Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar napisał w liście do wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego, że władze samorządu terytorialnego powinny wydawać jedynie biuletyny informacyjne z komunikatami urzędowymi, a nie prasę. Nie ma uczciwych gazet samorządowych?

Nie znam w Polsce gazety samorządowej, która nie jest tubą propagandową władzy. To jest nieuczciwe wobec czytelników, którzy mają odmienny punkt widzenia, a nie mogą go skonfrontować w gazecie. Nieuczciwe w stosunku do opozycji i nas, wydawców i dziennikarzy gazet lokalnych, niezależnych. Gazety samorządowe służą propagandzie, promocji wójtów, burmistrzów, starostów, a nawet marszałków. Tam nie ma zderzenia się racji, dyskusji, prezentowany jest jeden punkt widzenia: władzy.

Czy mogą te gazety służyć korupcji? Piotr Piotrowicz, wydawca pięciu gazet powiatowych w Wielkopolsce i miesięcznika „Wieści Rolnicze” uważa, że tytuły samorządowe są gangreną, która zakaża rynek reklamowy mediów lokalnych, bo stosują ceny dumpingowe! Są bezpłatne, nie martwią się o wynik finansowy.

To wszystko prawda, co mówi Piotr Piotrowicz. Te gazety są dla nas zmorą. Czy mogą być narzędziem korupcji? Jako wydawcy lokalni spotykamy się z przypadkami, kiedy przedsiębiorca zleca reklamy gazecie samorządowej nie dlatego, że ma wyższy nakład, jest bardziej czytana i dzięki reklamie trafi do większego kręgu klientów. Zleca je, aby zyskać przychylność władzy – burmistrza lub wójta – przy przetargach, w których bierze udział albo w zamówieniach z „wolnej ręki”. Bywa, że chce się odwdzięczyć. To pachnie korupcją, ale czy już nią jest? Niewątpliwie jest to patologia. Formalnie gazety samorządowe mają zakaz prawny publikowania reklam. Nikt jednak tego nie kontroluje, nie wyciąga konsekwencji, więc redaktorzy nie mają oporów przed zamieszczaniem ogłoszeń. Zdarzają się gazety samorządowe bez ogłoszeń i reklam.

Rzeczywiście cztery lata temu Regionalna Izba Obrachunkowa we Wrocławiu uznała, że  gazety wydawane przez gminy nie mają prawą zamieszczać reklam, ogłoszeń ani publikować tekstów o charakterze politycznym. Wcześniej podobne stanowisko wyraziła RIO w Łodzi. Nie miało to praktycznego znaczenia.

Skuteczność była zerowa. Jak nasze, wydawców zrzeszonych w Stowarzyszeniu Gazet Lokalnych, wielokrotne wystąpienia. Czasami politycy wykazują przychylność w tej kwestii, ale kończy się na ich prywatnych obietnicach. Nie ma efektów i nie sądzę, aby wystąpienie Rzecznika Praw Obywatelskich cokolwiek zmieniło. Ale chciałbym się mylić. I cieszę się ze stanowiska rzecznika, może ważne jest, byśmy drążyli tę kwestię kropla po kropli... 

Przed laty dziennikarstwo śledcze, społeczne i interwencyjne zwiększało poczytność gazet. Jakie tematy teraz decydują o sprzedaży „Obserwatora Lokalnego”, tygodnika, który wydaje Pan w Dębicy? Sensacje, dramaty, wypadki? 

Na całym świecie dramatyczne wydarzenia przyciągają uwagę. Ale poza sensacją, która zawsze dobrze się sprzedaje, ludzie także chcą wiedzieć, co dzieje się wokół nich: w samorządzie, za jego kulisami, w inwestycjach. Te tematy, ciekawie podane, wzbudzają zainteresowanie.

Jako wydawca wchodzi Pan w zwarcie z władzą czy prowadzi grę, aby dostawać urzędowe reklamy?

Urzędowe ogłoszenia na łamach „Obserwatora Lokalnego” stanowią znikomy procent. Doskonale sobie bez nich radzimy. Nie prowadzimy polityki pozyskiwania reklam od władzy, ani gry z samorządami, polegającej na tym, że będziemy bardziej przychylni, przymkniemy oko. Są gminy, które sporadycznie zlecają nam ogłoszenia.

Nie unika Pan trudnych tematów, jak korupcja?

Gdybyśmy takich tematów unikali, czytelnicy szybko by nas z tego rozliczyli. W środowiskach lokalnych trudno przed ludźmi cokolwiek ukryć, coś przemilczeć, o czymś zapomnieć. Gazeta straciłaby wiarygodność.

Nie stosuje Pan wewnątrzredakcyjnej cenzury?

Nie wyobrażam sobie tego.

Więc konkretnie: Pańska gazeta zagląda samorządowcom do kieszeni, analizuje oświadczenia majątkowe, dochodzi źródeł ich stanu posiadania? 

Co roku analizujemy ich oświadczenia, wytykamy błędy, jeśli na przykład ktoś zgubi jedno zero. Żadnej afery jednak nie wykryliśmy. Być może samorządowcy wiedzą, że wszystko dokładnie czytamy, starają się wypełniać zeznania podatkowe dokładnie. Czasami obrażają się za to, że się tym zajmujemy. Woleliby majątki ukryć. Argumentujemy, że przecież te dane są publikowane w BIP–ie. Słyszymy wtedy: „W BIP–ie to może być, ale dlaczego także w gazecie?”.

Ludzie nadal idą do samorządu, aby się wzbogacić? Radni wciąż zasiadają w radach nadzorczych miejskich spółek, łamią zasady etyczne?

Aktualnie w spółkach komunalnych Dębicy nie ma radnych, bo zabrania tego ustawa antykorupcyjna. Jakie mają motywacje idąc do władzy? Różne.

Konkursy nie są ustawiane? Nie działa „układ zamknięty”, nepotyzm, jak w filmie Ryszarda Bugajskiego?

Konkursy z reguły wygrywają ci, którzy mają wygrać. Przed rozstrzygnięciem typujemy, kto wygra i nie mylimy się. W większości konkursy są fikcyjne. To jest patologia samorządów.

Ma Pan więc wielu wrogów, jako wydawca.

Pewnie tak. Ale taka jest specyfika roli wydawcy, że wbija kolce i depcze odciski. Bywa, że spotykają mnie wyrazy niechęci.

Ale nie wybito szyb w redakcji? Nie przecięto opon w aucie?

Odpukać, lecz nie.

„Obserwator Lokalny” wydawany jest 19. rok. Ile przegrał Pan procesów?

Dwa. Jeden dotyczył cytowania radnego, czy można strzelać do wałęsających się psów. Pojawiły się wątpliwości czy to powiedział i co chciał przez to wyrazić. Nie jestem prawnikiem. Nie stać mnie na kancelarię prawna. Staramy się tak redagować teksty, aby – korzystając z doświadczeń – unikać kłopotów prawnych. Przy tym nie chodzi o żadną autocenzurę, ale np. o to, żeby nie nazwać kogoś złodziejem, gdy istnieje tylko podejrzenie, że nim jest.

 

Dziennikarze mediów ogólnopolskich wielokrotnie mają przed sądem poczucie gorszej sytuacji procesowej. Wy także?

Nie mam takiego doświadczenia, ale koledzy, wydawcy lokalni potwierdzają, że są w podobnej sytuacji.  Sędziowie z reguły nie wykazują zrozumienia dla misji mediów czy wolności słowa.

W wolności ważna jest odpowiedzialność. Dziennikarze gazet ogólnopolskich są dla czytelników często anonimowi. W tygodnikach lokalnych żyjecie pod presją sąsiadów, których mijacie na ulicy, spotykacie w sklepach, spoglądacie im w twarz. Zwiększa to odpowiedzialność za słowo i wymusza pokorę czy paraliżuje?

Rzeczywiście żyjemy pod presją sąsiadów, kolegów ze szkoły czy byłych nauczycieli. Nie paraliżuje nas to, ale ma pan rację: zwiększa naszą odpowiedzialność za słowo. Stawiając zarzuty, krytykując, musimy być pewni faktów, w przeciwnym wypadku szybko zostaniemy rozliczeni już na ulicy.  I jeszcze jedno: nasze publikacje są w domach i miejscach pracy komentowane. Jeśli cokolwiek opisalibyśmy fałszywie, ludzie by to odkryli. Stracilibyśmy wiarygodność.

Gazeta lokalna jest czwartą władzą i ma rzeczywisty wpływ na życie, czy może burmistrz i starosta wszystko mogą?

Nasze gazety są przez ludzi władzy wnikliwie czytane. Nie znaczy to, że burmistrzowie czy starostowie zmieniają z dnia na dzień decyzje pod wpływem publikacji. Ale wydaje mi się, czują, że są pod społeczną kontrolą i podejmują decyzje bardziej rozważnie.  Czy jesteśmy czwartą władzą? Jestem słaby w definiowaniu.

Jaka jest recepta na redagowanie dobrej gazety lokalnej? Wystarczy rzetelna informacja czy wnikliwa kontrola władzy samorządowej?

Nie ma specjalnej recepty. Funkcja kontrolna, którą media spełniają, jest potrzebna. Ale trzeba jeszcze zaskakiwać czytelników nowymi pomysłami czy intrygującymi tematami. Staramy się być blisko czytelników opisując to, co za płotem.

Czytelnicy w powiatach tradycyjnie przywiązani są do gazet papierowych czy – jak to bywa w gazetach ogólnopolskich – masowo przenoszą się do Internetu? Medioznawcy od dawna wieszczą śmierć „papieru”. Jest szansa, że w powiatach on przetrwa?

Od dwóch, trzech lat także spada sprzedaż gazet lokalnych. Mam jednak nadzieję, że „papier” nie umrze nigdy. Ale młodzi nie wyobrażają sobie świata bez sieci. Nie mają nawyku czytania. Musimy więc inwestować w świecie cyfrowym. Problemem jest przyzwyczajenie Polaków do tego, że treści w Internecie są dostępne za darmo. Niełatwa jest zmiana tych nawyków. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl