo na tym finansowo tracimy.

Są tematy, które omijasz?

Generalnie nie ma w mojej gazecie zakazu złego pisania o reklamodawcach. Ale dopieszczamy ich. Podam przykład. Piszemy o perspektywach budownictwa mieszkaniowego. Dziennikarz nie zadzwoni z prośbą o opinię do wszystkich kilkunastu deweloperów z Wrześni. Wybierze i zacytuje kilku, którzy się u nas reklamują. Możliwe, że inny miałby ciekawsze opinie. Nie spytamy go jednak, bo po co, skoro się u nas nie reklamuje?

Prowadzisz grę? Idziesz na kompromisy?

Bywa, że tak. Myślę, że wszystkie redakcje na świecie w ten sposób się zachowują. Nie mam na to dowodów, bo temat jest wstydliwy, ale mam takie przekonanie.

Nie wszystkie. „Wiadomości Wrzesińskie” wyrosły 27 lat temu z Komitetu Obywatelskiego „Solidarności”. Na Waszej stronie internetowej przeczytałem, że „były osikowym kołkiem, którym dobito komunę we Wrześni”. Czy przeszliście daleką drogę od gazety czytelnikowskiej, patrzącej władzy na ręce, do reklamowej?

Nie chodzimy prymitywnie na pasku reklamodawców. Po prostu zasięgamy opinii u tych, którzy się u nas reklamują. Podam kolejny przykład. Pisząc o kierunkach wakacyjnych wojaży wrześnian dziennikarz pyta o to przedstawicieli biur podróży, którzy wykupują u nas ogłoszenia. Nie wiem, czy jest to naganne. Gdybyśmy kierowali się wyłącznie standardami dziennikarskimi i interesem społecznym, nie przeżylibyśmy. Ale nie przeżyłaby tego żadna redakcja i gazeta w Polsce. Podobno w Amsterdamie jest portal De Correspondent, który nie ma reklam i żyje wyłącznie z dobrego dziennikarstwa. Najwięksi  wydawcy tkwią jednak w modelu treściowo–reklamowym.

A lokalna władza zamieszcza u Was ogłoszenia urzędowe?

Rzadko. Kilka razy w roku.

Jest we Wrześni nepotyzm? Burmistrz, starosta, dyrektorzy instytucji gminnych zatrudniają członków swoich rodzin czy kochanki?

Trudno to rozszyfrować, bo na przykład żona burmistrza jest naczelnikiem wydziału w Ratuszu, którym rządzi jej mąż, ale naczelnikiem została, zanim on został burmistrzem.

Jeśli jest kompetentna, zasady etyczne nie zostały złamane. Ludzie mają prawo się zakochiwać i żenić, pracując w jednej instytucji.

Oczywiście. Formalnie jest to zgodne z prawem, bo burmistrz nie jest jej bezpośrednim zwierzchnikiem, tylko jego zastępca (śmiech). Z kolei starosta pomógł w utrzymaniu pracy konkubinie. „Samopomoc koleżeńska” władzy we Wrześni istnieje. Dlatego dobre jest – wprowadzone przez PiS – ograniczenie sprawowania władzy w samorządzie do dwóch kadencji. U nas starosta i burmistrz sprawują swoje funkcje już czwartą kadencję, a to prowadzi do patologii. Władza deprawuje.  Ludzie czują się bezkarni i obrastają w piórka.

Wykorzystują władzę i stanowiska dla celów prywatnych?

Najbardziej jaskrawym przykładem jest podciągnięcie kanalizacji miejskiej do wsi Słomowo, w której ziemię ma burmistrz. Wcześniej podzielił ją tam na działki budowlane. Ich cena wzrosła. Dopiero po naszym artykule zapłacił za rurę łączącą te działki z systemem miejskim. Ten biznes prowadzi ze swoim przyjacielem, który jest radnym i przewodniczącym komisji rewizyjnej. Jak ta komisja ma uczciwie kontrolować działania burmistrza?

Oczywista kolizja. Twoja gazeta jest w zwarciu z władzą?

Sprawa tej kanalizacji jest kością niezgody, ale wcześniej nasze stosunki były poprawne. Dostawaliśmy ciekawe informacje. Po tej publikacji burmistrz zakręcił kurek z informacjami. Teraz urzędnicy milczą, przeciągają terminy odpowiedzi, zasłaniają się tajemnicą handlową, albo na nasze pytania odpowiadają monosylabicznie: „tak” lub „nie”. Na pytanie o to, ile Doda wzięła za koncert mówią, że nie mogą ujawnić. A przecież wedle prawa jest w Polsce jawność finansów publicznych.

To jest oczywiste blokowanie dostępu do informacji publicznej, łamanie prawa. Dlaczego nie idziesz z tym do sądu?

Zastanawiałem się nad tym, ale nie mam czasu. Takie postępowania zbyt długo się w sądach ciągną.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl