Z Tomaszem Patorą o tym, jak łatwo zostać dłużnikiem rozmawia Błażej Torański.

Za reportaż „Spłaca nieswoje długi”, zrealizowany dla programu TVN „Uwaga” otrzymał nagrodę SDP im. Egeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne.

Chronisz swój PESEL Tomku?

Nie, dlatego, że to nie ma sensu.

Jak wypożyczasz rower wodny czy kajak na zalewie i proszą Cię o dowód osobisty, dajesz?

Daję. Ukrywanie swoich podstawowych danych, jak imię, nazwisko, PESEL, czy numer dowodu jest absurdalne. Badałem to. Jest zbyt wiele miejsc, w których musisz ujawnić te dane albo przesyłasz fotokopię dowodu i zatajanie tego nie ma sensu. To państwo powinno stworzyć system, w którym posiadanie tych danych uniemożliwia skradzenie tożsamości.

Powinno, ale tymczasem jest tak: jeśli ktoś skradnie Ci PESEL, możesz spłacać kredyt, którego nie zaciągnąłeś.

Rzeczywiście. Reportaż „Spłaca nieswoje długi”, który zrealizowałem dla programu TVN „Uwaga” nie dotyczy tylko bohatera tej historii, Roberta Borkowskiego, ale prawie wszystkich petentów elektronicznego sądu w Lublinie.

Elektroniczny sąd w Lublinie powstał siedem lat temu, aby zwalczyć przewlekłość spraw w wymiarze sprawiedliwości.

Tak naprawdę nie jest to sąd, tylko instytucja, która go udaje, „klepie” orzeczenia na podstawie pozwów.  Rocznie są to tysiące wyroków. Rola sędziów (jest ich kilku) i referendarzy sądowych (ponad stu) ogranicza się tylko do sprawdzenia danych, niczego więcej. W jaki sposób? Sprawdzają jedynie, czy podany PESEL przypisany jest do imienia i nazwiska. Nie weryfikują, czy informacje podane przez wierzyciela w pozwie zgadzają się z danymi rzeczywistego dłużnika.

Gdyby je sprawdzali, szybko wyszłoby na jaw, że Robert Borkowski nie mieszka i nigdy nie mieszkał w Radomsku.

On tam nigdy w życiu nie był.

Jak odkrył, że oszust zaciągnął na jego PESEL piętnaście kredytów „chwilówek”?

Przeprowadził własne śledztwo. Nie mógł wypłacić pieniędzy z bankomatu. W banku dowiedział się, że komornik zajął mu na koncie kilkadziesiąt tysięcy złotych na zlecenie wierzyciela, który dostarczył mu wyrok elektronicznego sądu z Lublina. Po nitce do kłębka Robert Borkowski ustalił, że padł ofiarą oszustwa. Okazało się, że z pozwem do sądu wystąpiła firma windykacyjna, która kupiła dług od innej firmy. Taki dług, najczęściej „chwilówkę”, przepuszcza się przez łańcuszek kilku firm. A „chwilówkę” można zaciągnąć nie wychodząc z domu.

Przez Internet lub telefonicznie?

Oczywiście. Nie trzeba nawet przesyłać kopii dowodu osobistego. Wystarczy tylko wypełnić formularz.

I każdy, kto zna Twoje dane wrażliwe, może je wpisać do formularza, a Ty będziesz spłacać kredyt?

Tak, każdy. I w praktyce dowiem się o tym, jak Robert Borkowski, dopiero wtedy, kiedy komornik na podstawie prawomocnego wydanego w imieniu Rzeczpospolitej zajmie mi konto.

Wobec firmy windykacyjnej, komornika i elektronicznego sądu obywatel jest bezbronny?

Owszem, bo te instytucje nie analizują sprawy tylko badają zgodność danych podanych przez wierzyciela. Czy do podanego PESEL–u przypisane jest to samo nazwisko. Do oszustwa potrzebny jest jeszcze jeden element: wymyślony adres zamieszkania rzekomego dłużnika.

Może być fikcyjny?

Musi. Żeby firma pożyczkowa – lub ta, która kupiła od niej dług – mogła w sądzie elektronicznym zdobyć nakaz egzekucji musi wejść na konto. Trzeba to zrobić tak, aby rzekomy dłużnik się o tym nie dowiedział. Dlatego trzeba podać fikcyjny adres. W przypadku Roberta Borkowskiego zamiast adresu wołomińskiego, pod którym mieszka, podano fikcyjny z Radomska.  Adres, jakiego … nie ma. Listonosz prawdopodobnie położył awizo na skrzynce albo go w ogóle nie zostawił. Mamy w Polsce fikcję doręczenia, bo po dwóch bezskutecznych doręczeniach uznaje się przesyłkę za … doręczoną. Na tej podstawie sąd uznał, że nakaz zapłaty został doręczony i wydał postanowienie egzekucyjne, z którym wierzyciel poszedł do komornika.

„Osoby, które niczego nie podpisywały zostają pozbawione prawa do obrony. Ich życie, życie całej rodziny, może lec w gruzach, ponieważ jest do spłaty wielki dług, który się długiem fikcyjnym” – twierdzi Piotr Mierzejewski z Biura rzecznika Praw Obywatelskich.

Urzędnicy, tacy jak Piotr Mierzejewski, wypowiadają się zwykle ostrożnie. Ja nie muszę mówić ostrożnie, więc stwierdzę, jak jest: w zderzeniu z takim mechanizmem państwowym obywatel nie ma żadnych szans. Teoretycznie może, jak bohater mojego reportażu, odkręcać skutki błędnej – mówiąc delikatnie – decyzji. W praktyce zajmie mu to przynajmniej kilka lat. Przy tym na „dzień dobry” musi ponieść koszty zatrudnienia prawnika. Trudno wymagać od Roberta Borkowskiego, aby sam redagował pisma procesowe, bo jako ochroniarz kompletnie się na tym nie zna. Jeśli uda się mu ostatecznie to odkręcić – z prawnego punktu widzenia ma takie szanse –  firma, która odkupiła jego długi i bezprawnie się wzbogaciła może już nie istnieć. Tak najpewniej będzie i tych pieniędzy pan Robert nie odzyska.

Ofiarą podobnego oszustwa padła nawet Wioletta Krawczyk, prezes Sądu Rejonowego w Radomsku…

Dokładnie, tylko, że pani prezes zawczasu zorientowała się, co jest grane. Sprawdziła swoją sytuację kredytową w BIK–u i dzięki temu trafiła na trop złodzieja. Znała ten mechanizm.

Ofiarą może więc paść każdy?

Każdy, nie wiedząc o tym. Szczególnie narażeni są ludzie, którzy na stałe mieszkają poza miejscem swojego zameldowania. W tym systemie nikt nie może się czuć bezpiecznie. W tym fragmencie polskie państwo nie tylko nie istnieje. Ono autoryzuje złodziejstwo! Wielu sędziów, także ze Stowarzyszenia Iustitia, mówiło mi, że sąd elektroniczny jest jedną wielką ściemą, stworzoną wyłącznie po to, aby w oczach Unii Europejskiej poprawić katastrofalny stan tempa działania polskich sądów. To droga na skróty, bo daliśmy pieczątkę sądu swego rodzaju robotowi, księgowemu, który przystawia ją na kolejne pozwy, dając klauzulę wykonalności. Sąd elektroniczny, co obliczyłem wydaje wyrok średnio w ciągu dwóch i pół minuty. To jest tylko puder nałożony na katastrofalną sytuację sądów.

Chcieli z Tobą w tym sądzie rozmawiać?

Nie chcieli współpracować. Formalnie jest to jeden z wydziałów lubelskiego sądu rejonowego. Przewodniczący umówił się bez problemu. Ale sędziowie, wszyscy sędziowie (sic) odmówili zgody na pokazanie przed kamerą twarzy. Pierwszy raz się z takim przypadkiem spotkałem. Pomyślałem wtedy, że nie chcą się pokazać, bo dokładnie wiedzą, w jakim systemie fikcji pracują (śmiech).

Masz na koncie worek nagród dziennikarskich. Czy laury Cię nadal motywują?

Powiem serio, bez kokieterii.  Od dawna kompletnie się tym nie przejmuję. Staram się jedynie, aby zrealizowany materiał sprawił mi satysfakcję. A jestem dosyć wybredny i najczęściej z dystansu wydaje mi się, że mógłbym to zrobić lepiej, ciekawiej. Nie wspominam o widzu, bo nie mam narzędzi socjologicznych, aby to sprawdzić.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl