„Kalendarz Beskidzki” to znany i szanowany periodyk nie tylko na Podbeskidziu, Śląsku Cieszyńskim, Żywiecczyznie. Nagradzany był przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Na czym polega fenomen tego wydawnictwa?

Nie sądzę, żeby to był fenomen, choć może w istocie jest to niezwykłe zjawisko prasowe czy  kulturowe. Z przedstawicielami wydawcy (Towarzystwo Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia na czele z prezes Grażyną Staniszewską) staramy się, aby „Kalendarz Beskidzki” pełnił rolę kulturotwórczą w naszym regionie. Nie chodzi nam tylko o wydanie książki znakomitej pod względem poligraficznym, edytorskim, graficznym czy dziennikarskim, ale również o scalenie wokół pisma grupy ludzi, którzy decydują o kierunkach rozwoju intelektualnego czy kulturalnego. Wydanie rocznika nie kończy naszej działalności twórczej w regionie. Artykuły stanowią pretekst do dyskusji o tożsamości Śląska Cieszyńskiego, Zaolzia czy Bielska-Białej. Organizujemy debaty i spotkania z bohaterami „Kalendarza Beskidzkiego” nie tylko podczas licznych promocji rocznika w różnych miejscowościach Śląska i Małopolski – od Czeskiego Cieszyna po Wisłę, Czechowice-Dziedzice i Żywiec.  Promocjom towarzyszą występy artystów, którzy piszą muzykę do wierszy kalendarzowych autorów i wykonują ich piosenki. Nasz rocznik inspiruje także plastyków do tworzenia oryginalnych grafik czy obrazów, poświęconych np. architekturze Bielska-Białej czy Cieszyna. Ostatnio poprosiłem beskidzkich ludzi pióra o teksty wspomnieniowe związane z powojennymi realiami budowy komunizmu i kapitalizmu. Odpowiedziało ponad 10 twórców. W efekcie powstała niewielka panorama naszego życia społecznego w powojennej Polsce i na obczyźnie. Ten niezwykły rezultat literacki bardzo mnie ucieszył. Myślę, że dla takich chwil żyje redaktor nie tylko wydawnictw naszego typu.       

Na czym polega rola redaktora naczelnego w takim specyficznym wydawnictwie? 

Moje zadanie polega na tym, aby znaleźć ludzi dobrego pióra (od profesora do ucznia gimnazjum) i dać im wolność wyboru tematyki, o której będą pisać z pasją. Jeśli niektórym nie starcza umiejętności, zawsze służę pomocą. Wiele osób korzysta z moich podpowiedzi w sposób twórczy. Teoretycznie – w zgodzie z tytułem – skupiamy się w redakcji na problematyce związanej z okrągłymi rocznicami urodzin, śmierci, jubileuszami podniosłych wydarzeń, dramatów i tragedii. Jeśli jednak pojawią się teksty na wysokim poziomie, niekoniecznie jubileuszowe, na pewno znajdą na naszych łamach miejsce, zawsze bowiem staram się przede wszystkim dbać o czytelnika.   

Prezes SDP Krzysztof Skowroński wręczając nagrodę dla „Kalendarza Beskidzkiego” powiedział, że redakcja bielskiego rocznika otrzymała laur za „odwagę robienia rzeczy solidnych w czasie pospiesznej bylejakości i za kompetencję w podejściu do poruszanych tematów, za chwalebną staroświeckość rozumianą jako służbę publiczną, która każe się koncentrować na temacie, bohaterze, formie, a nie na autorze tekstu”.

To zaszczyt słyszeć takie słowa z ust prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego i pisarza Wojciecha Kwiatka, który wygłosił laudację. Ponieważ jestem z natury człowiekiem skromnym, słysząc te słowa, złapałem się za głowę, a chyba nawet zarumieniłem. Niniejszym dziękuję laudatorom za ten rumieniec.

Jak w dobie „pospiesznej bylejakości” udało się powrócić do tradycji, ocalić od zapomnienia i reaktywować wydanie „Kalendarza” z zachowaniem jego dawnej stylistyki?

Na szczęście „Kalendarzowi Beskidzkiemu” wspomniana „pospieszna bylejakość” nie grozi. Jest rocznikiem i zbieramy materiały ze stosownym wyprzedzeniem. Ważniejsza jest nasza zdolność finansowa. Tu należą się podziękowania naszym sponsorom, którzy potrafią się dzielić dobrem wypracowanym przez siebie. Jeśli zdobędziemy trochę grosza, można liczyć na teksty cenionych naukowców, literatów, dzieła grafików. Zbieraniem środków w pocie czoła zajmuje się głównie prezes wydawnictwa Grażyna Staniszewska, której autorytet nadal otwiera różne drzwi, oraz mój syn, sekretarz redakcji Dobrosław Barwicki-Picheta. To przede wszystkim dzięki Grażynie Staniszewskiej i Darkowi Mrzygłodowi, właścicielowi drukarni Dimograf (który jest jednym z czołowych naszych sponsorów oraz naszym wspaniałym drukarzem) można było reaktywować wydawnictwo w 2011 r. i po siedmiu latach przerwy przejąć tytuł od innego wydawcy, który nie miał pieniędzy na kolejne publikacje. Jeśli chodzi o stylistykę wypowiedzi, to myślę, że nie zawsze jest ona „staroświecka”. Najważniejszy jest ten kanon polszczyzny, wedle którego można kultywować język jako wartość samą w sobie, jako wartość, którą należy twórczo rozwijać. Dlatego myślę, że autorom, tak jak i czytelnikom, należy się wolność! Staram się zwykle tak „dowodzić” redakcją, żeby ludzie pióra także czuli się ludźmi wolnymi. Czuję tę wolność jako redaktor ze strony wydawcy i pragnę, aby odczuwali ją również inni autorzy.

 „Kalendarz Beskidzki” to kopalnia niekończących się tematów. Z roku na rok kolejne wydanie zachwyca zróżnicowaniem i ponadczasowością omawianych zagadnień. Od przeszłości do teraźniejszości. Wczytując się w historie „Kalendarza”, można odnieść wrażenie, jakby czas się zatrzymał, bo to, co było i minęło, nadal wydaje się być aktualne „tu i teraz”. „Kalendarz” stanowi formę ocalenia od zapomnienia? 

Człowiek dzisiejszy jest podobny do człowieka sprzed lat pod wieloma względami, bo targają nim podobne emocje, co przed wiekami. Poddaje się tym samym uczuciom, zwłaszcza miłości i nienawiści, a nawet podobnej władzy – libido dominandi i innym namiętnościom. „Pragnienia nasze, choć je dzisiaj nakarmiono, jutro powrócą tak nowe jak zawsze” - mawiał wielki Szekspir. Człowiek współczesny wyznaje czasem także podobne wartości, jak empatia, pomoc potrzebującym, poszukiwanie dobra, piękna i sprawiedliwości, zgodne działanie międzynarodowe, a przynajmniej powinien je wyznawać i głosić. To wartości wyznaczane m.in. przez kulturę chrześcijańską czy antyczną, tradycje basenu Morza Śródziemnego, z których czerpiemy. Nasze pogranicze beskidzkie, polsko-czesko-słowackie, było kiedyś miejscem wielu kultur, spośród których najważniejsze były przez wieki niemiecka i żydowska, wymyte z tego rejonu świata w połowie ubiegłego, tak nieprzychylnego ludziom, stulecia. Nasz periodyk stara się pokazywać przede wszystkim pozytywne strony kulturowego współistnienia, choć oczywiście nie unikamy trudnych pytań o naszą wspólną wielonarodową historię. Myślę, że ocalać od zapomnienia trzeba przede wszystkim pozytywne wartości, o których mówiłem, a które kultywowali w swym życiu wybitni ludzie naszego regionu. Oni powinni być drogowskazem dla naszych następców, a nie ci, którzy niosą za pazuchą czy na języku narzędzia nienawiści.    

Autorzy „Kalendarza” piszą o odrębności kulturowej i pielęgnowaniu tradycji i historii regionu. Jakie tematy zostaną poruszone w wydaniu rocznika AD 2019? 

Nie lubię zapewniać, jakie teksty się pojawią, bo zdarza się, że pod wpływem różnych okoliczności może się nagle zmienić układ rocznika, np. gdy wybitny kompozytor, pisarz czy sportowiec w ostatniej chwili zdecyduje się na publikację tekstu lub gdy ktoś inny nie zdąży spełnić obietnicy przed zamknięciem numeru. Myślę jednak, że warto będzie przypomnieć styczeń 1919 r., kiedy to armia czechosłowacka pod dowództwem Józefa Sznejdarka napadła na Śląsk Cieszyński zamieszkały przez 170 tys. Polaków. Nasi bracia czescy, których skądinąd bardzo lubię, nie tylko dlatego, że tłumaczą ostatnio moje wiersze na język Havla i Haszka, często zapominają, w jaki sposób wpadły w ich ręce Zagłębie Ostrawsko-Karwińskie i kolej bogumińsko-koszycka. Niestety nie pamiętają o tym także Polacy na prawym brzegu Olzy! Zapomnieliśmy kompletnie o naszych rodakach, których za Olzą jest około 30-40 tysięcy. Nawet o naszych gwiazdach estrady – Halinie Młynkównie i Ewie Farnej czy ich menedżerze Leszku Wronce – mówimy, że to Czesi, podczas gdy ich rodzice czy krewni byli polskimi znakomitościami Śląska Cieszyńskiego. Kto z Polaków wie, że Zaolzie to część Śląska Cieszyńskiego? Warto o Polakach z Zaolzia pamiętać, bo widocznie dla nich nasza kultura nadal jest tak atrakcyjna, że noszą w sobie polskość. Myślę, że trzeba również przypomnieć, jak rozwinęła się kultura pogranicza Śląska Cieszyńskiego i Małopolski w okresie międzywojennym i co straciliśmy wraz z agresją obcych mocarstw w 1939 r. Nie zamykamy się oczywiście na nową rzeczywistość. Z naszych ziem wywodzą się tak wspaniałe postacie nie tylko polskiej kultury jak rodzeństwo Zbigniew Preisner i Tamara Kalinowska, których gościliśmy w ich „rodzinnej izbie” (obecnie bielski Klub Nauczyciela). Wypadałoby choć pokrótce zrelacjonować zorganizowane przez nas wizyty bohaterów „Kalendarza Beskidzkiego”. Mniemam, że byłoby wspaniale przedstawić nowe siły naszej kultury o bielskich czy cieszyńskich rodowodach. Mam już tekst o „rozśpiewanej po świecie” czechowickiej rodzinie Myrczków (Annie, Adamie, Sabinie i Wojtku), o wschodzącej gwieździe teatru polskiego Monice Frajczyk, o znanym w Polsce i zagranicą autorze murali Darku Paczkowskim. Przygotowujemy reportaż o świetnej piosenkarce jazzowej Beacie Przybytek i innych niezwykłych ludziach spod Szyndzielni, Rysianki czy Kozubowej. Gdy „ogarniam” swym starczym już wzrokiem życie kulturalne Polski, wydaje mi się, że ilość takich ludzi stale wzrasta. Tym bardziej cieszę się, że ktoś może napisać o nich wiele dobrego, w dodatku w naszym czasopiśmie.    

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl