Gratuluję nagrody im. Macieja Łukasiewicza. Przyznawana jest ona za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy, pani otrzymała ją za film dokumentalny „Wojciech Kilar – między awangardą a Hollywood”. To kolejne pani wyróżnienie w tej samej kategorii, wcześniej jury doceniło pracę o Polskim Wydawnictwie Muzycznym: „Idea, która przerasta codzienność – PWM”.

Violetta Rotter–Kozera: Bardzo dziękuję. Ogromnie się cieszę. Te filmy powstawały niemal równolegle, a nagroda za film o Polskim Wydawnictwie Muzycznym z pewnością dodała mi sił do walki o pomyślne zakończenie kolejnego, trudnego w realizacji filmu.  Wówczas jeszcze nie myślałam o tym, że wyślę go na ten konkurs. Nagroda im. Macieja Łukasiewicza Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest dla mnie niezwykle ważna,  przyznają ją wybitni fachowcy i to jest ogromny zaszczyt.  Nagroda daje mi poczucie, że to co robię ma sens. Samemu bardzo trudno ocenić własny film.

Na czym polega niezwykłość postaci i fenomen twórczości Wojciecha Kilara?

Miał on rzadką umiejętność tworzenia muzyki filmowej posiadającej walory utworu autonomicznego, który z powodzeniem może funkcjonować poza obrazem, poza filmem. Potrafił niemal jednocześnie tworzyć muzykę współczesną goszczącą na festiwalowych estradach i w salach koncertowych oraz muzykę filmową. Realizował różnorodne, a właściwie skrajnie różne zamówienia, które są dowodem wyjątkowej inwencji, inteligencji oraz intuicji twórczej. Bezbłędnie wyczuwał intencje reżysera. Wiedział do czego ma służyć jego muzyka i jaką ma odegrać rolę w konkretnym filmie. Podkreślał zawsze, że stara się pisać muzykę „kształtną”, mającą muzyczny sens.

Dotarła pani niemal do wszystkich kompozytorów, reżyserów, z którymi przyjaźnił się  Wojciech Kilar. Jak długo trwał proces zbierania materiałów i nagrywania filmu?

Zwykle nad dokumentem pracuję kilka lat. Na ogół tyle trwa dokumentacja, przygotowywanie materiałów źródłowych, sprawdzenie, czy to co znalazło się w scenariuszu jest możliwe do zrealizowania. Scenariusz w dokumencie często ulega przeobrażeniom. Jeżeli chcemy być jak najbliżej prawdy musimy uwzględniać nowe wątki, które wynikają z rozmowy z bohaterami filmu. Bardzo często mówią o nieznanych dotąd faktach, które ujawniają po raz pierwszy. Trzeba to odpowiednio pokazać, nadać temu stosowny, wizualny wymiar.

Czy poprzez rozmowy z przyjaciółmi kompozytora udało się pani zgłębić jego skomplikowaną osobowości? Czy  film daje odpowiedź na pytanie: jaki tak naprawdę był Wojciech Kilar?

To już musi ocenić widz. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy udało mi się w pełni oddać osobowość kompozytora. Znałam go dobrze, ale realizując film starałam się o nim opowiedzieć poprzez głosy reżyserów, artystów, którzy z nim współpracowali. Na pewno w tym filmie brakuje mi trochę mojej ulubionej cechy charakteru Wojciecha Kilara, czyli fantastycznego poczucia humoru (śmiech). Jest oczywiście o nim mowa, ale jednak trochę za mało.

Roman Polański powiedział w filmie: „Pomyślałem o Wojtku wtedy jak zrobił muzykę do „Draculi”, mnie ta muzyka bardzo się spodobała. Wojtek w wesołych kawałkach nie był zbyt dobry i skupiłem się na tym, co mi proponował”.

Nie zgadzam się z panem Romanem, ale jako dokumentalista zachowuję należyty dystans. To nie ja opowiadam moją historię o kompozytorze tylko wielcy reżyserzy i artyści, z którymi był bardzo zaprzyjaźniony. W jego dorobku filmowym jest tyle radosnych walców, muzyki do kuligów, te hawajskie gitary w „Rejsie”… Myślę, że gdyby otrzymał więcej zamówień na pisanie muzyki do komedii też zrobiłby to świetnie.  

W dokumencie wykorzystała Pani fragmenty ponad 20 filmów z muzyką Kilara. Czy wybór był trudny?

Trzeba mieć świadomość, że Kilar napisał muzykę do ponad dwustu filmów. Ograniczał mnie oczywiście budżet, ale w przypadku tego kompozytora znalezienie świetnej muzyki w filmach nie było trudnym zadaniem. Miałam do dyspozycji największe światowe ekranizacje filmowe ze znakomitą ścieżką dźwiękową. Zależało mi na tym by ukazać wszechstronność, inwencję twórczą i warsztat kompozytorski. Kilar jest bardzo rozpoznawalnym kompozytorem, ma swój indywidualny styl, ale mimo to zaskakuje. Zestawienie ścieżek dźwiękowych wybranych filmów pozwala na dostrzeżenie wielu niuansów. Kilar jest muzycznym kameleonem, który błyskawicznie zmienia charakter muzyki i rodzaj zastosowanych środków. Ponadto wykorzystane w moim dokumencie fragmenty filmów nie dla wszystkich koneserów sztuki filmowej były rozpoznawalne. Walor poznawczy miał też kluczowe znaczenie.

Andrzej Wajda powiedział, że: „Gdyby nie Zanussi to Kilar prawdopodobnie nie stałby się tak wyrazistym, tak silnym i tak gotowym na wszystko kompozytorem”…

Z perspektywy czasu mogę jedynie dodać, że dzięki tym wszystkim reżyserom był gotowy na wszystko. Dzięki nim posiadł umiejętności, które pozwalały tę bogatą wyobraźnię muzyczną ubrać w bardzo różne barwy i formy. Tak naprawdę wszystko w tym muzycznym wymiarze filmu mogło się zdarzyć i to było u niego fascynujące.

Kazimierz Kord powiedział w filmie: „Zwykło się oceniać muzykę filmową jako drugorzędną. To jest muzyka do obrazu, ale to nie jest muzyka sama w sobie”. Czy można powiedzieć, że Wojciechowi Kilarowi bliżej było do muzyki poważnej, a przygoda z filmem wywoływała w nim jakiś konflikt wewnętrzny?

Maestro Kazimierz Kord dotknął tutaj rzeczy bardzo istotnej i świetnie rozgraniczającej te dwa światy. Muzyka filmowa może stać się dziełem autonomicznym i niezależnym, o czym już wspomniałam, ale nie musi i najczęściej nie jest, po prostu nie może, bo rzeczywiście służy obrazowi i jej materia muzyczna jest ażurowa, zbyt uboga by mogła zaistnieć samodzielnie. To, co jest w tym połączeniu muzyki z obrazem fenomenalne, to fakt, że muzyka, nawet ta najprostsza, wnosi do filmu wymiar bez niej nieistniejący. Kilar często mawiał, że najlepszą muzykę filmową tworzył Bach, Beethoven, Wagner. Sądzę, że do swoich zamówień podchodził bardzo poważnie nawet jeśli czasami się zżymał i powtarzał, że podczas montażu pewnie jego muzykę skrócą, wyciszą, albo wyrzucą…

 „Muzyka filmu, która przeszła do salonu”?

To też jest stwierdzenie, w którym Kazimierz Kord dotyka istoty rzeczy. „Pan Tadeusz” jest podawany jako najlepszy przykład, ale nie tylko. Sam Kilar uważał, że na estradę koncertową nadaje się głównie suita orkiestrowa zawierająca tematy z „Draculi”. Suita cieszy się wielką popularnością.

Wojciech Kilar pozostawił niezapisaną kartkę, ale była ona zatytułowana…

W domu, na pulpicie fortepianu, została kartka papieru nutowego, na której zapisał tylko tytuł „Obce ciało”. Na pięciolinii nie ma ani jednej nuty. Wiem, że po rozmowach z Krzysztofem Zanussim miał już gotowy pomysł.  Pytany o to, dlaczego jeszcze niczego nie napisał, skoro jest tak mało czasu do nagrania odpowiedział: „Ja to wszystko już mam w głowie, muszę tylko usiąść i to spisać…”.  Zatem wyobraźnia dotycząca „Obcego ciała” była już ujęta w pomysł muzyczny i formę. Wojciech Kilar wewnętrznie słyszał już tę muzykę. Niestety, zabrał swoją wizję ze sobą…

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl