Dwa lata temu zrobił Pan świetne zdjęcia kilka godzin po zamachu terrorystycznym w Paryżu. Znalazł się Pan w odpowiednim miejscu i czasie. Nagrodzony przez SDP fotoreportaż „Świat bez koloru” powstał w jakże innych okolicznościach: przez blisko miesiąc obserwował Pan pensjonariuszy Domu Pomocy Społecznej w Nowodworze.

Nawiązałem relacje z pensjonariuszami i pracownikami DPS. Spotkałem tam kilku swoich znajomych, którzy nie wytrzymali tempa życia. Załamali się. Długo z nimi rozmawiałem, zdobywałem ich zaufanie, oswajałem, nie od razu wyciągałem aparat. Wiedziałem, że mają kłopoty psychiczne, depresję, o co dzisiaj, w zwariowanym świecie,  zwłaszcza wśród ludzi o dużej wrażliwości, coraz łatwiej. Nigdy nie wiadomo co nas spotka i gdzie wylądujemy.  Ta choroba dotyka wszystkich, także celebrytów, którzy coraz częściej się do tego przyznają.

Na zdjęciach pokazuje Pan głównie życie codzienne, emocje i uczucia, jak w fotoreportażu „Paryż dla dwojga”, efekcie Pana wędrówek po stolicy Francji. Podobnie jest w „Zaczarowanej Galerii Państwa Buczyńskich”, fotograficznej opowieści o dwójce rzeźbiarzy ludowych mieszkających w przyczepie kempingowej. Pana fotoreportaże są rezultatem żmudnej pracy, wykonywanej w pełnym skupieniu, z całkowitym oddaniem. Nie jest Pan archaiczny? Dzisiaj robi się zdjęcie na końcu świata i ono za kilka minut musi być obecne we wszystkich serwisach.

Nie uprawiam fotografii newsowej. Nigdzie mi się nie spieszy, pośpiech w przypadku moich projektów nie jest wskazany. Czasami za jednym ujęciem chodzę w to samo miejsce kilka razy, nawet przez kilka dni. W Paryżu mieszkam u przyjaciółki, razem wstajemy, jemy śniadanie i jedziemy metrem, z tym, że ona idzie do pracy, a ja na zdjęcia. Chodzę, oglądam, podpatruję i fotografuję. Mam czas…

 

Jak Pana fotografia odnajduje się w dzisiejszym świecie? Gazety i agencje czekają wyłącznie na newsy. Fotografia społeczna i zaangażowana nikogo w redakcjach nie interesuje. Takie zdjęcia można spotkać tylko na konkursach fotograficznych.

Ale także w szufladach fotografujących…

Zapytam więc inaczej: w jakim celu Pan fotografuje, skoro nikt tego nie potrzebuje, nie zamawia, nie publikuje. Ja ostatni fotoreportaż opublikowałem kilkanaście lat temu w polskiej edycji „Newsweeka”. Gdzie Pan publikuje zdjęcia w tej formie?

Jeśli ma Pan na myśli prasę: nigdzie. Nadal mam jednak nadzieję, że fotografia interwencyjna może komuś pomóc, zwrócić uwagę na jego los. Mam to szczęście, że w Tarnowie ludzie chcą oglądać moje prace na wystawach. Na początku mojej przygody z aparatem, w latach 90., było ogromne zapotrzebowanie na fotoreportaże prasowe. Gazety publikowały moje zdjęcia przynajmniej raz w tygodniu. Teraz wiele tytułów padło, wydawcy szukają oszczędności i tną koszty „po fotografach”. Zna Pan gazetę, która zatrudnia na etatach kilku fotoreporterów? Wiem, że jest to pytanie retoryczne. Przed laty to była norma.

Pana projekty wymagają czasu i pieniędzy. Musi Pan jeździć w to samo miejsce po kilka razy, płacić za podróże, noclegi, coś zjeść. Kiedyś redakcje lub agencje wysyłały fotografa w delegacje, opłacały  przejazdy, dorzucały diety, a za zdjęcia można było zarobić sowitą wierszówkę. Jak to jest dzisiaj?

Wszędzie jeżdżę sam, własnym samochodem, na własny koszt. Nadal mnie to kręci. Kocham moją robotę, więc nie liczę kosztów.

Jak Pan sobie z tym radzi? Skąd Pan bierze pieniądze na tę kosztowną pasję?

Są to produkcje niskobudżetowe. Nie jestem wymagający. Często jem to samo, co moi bohaterowie. Sypiam gdzie popadnie. Jeżdżę kilkuletnim renaultem clio. Jedyne, w co inwestuję, to aparaty. Staram się mieć dobre. Fotografia jest dla mnie nieustającą przygodą. W tej pracy cały czas coś się dzieje. Poznaję nowych ludzi. Jestem szczęśliwy, kiedy mogę komuś pomóc. Wtedy mój wysiłek nabiera sensu. To jest całe moje życie. Kiedy biorę do ręki aparat jestem w swoim żywiole.

Nie próbuje Pan publikować i zarabiać w Internecie?

Ceny zdjęć publikowanych w Internecie są śmiesznie niskie i niewspółmierne do nakładu pracy. W sieci trzeba długo szukać żeby znaleźć coś interesującego. Dzisiaj każdy może zostać fotografem, wystarczy telefon komórkowy. Można śmiało powiedzieć, że mamy  w Polsce 38 milionów dobrych fotografów (śmiech).

Czy z zawodu fotoreportera można się w ogóle utrzymać?

Na stałe jestem zatrudniony w Tarnowskim Pałacu Młodzieży. Prowadzę zajęcia i warsztaty fotograficzne. Nie jestem wymagający, więc starcza mi od pierwszego do pierwszego. Fotografia reportażowa to moja pasja i, niestety, przeważnie do niej dokładam. Ale najważniejsze jest dla mnie dokumentowanie rzeczywistości. Nie myślę o zysku. Pod koniec roku fotografowałem rodzinę państwa Lemańskich w Węglówce. Ciężki temat, trudne do sfotografowania życie chorych ludzi, którzy nie są w stanie płacić za prąd. Pomyślałem: może przez sfotografowanie ich losu pomogę im? Pokazałem zdjęcia dostawcy energii, ale nie zareagował. Pokazałem znajomym i zebraliśmy ponad 15 tysięcy złotych. Pomogliśmy tym ludziom.

Piękna idea. Dorabia Pan fotografując śluby, wesela, komunie, imprezy firmowe?

Kiedyś fotografowałem, teraz już nie. Niech śluby robią młodzi. Czasami wpadnie mi dodatkowy zarobek, ale też nie biorę wszystkiego. Wkrótce wydany zostanie album z okazji 20-lecia PWSZ w Tarnowie.  Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

A kiedy ostatnio sprzedał Pan fotoreportaż, składający się z wybranych przez pana zdjęć, o tematyce społecznej, dotyczący polskiej rzeczywistości?

Nie przypominam sobie. Zdjęcia są na stronie Reportera. Nikt się o nie bije, nie wiem nawet czy ktokolwiek je ogląda. Zresztą ja to robię przede wszystkim dla siebie i dla ludzi, których fotografuję. Zawsze interesował mnie człowiek i jego życie. A świat jest zupełnie inny, niż przedstawia nam go telewizja czy kolorowe gazetki o celebrytach. Wmawia się nam, że trzeba być zdrowym, pięknym i bogatym. Słyszałem o przypadkach, gdy spadł artykuł, bo bohater był za brzydki i nikogo już nie interesowało, co miał do powiedzenia.

Jak Pan ocenia kondycję polskiej fotografii prasowej?

W redakcjach i wydawnictwach zmieniły się kryteria doboru zdjęć i tempo pracy. Wszystkiego wymaga się „na wczoraj”. Fotoreporterzy nie mają czasu na zgłębienie tematu i refleksję. Pracuje się automatycznie, byle zdążyć przed innymi. A z drugiej strony sami fotografowie za dużo ingerują w swoje prace, przesadzają z obróbką graficzną i photoshopem. Można to zaobserwować w konkursach fotograficznych. Zdjęcie musi obronić się samo, a często, żeby dowiedzieć się o co chodzi, trzeba przeczytać całe wypracowanie.

Widzi Pan jakąkolwiek szansę, aby fotoreportaż wrócił na łamy prasy papierowej?

Obawiam się, że nie. Zastanawia mnie i zarazem przeraża, że w otaczającym nas świecie, zbudowanym niemal wyłącznie z obrazów, nie ma miejsca na prawdziwą fotografię. Oglądanie fotoreportaży wymaga myślenia, refleksji, a z tym coraz gorzej.

Fotoreportaże Tadeusza Koniarza

 „Świat bez koloru”

 

 

„Paryż dla dwojga”

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl