Wojciech Piotr Kwiatek: Czy pamięta Pan moment, kiedy po raz pierwszy przeczytał Pan albo usłyszał swoje nazwisko w jakimś „przekazie medialnym”?

Stanisław Michalkiewicz: Pamiętam doskonale! Na podyplomowym Studium Dziennikarskim na Uniwersytecie Warszawskim wydawaliśmy miesięcznik „Merkuriusz”. Ja tam pisywałem i tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłem wydrukowane swoje nazwisko. Choć może było to wcześniej… Po pierwszym roku studiów mieliśmy praktyki wakacyjne. Żeby pojechać nad morze, wybrałem sobie takie praktyki w Gdańsku. Byłem reporterem miejskim w „Głosie Wybrzeża”. Niestety, mój szef, niejaki pan Malwiński, wolał sam zapełniać kolumnę gazety, więc nie wymagał ode mnie, żebym ja coś tam pisywał. Więc żeby się nie nudzić, pisywałem felietony, obśmiewające pewnego felietonistę z konkurencyjnego „Dziennika Bałtyckiego”. Po dwóch czy trzech tekstach Malwiński uznał, że lepiej, żebym już tego nie pisał…

Później był „Zielony Sztandar”, dział łączności z czytelnikami. Praca polegała na udzielaniu porad prawnych, tu przydało się moje prawnicze wykształcenie, ale od czasu do czasu pisałem artykuły i reportaże niezwiązane z prawem, teksty interwencyjne… Jednak czasem, by zrobić sobie przyjemność, coś wymyślałem. Raz zamustrowałem się np. w styczniu na kuter rybacki i wypłynąłem na Bałtyk na ryby… Bardzo było ciekawie.

Czy już wtedy uchodził Pan za ekstremistę, człowieka, który słowem niszczy, miażdży?

Nie, w końcu trudno być ekstremistą, jak się udziela porad prawnych. Później trochę się zradykalizowałem, co zaowocowało tym, że po weryfikacji w stanie wojennym wywalili mnie z tego „Zielonego Sztandaru”, bo pisywałem dość uszczypliwe felietony. I ten moment mogę uznać za początek mojej radykalizacji. A wiązało się to z faktem, że już wówczas przystąpiłem do konspiracji. W 1977 roku się to stało i wówczas zyskałem jakieś umocowanie ideologiczne do tych rozmaitych złośliwości. Trochę przesiedziałem w Białołęce „na internacie”, potem zrywałem jabłka w sadzie, pracowałem w firmie polonijnej jako robotnik niewykwalifikowany. Wreszcie z kolegą Marianem Miszalskim zaczęliśmy wydawać podziemne pismo „KURS”. Miesięcznik ten wychodził prawie regularnie. Wydaliśmy 40 numerów, każdy o objętości 64 str. Wydawaliśmy też książki – i to już była radykalna publicystyka.

To już była „Oficyna Liberałów”?

Nie, „Oficyna…” była z nami zaprzyjaźniona, np. kolega Janusz Korwin – Mikke pomógł nam dobrze wystartować. Bo my mieliśmy pieniądze na wydanie pierwszego numeru, nic więcej. A on kupił od nas znaczną część nakładu i z góry nam zapłacił. To nam umożliwiło wydanie następnego numeru. A potem już żeśmy na tym zarabiali. Wydawaliśmy książki, m.in. wydaliśmy jedną książkę dla dzieci: „Bohaterskiego misia” Bronisławy Ostrowskiej! Miała wielkie powodzenie, bo co bardziej patriotycznie nastawieni rodzice kupowali tę książkę jako prezent z okazji Pierwszej Komunii Świętej.

Ile tam było aluzji?! Kto był misiem, a kto np. kózką, pajacykiem?…

Głównym celem naszym, także w wypadku tej książeczki, było zapoznanie polskiego czytelnika z aktualną myślą liberalną na Zachodzie. Polska była zupełnie od tego odcięta. Poszedłem kiedyś do EMPiK-u, tam można było sobie czytać zachodnie gazety, i w czasopiśmie „Jour de France” przeczytałem wywiad z Gwidonem Sormanem, który akurat napisał i wydał książkę „Rewolucja konserwatywna w Ameryce”. Przeczytałem ten wywiad z zainteresowaniem, bo dotyczył tej właśnie książki. Natychmiast przez swoich przyjaciół w Paryżu załatwiłem pozwolenie od Faillarda, wydawcy książki, na tłumaczenie i druk. Faillard, zdając sobie sprawę z sytuacji, nie chciał żadnych pieniędzy, natomiast postawił jeden warunek – żeby 20 egz. książki przesłać autorowi. Oczywiście zrobiliśmy to, dyskretnymi kanałami. Autor był niezwykle dumny, że gdzieś wydają jego książki niemal z narażeniem życia! Książka w Polsce świetnie się sprzedała – opisywała to, co w USA i Europie nazywało się „reaganomika”, sprawy u nas zupełnie nieznane.

Potem wydaliśmy inną książkę tego autora – „Rozwiązanie liberalne”. I ona świetnie się sprzedała. Wydawaliśmy też książki historyczne, np. „Drogę do Ostrej Bramy”. Ale największym naszym przedsięwzięciem było wydanie w nakładzie 4 tys. egz. książki Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Jeden egzemplarz przetrwał u mnie niemal cudem – w 1988 r. bezpieczniacy zrobili mi w domu rewizję, zabrali wszystko, a tego jakoś nie zauważyli.

Czy w okresie, gdy funkcjonował Pan jako wydawca, pisał Pan też gdzieś? Czy już nie było czasu?

Publikowałem cały czas w „KURSIE”. W pewnym okresie pisywałem tam np. felietony pod wspólnym tytułem „Listy otwarte do generała Jaruzelskiego”. Np. jeden list otwarty wysłał do niego Muamar Kadafi. Nadawca zaczyna w sposób powściągliwy, ale w końcu emocje brały górę i padały epitety w rodzaju „Psie niewierny!” Dostawałem sygnały „z miasta”, że bardzo się te felietony podobały. Od tamtej pory sarkastyczna tonacja już mnie nie opuściła!

A działalność stricte medialna? Bo w końcu został Pan publicystą, dziennikarzem, felietonistą…

To wiąże się z pismem „Najwyższy CZAS!”. Pismo zaczęło wychodzić w marcu 1990 r. i ja od początku – do dziś - z nim współpracuję. Byłem nawet przez jakiś czas naczelnym.

To Pański okręt flagowy… A od kiedy zaczął Pan stawać się idolem? Kiedy wiatr zaczął dąć w żagle zdecydowanie mocniej? Czyli kiedy czytelnicy zaczęli słyszeć słowa, na które od dawna czekali?

Publikowałem wciąż w „Najwyższym CZASIE!”, potem także w „Naszej Polsce” od 1996 czy 1997 roku, kiedy zaczęła się ukazywać… Zacząłem też pisać felietony do „Czasu Krakowskiego”. Niestety, to pismo, zdaje się, zbankrutowało. No, i publikowałem też w „Gazecie Polskiej”, ba, przez pewien czas byłem tam nawet naczelnym! Publikowałem także w „Nowym Świecie”. Pismo zbankrutowało, co bardzo poważnie odbiło się na mnie, bo przez cały rok nie dostawałem pieniędzy. Muszę jeszcze wspomnieć, że pod koniec lat 90. zacząłem współpracę jako felietonista z Radiem Maryja. Zaproszono mnie do audycji „Rozmowy niedokończone”. Nigdy tam wcześniej nie byłem, ale słyszałem opinię, jak to ojciec Rydzyk stawia wszystkich na baczność, nie znosi najlżejszego sprzeciwu…

Tak, od początku taką „gębę” toruńskiej stacji przyklejano…

No, właśnie. Toteż jadąc tam już sobie wyobrażałem, jak to mnie poinstruują, jak mówić, co mówić… Przyjechałem, dostałem pokój w hotelu, zaproszenie na kolację i wciąż czekałem, kiedy będzie miał miejsce ów „instruktaż”… Nie doczekałem się – nic takiego nie nastąpiło! Usiadłem przy mikrofonie i przez godzinę mówiłem, co chciałem. Zabawa zaczęła się później, gdy pojawiły się, jak to zwykle, telefony od słuchaczy. Zadzwoniła jakaś pani i zwymyślała mnie, że głoszę poglądy liberalne. Pan się zapewne orientuje, że wówczas w Radiu Maryja liberalizm to było jedno z imion szatana. Odpowiedziałem tej pani: „Zgadza się, przecież ja jestem znanym liberałem konserwatywnym, a mimo to ojcowie redemptoryści mnie zaprosili. Jak zechcą zapoznać państwa z poglądami faszystowskimi, to zaproszą jakiegoś faszystę, ale dziś na tapecie jest liberalizm”. Powiedziałem to, potem była przerwa na kawę, myślę sobie: „No, teraz to mi ojciec Janusz Dyrek uszu natrze.” A on mówi do mnie: „Dobrze pan powiedział tej pani”. I okazało się, że ta rzekoma cenzura, ten reżim, to mit.

Potem mi zaproponowano stały felieton i wygłaszam je do dzisiejszego dnia.

Co jeszcze? Współpracuję z czasopismami polonijnymi, m.in. z „Gazetą” z Toronto. Pisywałem też do londyńskiego „Głosu Polskiego” i sporadycznie do innych pism. Mam też felietony na kilku portalach prawicowych.

Owszem, czytuję, każdy, kto ma najskromniejszy choćby tablecik, może to śledzić. A, dalibóg, warto! I co Pan, stale podróżujący po Polsce ze spotkaniami, wykładami, prelekcjami, które do tego są chwilami bardzo mocne i przenikliwe, sądzi o psychologiczno-polityczno-patriotycznych skutkach tej swojej działalności, mającej na celu szerzenie prawdy  i otwieranie ludziom głów?

Skutek jest podwójny. Nawiązałem współpracę z kilkoma internetowymi telewizjami, tam stopień oglądalności jest dosyć duży, taki felieton dociera do ok. 60 tys. widzów, a jeden z ostatnich moich głośnych materiałów miał nawet 80-tysięczny odbiór. Skutki są takie, że jedni mnie lubią, a inni coraz bardziej nienawidzą. Tego drugiego doświadczam coraz mocniej. Po felietonie o panience molestowanej przez księdza i słynnym milionowym odszkodowaniu, zasądzonym przez panią sędzię Łosik, otrzymałem na moją pocztę elektroniczną, której e-adres jest jawny, ponad setkę maili ze słowami, których tu przytaczać się nie godzi. Tak przemawia dzisiejsza „wrażliwość moralna”…

Ale czy pan uważa, że otwiera trochę ludziom głowy? Czy znać, że coś z tego zostało, czy raczej idą po spotkaniu do domów z komentarzem, że „fajnie sobie pogadał” i dalej robią swoje? W końcu Pański głos jest niemal jedyny, to „głos wolny wolność ubezpieczający”.

Ja oczywiście tego nie wiem, mogę się tylko zorientować na podstawie tych komentarzy, opinii po tych wystąpieniach telewizyjnych. Stanisław Lem powiedział kiedyś, że nie zdawał sobie sprawy, ilu jest wariatów na świecie, dopóki nie pojawił się Internet. Podzielam to spostrzeżenie. Poza tym wielu ludzi nie rozumie najprostszych przekazów. Ale inni to „kupują”, poza tym lubią te moje „smaczki”.

Ponadto prowadzę własną stronę internetową, która cieszy się dużym powodzeniem. Teraz frekwencja trochę spadła, sięga może 300 tys. gości, ale były czasy, że wchodziło tam prawie pół miliona odwiedzających miesięcznie!

Daj Boże zdrowie!

Dostęp jest bezpłatny, ale jak kto chce mnie wesprzeć, znajdzie tam numer konta. Z satysfakcją muszę stwierdzić: nie narzekam.

A był podobno taki moment, że pobierał Pan jakąś symboliczną złotówkę za wejście… Plotka czy prawda?

Nie, nie robię tego, bo w pewnym momencie zarzucono mi, że uprawiam żebractwo. Zrobiła to redakcja „Dziennika” przy wsparciu pani Joanny Senyszyn. Polemizowałem z nią tłumacząc, że od żebraka nie wymaga się żadnego świadczenia wzajemnego. Natomiast jak ktoś mówi: „Naści, babko, to jabłko, odmówcie Anioł Pański”, to już jest płatne zlecenie. Więc jak zwykle ta pani nie miała racji, wyjaśniłem jej, że ja w ten sposób osiągam dochody z praw autorskich.

A jak Pan ocenia obecny świat medialny jeśli chodzi o jego niezależność, skuteczność i uczciwość.

Niezależność utrzymują tylko media niszowe, te, które nie są niszowe, nie są niezależne. Najlepszym przykładem są ogólnopolskie stacje telewizyjne: mamy telewizję rządową i stacje „nieżądne”, jak je prywatnie nazywam. I jedne dmą w jedną dudkę, drugie w drugą. Zresztą telewizja rządowa nie uprawia dziennikarstwa tylko propagandę, i to w postaci coraz bardziej nachalnej. Telewizje „nieżądne” robią to samo, tylko w drugą stronę. O żadnej niezależności mowy być nie może. Na niezależność to mogę sobie pozwolić ja, bo moim pracodawcą są czytelnicy i słuchacze. A jak ktoś ma pracodawcę, to musi się go słuchać. Zresztą moim zdaniem nie ma u nas wydawcy, telewizyjnego albo prasowego, który nie miałby politycznych interesów. Przy takim modelu państwa, jaki mamy, każdy musi sobie jakoś ułożyć stosunki z władzą publiczną. I tu na niezależność nie ma miejsca. Dopóki nie pojawił się rząd Prawa i Sprawiedliwości, wszystkie stacje mówiły to samo. Teraz więc pluralizm się zwiększył, ale niezależności nie przybyło ani na jotę! I – paradoksalnie – nie ma w tym nic złego, obywatel musi być poinformowany w miarę wszechstronnie. Tyle, że żadnej z ogólnopolskich stacji tak naprawdę nie można się dowiedzieć, co się w Polsce dzieje. Bo ten powiedział tamto, a ten owamto, jedni – że Trzaskowski jest głupi, a Jaki mądry, a drudzy przeciwnie. I to jest tylko propaganda, ale najgorsze jest to, że po obu stronach przekracza ona chwilami granice śmieszności. Bo kiedy w związku z koniecznością uchylenia ustawy o IPN Polska została na oczach świata wytarzana w smole i w pierzu, telewizja rządowa pokazała to jako sukces!

No tak… Wszyscyśmy to widzieli…

Wie pan, ponieważ ja zostałem już wielekroć zdemaskowany przez red. Jerzego Targalskiego jako ruski agent, mogę się przyznać, że czasem oglądam rosyjską telewizję. Tam się można więcej dowiedzieć, co się dzieje. Z naszych już nie. To jest sprostytuowanie zawodu dziennikarskiego na rzecz propagandy.

A jeśli chodzi o skuteczność propagandy? Czy ona może coś zmienić w ważnych sprawach?

Ja myślę, że ta propaganda może być skuteczna, bo ona odwołuje się do emocji, nie do racji rozumowych, nie do myślenia. Ludzie chętnie reagują emocjonalnie, zwłaszcza jeśli mają poczucie, że wyrządzają Polsce jakąś przysługę. To nawet podnosi ich wartość we własnych oczach! Więc skuteczność może być. Inna sprawa, co Polska będzie z tego miała.

Czy dopuszcza Pan możliwość powstania w naszym kraju stacji takiej, jak Fox News? Stacji profesjonalnej, liczącej się, prawicowej? Czy takie medium miałoby w Polsce rację bytu?

Mieć to by miało, brakuje u nas tzw. trzeciej strony, takiego medium, które by się zajmowało dziennikarstwem, stroniąc od propagandy. Ale pytanie, kto by to sfinansował.

No, może jakaś „polska wypustka” za pieniądze właściciela stacji…

- Nie wiem, czy byłby zainteresowany… Z punktu widzenia Amerykanów taka sytuacja, jaka jest, jest bardzo dobra.

Fot. Wikipedia

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl