Stanisław Lejda: W wypowiedziach wielu polityków, publicystów czy prasoznawców przewija się sformułowanie „walka o wolne media”. Tymczasem od dawna ci, którzy znają środki przekazu od środka, poddają w wątpliwość istnienie wolnych mediów. Czy można zatem walczyć o coś, czego nie ma?

Bogusława Dobek-Ostrowska: To bardzo ważny termin, jaki w połowie ubiegłego wieku pojawił się w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Z wolnymi mediami mamy do czynienia wtedy, gdy ich właściciele oraz zatrudnieni przez nich dziennikarze nie są w żaden sposób zewnętrznie kontrolowani.

Chodzi o dziennikarzy i właścicieli? Przecież wiadomo, że tych pierwszych kontrolują właśnie posiadacze mediów.

Mowa o obu grupach. Zakładano bowiem, że właściciel powinien mieć na tyle wysoką kulturę, by pozwalać dziennikarzom prezentować ich punkty widzenia. Należy pamiętać, iż USA i zachodnia Europa, a przede wszystkim Skandynawia i Wielka Brytania, to nadal kraje o wysokich standardach dziennikarstwa. BBC ciągle jest przykładem nadawcy radiowo-telewizyjnego, którego dziennikarze mogą mówić, co myślą, i gdzie mamy do czynienia ze zjawiskiem pluralizmu wewnętrznego. Czyli w tym samym medium swoje punkty widzenia prezentują przedstawiciele wszelkich opcji. Natomiast w pozostałej części Europy rozwinął się pluralizm zewnętrzny: mamy dużo tytułów prasowych oraz różne stacje radiowe i telewizyjne, prezentujące odmienne punkty widzenia, ponieważ są związane z określonym nadawcą bądź koncernem prasowym. Przykładowo jedna stacja telewizyjna sympatyzuje z partią X, druga z partią Y, a trzecia z partią Z.

Taką sytuację mamy teraz w Polsce – główne stacje telewizyjne i tytuły prasowe nie kryją swoich sympatii politycznych.

Potwierdzają to moje badania. Od dawna śledzę zawartość trzech głównych polskich programów informacyjnych i jestem mocno zaniepokojona swoimi ostatnimi spostrzeżeniami.

Co tak niepokoi?

Wręcz załamuje mnie zawartość powiązanych ze sobą programów informacyjnych w TVP 1 i TVP Info. Duża część dziennikarzy odeszła, albo ich z tych stacji usunięto, pozostały tam osoby mające zdecydowane, klarowne poglądy polityczne i niedopuszczające innych punktów widzenia. Wczoraj (rozmowę przeprowadzono 3 grudnia br. – przyp. red.) oglądałam główne wydanie „Wiadomości” – tak naprawdę nie miały one nic wspólnego z klasycznym dziennikarskim materiałem informacyjnym, serwowały jedynie materiały propagandowe jednoznacznie wspierające PiS i jego liderów. To pokazuje, jak głęboko posunięty jest proces upartyjnienia mediów publicznych.

Obrońcy stylu działania telewizji publicznej mówią, że jest to odpowiedź na podobne zachowania TVN – tyle, że idące w drugą stronę.

Też nie twierdzę, że to stacja idealna, wyraźnie widać w niej bardzo ostrą krytykę PiS, ale to nie znaczy, że opozycja jest tam głaskana. Mamy tu do czynienia z klasyczną strategią amerykańskiej stacji komercyjnej: atakujemy wszystkich, tylko że jednych mocniej, a innych mniej.

Czyli zasada bezstronności też jest łamana – tylko w inny sposób?

Krytyka PiS w TVN czasami jest bardzo niesprawiedliwa, również to dostrzegam. Ale do programu „Fakty po Faktach” zapraszani są politycy z różnych opcji. Natomiast w TVP niemal nie spotyka się dziennikarza o odmiennych sympatiach politycznych, czy polityka pochodzącego z innej partii niż PiS. Chociaż, przyznaję, że niektórzy występujący w TVN dziennikarze są również bardzo tendencyjni.

Jest jeszcze Polsat, który zaprasza polityków z różnych opcji i uznawany jest za mniej stronniczy.

Zgadzam się, dzisiaj ta telewizja ma najbardziej niezależny dziennikarsko program informacyjny. Musimy jednak pamiętać, że Polsat – jako stacja komercyjna – zainteresowany jest przede wszystkim dochodami, więc stara się nie angażować po żadnej ze stron sporu, by nie stracić widzów w zwolennikach PiS lub opozycji. Ponadto swoje programy kieruje do ludzi mniej zainteresowanych polityką, niepotrzebujących obszerniejszej wiedzy na ten temat, w związku z czym w codziennych Wydarzeniach mamy dwa lub cztery tematy polityczne dość ogólnie podane, a potem serwuje się typowo komercyjną wiedzę: ktoś kogoś gdzieś tam zaatakował, okradł lub zdarzył się wypadek itp. Pluralizm zewnętrzny w Polsce jest jeszcze bardziej widoczny w tytułach prasowych z wyższej półki, zwłaszcza w tygodnikach, których rynek jest bardzo dobrze rozwinięty.

Ale też mocno zróżnicowany jeśli chodzi o sympatie polityczne.

Tak, bardzo spolaryzowany: od mocno lewicowego „Przeglądu”, po „Gazetę Polską”  i „Sieci” reprezentujące bardzo prawicowy, konserwatywny i prokatolicki punkt widzenia.

Powiedziała pani, że media publiczne są obecnie mocno upartyjnione. W swojej książce „Polski system medialny na rozdrożu”, pisała pani, ze każda władza po 1989 roku próbowała spacyfikować media publiczne, a zatrudnionych tam dziennikarzy zinstrumentalizować.

Tak dzieje się nie tylko w Polsce. Gdy w Hiszpanii do władzy dochodzi Partido Popular, to w mediach publicznych wymienia się kadra, z kolei gdy ta partia przegrywa wybory z socjaldemokratami, ci drudzy „biorą wszystko”. W większości krajów, zwłaszcza na południu Europy, jest dokładnie tak samo. Oprócz wyjątków, gdzie tego problemu nie ma, jak wspomniane przez mnie brytyjska BBC czy szwedzkie media publiczne.

Polska zatem zmierza ku południowo-, a nie północnoeuropejskiemu modelowi funkcjonowania mediów publicznych?

Zdecydowanie tak. Wchodzimy tu w problematykę kultury dziennikarskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, która jest coraz niższa. Proszę zobaczyć, co się dzieje w tej chwili na Węgrzech lub w Republice Czeskiej, gdy premierem jest właściciel mediów. Tydzień temu pojawił się ciekawy artykuł o orbanizacji telewizji publicznej na Litwie, gdzie raczej należałoby się spodziewać wpływu kultury północnoeuropejskiej, ponieważ właścicielami prywatnych stacji telewizyjnych są tam głównie Skandynawowie. Czyli ten zły proces zaczyna się w Europie rozszerzać, Polska w żaden sposób nie odstaje od tego negatywnego i bardzo niepożądanego nurtu.

Dziennikarze-propagandyści nierzadko w walce z politycznym przeciwnikiem uciekają się do fake-newsów. Kiedyś za podanie nieprawdziwej informacji wylatywało się z zawodu. Dzisiaj fałszywe informacje puszcza się w obieg świadomie.

To kolejne, niestety, smutne zjawisko, jakie obserwujemy w mediach. Motywacją do takiego działania jest podwyższenie sobie widowni – posiłkujemy się skandalem, podpieramy sensacją, bo dzięki temu będziemy częściej cytowani i oglądani, a za tym, jak wiadomo, idą pieniądze. W szerszej skali pojawił się również inny problem: polscy dziennikarze stają się coraz bardziej agresywni. Znowu nie jest to zjawisko odosobnione, to samo mówią moi koledzy z innych krajów Europy, agresja i słownictwo, jakim dziennikarze wzajemnie się obrażają, są przerażające. Dlaczego to robią? Czy rzeczywiście stoi za tym ich system wartości i są tak mocno przekonani o swojej racji?

Prawdopodobnie wymagają tego właściciele mediów, więc dziennikarze, by utrzymać się w pracy lub awansować muszą tym zaleceniom sprostać.

Na tym polega problem: zarządzający mediami wiedzą, że dzięki sensacjom, skandalom, a nawet fake newsom mogą dojść do większej widowni, słuchalności czy czytelnictwa. Wspomniałam o rozbudowanym rynku polskich tygodników. Moim zdaniem, można mówić o kilku tytułach, które na skali narodowego sporu znajdują się gdzieś pośrodku i starają się jeszcze trzymać kulturę dziennikarską – to „Polityka” i „Newsweek”, a także „Tygodnik Powszechny”. „Newsweek” pewnie dlatego, że należy do obcego właściciela, który na pewno nie jest zainteresowany, aby ten tytuł padł z powodów ekonomicznych. A wiadomo, jeżeli decydujemy się na wykrzywioną prezentację politycznej rzeczywistości, to automatycznie mamy znacznie mniej czytelników wśród ludzi myślących inaczej. Wystarczy zatem spojrzeć na ranking sprzedaży, wtedy zauważymy, że najlepiej sprzedają się tytuły mające wypośrodkowany punkt widzenia.

Prowadzi pani badania m.in. nad zawartością polskich mediów. Jakie jeszcze negatywne tendencje – poza brutalizacją dziennikarskich wypowiedzi – ukazują te badania?

Oprócz wzrostu arogancji, przejawiającej się ostrym językiem dziennikarskiej wypowiedzi, widać wyraźnie, że w ostatnim okresie nasiliła się tendencja do prezentowania mocno nieobiektywnych punktów widzenia oraz tendencyjnego doboru faktów. Naruszane są wiec nie tylko podstawowe zasady zawodu dziennikarskiego, ale i jego etyka.

Czy w świetle tych badań uprawnione jest używanie określenia „wolne media”? I czy kiedykolwiek było ono uzasadnione? John Swinton, odchodząc z „The New York Times”, kiedy na spotkaniu pożegnalnym wzniesiono toast za „wolne media”, powiedział: Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. (,,,) żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety swoich własnych opinii, a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby nigdy wydrukowane. Dostaję ileś dolarów tygodniowo za to, żebym powstrzymywał się od wyrażania własnych poglądów i opinii w gazecie, w której pracuję. (…) Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku. (…) Praca dziennikarska polega na niszczeniu prawdy, łganiu na potęgę, deprawowaniu, zohydzaniu, czołganiu się u stóp mamony, sprzedawaniu siebie, sprzedawaniu swojego kraju i swojego narodu w zamian (…) za swoją pensję. Wiecie to wy i wiem to ja. Cóż to więc za szaleństwo wznosić toast za niezależną prasę! My, dziennikarze, jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! Chociaż ta wypowiedź liczy prawie półtora wieku, wydaje się być aktualna i dziś.

Oczywiście, jest dużo racji w tym, co cytowany przez pana redaktor naczelny NYT odchodząc na emeryturę powiedział, ale doskonale wiemy, że media w USA to przede wszystkim biznes. Wielkie korporacje medialne, chcąc zarobić jak największe pieniądze, starają się pokazać świat polityki od prawa do lewa, wiedząc, że jeżeli skoncentrują się na jednej partii, to odejdą od nich zwolennicy pozostałych ugrupowań. Dlatego, jak mówiłam, pluralizm wewnętrzny jest typowy dla mediów amerykańskich, ale towarzyszy mu proces komercyjnego wyjałowienia i spłycania wiedzy o polityce. W Europie jest inaczej, znajdujące się tu kraje są relatywnie małe, więc media niejednokrotnie od początku należały do tej samej rodziny albo do określonej partii politycznej. Do tej drugiej grupy właścicieli jeszcze w XIX stuleciu należała większość dzienników, więc trudno było oczekiwać, by takie gazety pokazywały punkt widzenia przeciwnika politycznego.

Polskie media formalnie nie są przypisane partiom, trudno jednak w nich doszukać się wewnętrznego pluralizmu. Narzekamy na polaryzację i skłócenie środków masowego przekazu, ale nie brak opinii, że – na szczęście – mamy jeszcze pluralizm zewnętrzny. Jedni dziennikarze patrzą uważnie na ręce politykom rządzącym, inni na poczynania opozycji. Dzięki temu – choć w ułomny, mocno zrelatywizowany sposób – funkcja kontrolna mediów jest jednak realizowana.

Całkowicie zgadzam się z tym poglądem. Dzięki temu, że dziennikarze przyglądają się politykom, stopień korupcji i wielu negatywnych zjawisk jest w Polsce –w porównaniu z wieloma krajami – relatywnie najniższy. Przykład afery związanej z KNF pokazuje, że dzisiaj dziennikarzom, dzięki nagłośnieniu tej sprawy na portalach internetowych i w mediach społecznościowych, łatwiej patrzeć politykom na ręce. Z drugiej strony, komuś, kto wykorzystuje te ręce do niewłaściwego celu, trudno to ukryć i zamieść pod dywan. Mamy wiele rzeczy, o jakich możemy tylko marzyć, żeby poprawiając je, wzmocnić wolność polskich mediów, ale dopóki jeszcze istnieje wśród nich pluralizm, a nie wymuszona przez dany obóz polityczny jednomyślność, możemy mówić o dziennikarskiej wolności.

Chcielibyśmy jednak, by te pluralistyczne media przestrzegały podstawowych reguł zawodowych; przede wszystkim były bezstronne, a dziennikarze starali się być arbitrami w politycznych sporach, a nie aktywnymi w nich antagonistami.

Bezstronność i obiektywizm to wielkie wartości. Wiem, że jesteśmy tylko ludźmi i czasami każdy – w ferworze dyskusji – może odstąpić od reguł, ale nie powinno to być nagminne. Zwłaszcza w mediach publicznych, a tak, niestety, się dzieje. Badam zawartość nadawców telewizyjnych od lat i widzę, że intensywność tendencyjności w TVP staje się coraz większa.

Ten proces, trwający – jak pani twierdzi – od 1989 roku, zostanie kiedyś powstrzymany?

Chyba, że stałby się cud. Ale, moim zdaniem, się nie stanie.

Dziękuję za rozmowę.

Od redakcji: autor wywiadu jest stałym współpracownikiem wrocławskiego miesięcznika "Odra".

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl