BŁAŻEJ TORAŃSKI: „Nie potrzeba wcale Putina czy Erdogana, żeby uczynić z mediów zakłamaną, szkodliwą i toksyczną instytucję – Odsłon Klikaczenko jest równie wydajnym tyranem” – napisał dzisiaj na portalu gazeta.pl publicysta Łukasz Najder, rocznik 1976. Tak samo postrzega Pan polskie media?

PIOTR KOŚCIŃSKI: To jest przesada. Za największy grzech mediów uznaję ich spolityzowanie. Dzienniki, tygodniki, nie mówiąc o stacjach telewizyjnych, prezentują wyraźną linię polityczną. Wydawcy i redaktorzy mają wyraźne poglądy polityczne. Nie ma nic złego w różnorodności poglądów. Gorzej, że przekładają się one na linie pism. W najmniejszym stopniu dotyczy to radia.

Naturalny pluralizm poglądów. Swoich czytelników ma „Gość Niedzielny”, „Polityka” i „Gazeta Polska”, a widzów TVN i Telewizja Polska.

To jasne, że ludzie mają różne poglądy i mogą czytać różne pisma. Mają jednak coraz trudniejszy dostęp do rzetelnej informacji pozbawionej komentarza. Regułą powinno być nie mieszanie informacji z komentarzem. Tymczasem dominują teksty zabarwione poglądami autorów.

Klasyczny model BBC – oddzielenia informacji od komentarza – dawno już odszedł do lamusa. Zwłaszcza w telewizyjnych relacjach na żywo. To jest problem warsztatowy. Ale Najder zwraca uwagę na coś innego: na brutalizację języka. Pisze: „ Wszystko zmieniło się w galę MMA, na której wołamy o rozbicie komuś ryja, więcej krwi, jak najmniej litości”.

Jeszcze do niedawna mieliśmy z jednej strony bardziej lub mniej poważne, rzetelne i spokojne media. Z drugiej – tabloidy, nazywane niegdyś gazetami bulwarowymi. W pierwszych mogliśmy się spodziewać poważnego tonu, w drugich – sensacji. Dzisiaj krew dominuje na pierwszych stronach niemal wszędzie.

Sensacja, przekazy wywołujące emocje, zdominowały niemal wszystkie media.

Niestety. Niezależnie od poglądów ludzi i wszechobecnej brutalizacji języka widać, że właścicielom mediów przede wszystkim zależy na zysku. Te zyski, poza telewizją, nie są już tak bardzo wysokie. Wydawcy i redaktorzy robią wszystko, aby przyciągnąć czytelników, słuchaczy i widzów. Stosują najprostsze metody: prześcigają się w ostrych, krwistych treściach. Uważają, że im więcej krwi i brutalności, tym łatwiej przyciągną odbiorcę. W jakiejś mierze jest to prawda. Działa mechanizm taki, jak w przypadku horrorów: ludzie je uwielbiają.

Celem jest rozbudzenie emocji. W debacie SDP „Dziennikarz – zagrożony zawód zaufania publicznego” zwróciła na to uwagę była dziennikarka „Rzeczpospolitej” Monika Rogozińska: „Nie chodzi o prawdę. Chodzi o zysk. Kłamstwo stało się towarem. Nie prawda, a klikanie, ruch w interesie przekłada się na reklamy, na pieniądze. Świadomie daje się fałsz, kłamstwo, żeby kręcić tematem”.

Ważne, aby nie przekraczać granicy między rozbudzaniem emocji, a kłamstwem. Ale: gdzie jest ta granica? Sądzę, że często jest przekraczana. I niewiele jesteśmy w stanie tu poradzić.

Nie ma już etyki w dziennikarstwie?

Wszyscy deklarują, że jej przestrzegają, ale moim zdaniem etyka odeszła w zapomnienie. Wydawcy i dziennikarze nie przejmują się etyką.

Czy w tej sytuacji dziennikarz nadal jest zawodem zaufania publicznego?

Powinien być, ale nie znaczy, że jest. Zaufanie wobec dziennikarzy jest mocno ograniczone.

A jednak – pojawił się taki pogląd na wspomnianej debacie – w małych miejscowościach telewizja publiczna cieszy się zaufaniem.

Nie znam konkretnych badań, więc nie chce spekulować, ale nie wykluczam, że w miasteczkach i wsiach ludzie są nastawieni do mediów bardziej tradycyjnie. Częściej korzystają z tradycyjnych źródeł informacji, jak TVP.

Gdzie dostrzega Pan źródeł degradacji zawodu dziennikarza? W obłędnym tempie wydarzeń, za którymi nie nadążamy, brakuje nam refleksji, głębszej analizy czy w pauperyzacji?

Źródeł jest wiele, ale pauperyzacja, osłabienie ekonomiczne mediów, jest jednym z kluczowych. Dzisiaj dziennikarz jest o wiele mniej skuteczny, aniżeli przed laty. Gazety nie są już w stanie pozwolić sobie na śledztwa dziennikarskie. Na to, aby jeden, nie mówiąc o kilku dziennikarzach, zajmował się przez kilka tygodni jednym tematem. W 1991 roku, kiedy zaczynałem pracę w „Rzeczpospolitej”, w dziale zagranicznym pracowało na etatach kilkunastu dziennikarzy i kilku korespondentów zagranicznych. Kiedy odchodziłem ponad pięć lat temu było ich czterech i jeden etatowy korespondent zagraniczny. Kiedyś ważna była specjalizacja. Dziennikarze byli ekspertami w swoich dziedzinach. Teraz dziennikarze muszą pisać lub mówić o wszystkim. Wielu wydawców twierdzi, że cenią jakość, ale liczy się dla nich głównie ilość. Robią wszystko, aby „kontentem” pośpiesznie zapełnić portale internetowe.

Czyżby dziennikarze zatracili ciekawość świata i dążenie do prawdy?

Nie, absolutnie tego nie zatracili. Ale warunki, w jakich pracują, tym wartościom nie sprzyjają. No bo co z tego, że ktoś ma ciekawość świata, skoro redakcja nie wyśle go za granicę, bo nie ma na to pieniędzy. Każe mu pisać zza biurka i wykorzystywać źródła internetowe. Co z tego, że chce dążyć do prawdy, jeśli nie ma na to zwyczajnie czasu. Pośpiesznie musi coś zrobić, pilnie zapełnić kolumny. Nie jest w stanie weryfikować informacji i zasięgać opinii obu stron. Wydawcy chcieliby, aby dziennikarze jednocześnie pisali, robili zdjęcia i filmy. To jest nierealne.

Efektem jest bylejakość.

Ano właśnie. Ale tego dzisiaj oczekują wydawcy i redaktorzy. Pamiętam, jak przed laty jeździłem po Kazachstanie. Miałem notatnik, aparat fotograficzny i kamerę. Nie potrafiłem równocześnie notować, robić zdjęcia i filmować.

Rzetelność przestała być dzisiaj towarem?

Ona jest towarem, ale nie pierwszej świeżości. Nie jest tak bardzo istotna. Rzetelność jest kosztowna, brakuje na nią pieniędzy. Rzetelność poświęca się na rzecz ilości.

Prezes „New York Timesa”, Mark Thompson, powiedział w wywiadzie dla CNBC, że drukowane gazety przetrwają jeszcze przez dziesięć lat. Jego zdaniem zbliża się „termin ważności” drukowanej wersji „NYT”. Śmierć gazet papierowych wieszczy się od lat. Umrą za dekadę?

W ubiegłym semestrze prowadziłem na dziennikarstwie przedmiot o rewolucji w mediach. Znalazłem stronę internetową, na której wyliczano, kiedy w poszczególnych krajach umrą gazety. Czas ten rozpisywano na kilkanaście lat. Niewątpliwie żyjemy w okresie wielkiej zmiany. Gazety przenoszą się do Internetu, ale sieć nie przynosi tylu dochodów, co papier. Być może pojawi się nowa platforma, która połączy różne technologie. Uważam jednak, że gazety tak szybko nie upadną. Łatwiej będzie tygodnikom, bo gazety codzienne przegrają wyścig z Internetem. Kiedyś czekaliśmy na wydanie gazety popołudniowej. Dzisiaj nie musimy czekać. I to może być problem dla prasy drukowanej.

Może więc jest to szansa dla wydań cyfrowych? Wydawca „New York Timesa” wierzy, że pozyska więcej czytelników wydań cyfrowych. „Sfera cyfrowa rośnie bardzo szybko” – twierdzi Mark Thompson. Czy ten amerykański trend może się powtórzyć także w Polsce?

Polska nie jest wyspą i u nas sfera cyfrowa także rośnie. Problem w tym, że Polacy przyzwyczaili się do czerpania z Internetu treści za darmo, a gazetę trzeba jednak kupić. Za tekst stworzony wyłącznie dla Internetu powinno się zapłacić.  W Polsce te treści się kradnie albo cytuje. Ale i tak ktoś musi być pierwszy. Dziennikarz musi stworzyć pierwowzór tekstu i dostać za to pieniądze.  Niestety, Polacy nie chcą płacić za wydania internetowe. Sposobem mogą być mikropłatności, np. dziesięć groszy za tekst, a nie kilkanaście złotych za dostęp do pełnego wydania. Wyciągnięcie jednak kilku groszy z portfela karty kredytowej jest w Polsce zbyt skomplikowane.

Jak Pan zachęca do dziennikarstwa studentów?

Mówię im uczciwie, jak jest. To oni dokonają zmiany w mediach i musza być przygotowani na wejście w sam środek tej rewolucji. Nie będzie im łatwo. Ale dziennikarstwo było, jest i będzie fascynujące. Najwięcej satysfakcji przynosi jednak to, co trudne i żmudne.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl