BŁAŻEJ TORAŃSKI: W Bułgarii, Rumunii czy NRD nie było urzędowej cenzury. Po co władzy komunistycznej w PRL potrzebny był Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk?

JOANNA HOBOT-MARCINEK: Urząd cenzury miał ułatwić komunistycznym władzom kontrolowanie wszelkich form myślenia. Stąd też cenzura była wszechogarniająca, obejmowała druki, gazety, literaturę, spektakle teatralne i kabaretowe, mapy czy nawet nekrologi. Komuniści wierzyli, że słowo, zwłaszcza literackie, „może obalać trony”. Mieli też świadomość silnego oddziaływania prasy i jej roli w życiu społecznym. Cenzura miała pomóc im w sprawowaniu „rządu dusz”. Miała im umożliwić panowanie nad ludzkimi umysłami. Mówiąc po Orwellowsku, chodziło o to, aby „myślozbrodnia” stała się niemożliwa. Dlatego też równie ważne co zapisy zakazujące mówienia o pewnych tematach, były zalecenia dotyczące tego, jak mówić o niektórych zjawiskach społecznych i wydarzeniach politycznych.

Największym wydawcą prasy była w Peerelu RSW Prasa–Książka–Ruch, należąca do PZPR. W epoce Gierka 75 proc. redaktorów naczelnych i 45 proc. zwykłych dziennikarzy należało do partii. Partia mianowała na stanowiska: od szefa redakcji do sekretarza. Czyżby dla władzy to było za mało, aby kontrolować wolność słowa?

Władza przyniesiona na sowieckich bagnetach nie czuła się pewnie, nie czuła się bezpiecznie, nie ufała redaktorom, zwłaszcza tym z prasy studenckiej czy katolickiej. Oczywiście nie dotyczyło to na przykład dziennikarzy „Trybuny Ludu”. Ten organ PZPR nie potrzebował cenzora. Redaktorzy w tej gazecie pilnowali się sami. Warto też nadmienić, że powołując GUKPPiW, w jakiś pokrętny sposób władze komunistyczne nawiązały do tradycji carskiej cenzury.

 Autorzy, nie tylko dziennikarze, także się kontrolowali. Dla poety Adama Zagajewskiego cenzura była częścią natury. Jak lipy, dęby, niebo i deszcz. Zagajewski – jak sam wspomina- uważał, że cenzura jest częścią systemu. Nikt z autorów nie był tak szalony, aby napisać, że partia „jest siepaczem”, a Gierek – głupi. Tak silna była autocenzura?

Autorzy doskonale zdawali sobie sprawę z wymogów cenzury. Wiedzieli zatem, że wszelkie próby krytykowania ustroju socjalistycznego czy ironizowania na temat przyjaźni polsko–radzieckiej są z góry skazane na niepowodzenie. Mieli świadomość, że mogą się buntować w ściśle wyznaczonych przez cenzurę granicach. Z drugiej strony jednak starali się przemycić istotne dla nich treści, dokonać nie tylko opisu, ale i oceny PRL-owskiej, zakłamanej w propagandowej prasie, rzeczywistości. Wspomniany już Adam Zagajewski i inni poeci Nowej Fali opracowali swoistą – jak nazywam to w mojej książce – „strategię obejścia” zakazów cenzury. Nie bazowali na alegorii, nie stosowali kostiumu historycznego jak ich artystyczni poprzednicy. Czerpali z elementów rzeczywistości, w sposób aluzyjny odsyłali do właściwego tematu wypowiedzi i w ten właśnie sposób przekazywali zakazane treści. Postępowali zatem zupełnie inaczej niż na przykład Zbigniew Herbert.

Herbert w „Powrocie prokonsula” zastosował poetykę maski.

Tak, to jest najlepszy przykład. Utwór ten nawiązywał do historii starożytnego Rzymu, a mówił o mechanizmie władzy totalitarnej. Tymczasem autorzy nowofalowi, głoszący hasło „mówienia wprost”, rychło popadli w konflikt z cenzurą. Mimo tego, że pewnych rzeczy nie mogli napisać wprost, starali się jak najwięcej powiedzieć o tym, co ich w tej rzeczywistości bolało. Podjęli więc próbę poetyckiej ewokacji swych pokoleniowych doświadczeń, takich jak: Marzec’68 czy Grudzień ’70 . Wytrwale szukali porozumienia z czytelnikiem ponad głową cenzora.

Cenzorzy w gruncie rzeczy ingerowali rzadko. W epoce Gierka dziennie, statystycznie, było w całej Polsce 1,3 ingerencji. Ma rację Tomasz Strzyżewski - który ujawnił tajemnice komunistycznej cenzury - że urząd, w którym pracował, był jedynie komórką kontroli jakości w fabryce kłamstwa stworzonej przez media. Wniosek z tego prosty: najsilniejsza była autocenzura.

Z perspektywy czasu trudno jest to ocenić. Trzeba analizować konkretne przypadki. Jest pytanie, jak daleko autor szedł na kompromis. Na ile udawało mu się powiedzieć to, co rzeczywiście chciał przekazać. Ceną odrzucenia kompromisu była często rezygnacja z publikacji utworu i nieobecność danego autora w oficjalnym, a do pewnego momentu w zasadzie jedynym, krajowym obiegu literackim. W ten sposób cenzura łamała kręgosłupy. Ironia historii sprawiła, że twórcy żyjący w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej podzielili doświadczenie Adama Mickiewicza, który o swych zmaganiach z carską cenzurą w liście do Jana Czeczota pisał następująco: „Pozwoliłem [ten ustęp] usunąć, jak się pozwala oko wyłupić, by głowę ocalić”. Można więc powiedzieć, że twórcy podlegający peerelowskiej cenzurze powielili los artystów żyjących pod zaborami.

Porażająca paralela.

Rzeczywiście było wiele podobieństw, ale były też i różnice. W obu przypadkach poeci musieli podejmować „grę z cenzurą”. Warto jednak podkreślić, że w PRL–u cenzorami byli Polacy; za czasów Gomułki czy Gierka byli to już ludzie przyzwoicie wykształceni, filozofowie, poloniści, historycy. Dysponowali oni wiedzą literacką, doskonale orientowali się też w polskiej kulturze. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że w przeciwieństwie do cenzora PRL-owskiego, urzędnika cenzury carskiej łatwiej było oszukać.

Cenzorzy węszyli aluzje do systemu komunistycznego. Nie dopuszczali do druku nawet książek o zwyczajach ludów afrykańskich czy gadów prehistorycznych, jakby to były alegorie Peerelu na miarę „Folwarku zwierzęcego” Orwella. Skąd brały się te skojarzenia? Przecież autorzy często nie mieli takich zamiarów.

Cenzorzy byli nadzwyczaj wyczuleni na wszelkie aluzje, co nie znaczy, że nie popełniali błędów. Warto podkreślić, że w celach szkoleniowych GUKPPiW wydawał Przeglądy przeoczeń i ingerencji zbędnych. Jeżeli cenzor coś przeoczył, przełożeni wyciągali wobec niego konsekwencje. Z drugiej strony jednak zwierzchnicy, czyli cenzorzy wyższego stopnia, niechętnie patrzyli na ingerencje zbędne, które częstokroć uważali za bardziej szkodliwe od samych utworów literackich czy artykułów prasowych. A zatem cenzor niższego stopnia, balansujący między przeoczeniem a ingerencją zbędną, jawi się jako ktoś nieomal godny „współczucia”. Mówię to oczywiście ironicznie, ale w materiałach cenzorskich powtarzają się takie skargi szeregowych urzędników cenzury, którzy mówią o ciążącej na nich odpowiedzialności i presji. Co oczywiste, cenzorzy byli szkoleni tak, by doszukiwać się rozmaitych analogii, sugerujących nieprawomyślne, wrogie systemowi komunistycznemu czy ZSRR, treści. Stąd też na przykład podejrzliwie podchodzili do dramatu romantycznego; zwłaszcza do inscenizacji „Dziadów” Adama Mickiewicza, autorstwa Dejmka czy Swinarskiego. Niepokoiło ich, że działania sceniczne wywołują żywy rezonans publiczności, przekonanej o tym, że spektakle te są niezwykle aktualną i wnikliwą diagnozą polskiej rzeczywistości lat 60- tych czy 70-tych.

Czy da się oszacować skalę zbrodni dokonanej przez cenzorów na słowie, obrazie, a nawet dźwięku? Ilu Herbertów czy Wajdów zabrakło przez to w polskiej kulturze?

Trudno ocenić, jak wiele zniszczono życiorysów i jak wiele zmarnowano talentów. Trudno też określić skalę kompromisu, na jaki musieli pójść twórcy.

Każda władza uzurpuje sobie prawo do cenzurowania? Wszak cenzura jest stara jak świat. Pierwsza o niej wzmianka jest w „Państwie” Platona.

Każda władza w jakimś stopniu próbuje wpływać na narrację publiczną. Jednak sytuacja w państwie totalitarnym jest szczególna, albowiem kontrolowanie wszelkich publikacji jest całkowite i ma zinstytucjonalizowany charakter. Jak podkreślał, wspomniany przez Pana, Adam Zagajewski, cenzura dla jego pokolenia była niestety czymś oczywistym i naturalnym, niczym powietrze. W systemie totalitarnym cenzura silnie oddziałuje na rzeczywistość i na językowy sposób kreowania tejże rzeczywistości. W państwie demokratycznym łatwiej jest przeciwstawić się ewentualnym cenzuralnym zakusom władzy. Państwo totalitarne działa nie tylko poprzez przemoc, ale i wypracowuje swoisty system przekupstwa. W przypadku PRL-u cenzorom zapewniało dobrze płatną pracę oraz talony na samochody czy mieszkania. Poetom oferowało wysokie nakłady ich dzieł i rozmaite, płynące ze statusu artysty, przywileje.

 

Rzeczywiście peerelowscy cenzorzy byli kastą wybranych. Jan Krzysztof Kelus, kawaler Orła Białego, wyśmiał ich w piosence „Pytania, których nie zadam”. Jest tam taki dialog: „Powiedz mi, co robi filozof w cenzurze? Życie jest, bracie, życiem, a tam – czysta nie czysta zamiast cztery osiemset na rękę osiem czterysta”.

Nie ulega wątpliwości, że wynagrodzenie odgrywało niezwykle istotną rolę w pozyskiwaniu- jak to mówili cenzorzy – młodego cenzorskiego narybku. Artystom często wydawało się, że Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk był instytucją nieomal demoniczną. Adam Zagajewski, wspominając swoje odwiedziny w krakowskiej delegaturze cenzury, stwierdził, że idąc tam spodziewał się średniowiecznych kazamatów. Oczekiwał, że będą tam nagie ściany niczym na komisariacie milicji. Tymczasem były kwiatki i obrazki, jak w uroczym, drobnomieszczańskim domu. Siedzieli tam zwykli urzędnicy, a w powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy.

Pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt, dotyczący stosunku cenzorów do ich pracy i ich prób samousprawiedliwienia. Cenzorzy często podkreślali, że dzięki usunięciu niepoprawnej politycznie metafory, utwór stał się lepszy, bardziej uniwersalny. Nie chcieli widzieć swojej działalności jako zbrodniczej, szukali alibi. Widzieli w sobie współuczestników procesu twórczego. To zaskakujące i żałosne zarazem.

Śp. Grzegorz Królikiewicz powiedział mi: „ Gdyby nie było cenzorów, nie doszedłbym do żadnych rezultatów! Oni, durnie, nawet nie wiedzieli, jak krzepią mnie swoja obecnością”. Odczytuję to a rebours. Przekonanie cenzorów, że inspirowali twórców było wyrazem ich hipokryzji. Nieprawdaż?

To było zakłamanie, próba przydania swojej pracy wartości. Myślę, że podświadomie czuli, że jest to zbrodnia, ale nawet przed sobą nie chcieli się do tego przyznać.

Mamy teraz cenzurę?

W PRL–u funkcjonował dobrze przemyślany, zorganizowany system. Wtedy w system cenzury wprzęgano jak największy krąg osób. Artystów skłaniano do uprawiania autocenzury. Świadomie też część pracy cenzorskiej przerzucano na redaktorów wydawnictw i czasopism. Czy dzisiaj w dobie nowych mediów mamy do czynienia z cenzurą? Zastanawiając się nad tym zagadnieniem, można sformułować ciekawy temat dyskusji, stawiając pytanie o to: czy poprawność polityczna nie jest nową formą cenzury?

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl