Z Tomaszem Strzyżewskim o aktualnej cenzurze w polskich mediach, asymetrii i mastodontach polskiego dziennikarstwa rozmawia Błażej Torański.

Tomasz Strzyżewski, rocznik 1945. Niezależny publicysta, działacz emigracyjny, znany również jako Thomas Starski. Mieszka w Sztokholmie. Na przełomie lat 1976 i 1977 pracował w krakowskiej delegaturze Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Przepisał tam odręcznie „Księgę Zapisów i Zaleceń GUKPPiW” oraz opracował zbiór oryginalnych dokumentów, które potem przemycił przez granicę i opublikował, jako Czarną Księgę Cenzury PRL. Ujawnił tym samym mechanizmy funkcjonowania cenzury w PRL.

Śledzi Pan ze Sztokholmu polskie media: prasę, radio, telewizję, Internet?

Po zainstalowaniu anteny satelitarnej pięć lat temu oglądam niemal wyłącznie polską telewizję. Z Internetu korzystam codziennie, mam swój blog na salonie 24 i jestem użytkownikiem Facebooka. Do prasy mam dostęp w jej wydaniach intenetowych. Radia nie słucham.

Czy zauważa Pan przejawy cenzury?

Nigdzie na świecie nie ma mediów wolnych od cenzury i polskie media nie są w tym odosobnione. Odczułem to nawet na własnej skórze. W 1994 roku w Bibliotece Jagiellońskiej przekazywałem dokumentację peerelowskiej cenzury. Dziennikarka „Gazety Wyborczej” przeprowadziła ze mną wywiad. Następnego dnia przeczytałem moje ocenzurowane, przeinaczone wypowiedzi. Napisałem protest do Adama Michnika, ale nie odpisał. Kilka lat później udzieliłem wywiadów „Dziennikowi” i „Rzeczpospolitej”. Po autoryzacji żaden z nich się nie ukazał.

 

Dlaczego tak się dzieje?

Dlatego, że ujawniam rolę środowiska dziennikarskiego w Peerelu. Zwracam uwagę na trzy sita cenzury. Pierwszą była autocenzura dziennikarzy. Drugą cenzura redakcyjna. Trzecią spełniały delegatury Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Radcy cenzury, których powszechnie nazywa się cenzorami, przykładali się do tekstów, jak nauczyciele do wypracowań uczniów. Jako „matrycę instruktażową” stosowali zalecenia i zapisy z księgi, którą przechowywano w kasie pancernej.

Pan tę księgę przepisał, w 1977 roku przemycił do Szwecji i opublikował. Ale instytucja cenzury nie istnieje w Polsce od 21 lat! Uważa Pan, że po tylu latach zachowały się dwie pozostałe formy: autocenzura i cenzura redakcyjna?

Ależ oczywiście! Gdyby – przyjmijmy taką hipotezę – Jarosław Kurski czy Paweł Wroński z jakichś powodów stracili pracę w „Gazecie Wyborczej” i zatrudnili się w „Rzeczpospolitej”, to musieliby sobie narzucić autocenzurę.

To dosyć sztuczna konstrukcja. Ale czy chce Pan przez to powiedzieć, że polscy dziennikarze nie kryją swoich poglądów politycznych?

Kryją swe poglądy niemal zawsze, ale ich interpretacje i selekcja informacji oraz komentowanie faktów wynika z ich poglądów lub sympatii politycznych. Nigdy przecież dziennikarze nie przekazują suchych faktów.

Proszę o przykłady.

Widziałem rozmowę Justyny Pochanke z Lechem Wałęsą w TVN. Wałęsa wykrzyczał pod adresem żyjącego wówczas Lecha Kaczyńskiego „Durnia mamy za prezydenta”. Jak zareagowała dziennikarka na te oszczerstwa? Nie tylko nie zaprotestowała, ale z nabożnym wyrazem twarzy zadawała kolejne pytania. Całkiem niedawno w „Kropce nad i” Monika Olejnik rozmawiała z Joachimem Brudzińskim, który powiedział, że pod rządami Tuska to nie jest żadne państwo. Oburzona Olejnik wykrzyczała „Pan obraża teraz premiera. Obraża pan całe państwo polskie!”.

To prawda. Tak zareagowała, ale Joachim Brudziński powiedział: „Tusk jest dziadowskim premierem, dlatego państwo polskie jest zarządzane dziadowsko”.

Ale na tych przykładach widać, jak dziennikarki selektywnie traktują ludzi i wydarzenia. Kiedy Lech Wałęsa przegrał w pierwszej instancji proces z Krzysztofem Wyszkowskim, o nazwanie go współpracownikiem SB o pseudonimie „Bolek”, to w TVN nie było o tym wyroku żadnej informacji! Jakby nie było żadnego procesu. Tego samego dnia wieczorem zaproszono natomiast Wałęsę do studia, wyraźnie chciano go uhonorować i podpompować przekłuty balon bohaterskiej legendy. O przegranym wyroku, jaki zapadł w tym dniu, oczywiście nie wspomniano. Tymczasem niedawno, kiedy Wyszkowski przegrał w Sądzie Apelacyjnym, w TVN rozprawiano o tym głośno i przez cały dzień.

Czy selekcja informacji i przemilczanie to ostatnie Pańskim zdaniem formy cenzury?

Również marginalizowanie lub wyolbrzymianie. Oglądając telewizję studiuję socjotechniki, jakich używają dziennikarze do manipulowania opinią publiczną. Zauważam też selekcje wtórną.

Co Pan ma na myśli?

W tym samym TVN oglądam na przykład dyskusję polityków różnych partii w programie Bogdana Rymanowskiego „Kawa na ławę”. Podziwiam tego akurat autora za obiektywizm w stosunku do poruszanych tematów i zaproszonych gości. Ale potem przez cały dzień TVN pokazuje fragmenty tego programu i tak selekcjonuje wypowiedzi, że cytuje tylko polityków przez siebie popieranych, najczęściej z PO i SLD, pomijając argumenty PiS.

Skoncentrował się Pan na przykładach TVN, ale czy inne media także popierają aktualnie rządzącą partię, jak czyniły to w stosunku do PZPR?

Zdecydowana większość mediów elektronicznych popiera PO, zwłaszcza po pozbyciu się z telewizji publicznej dziennikarzy prawicowych. Nie wiem, jak to jest w stacjach radiowych, bo nie słucham. Ale w telewizjach komercyjnych, które mają największy zasięg oddziaływania na społeczeństwo, widzę totalną asymetrię. Nie jest to tak, jak w europejskich krajach starej demokracji albo w Stanach Zjednoczonych, gdzie mniej więcej taka sama część mediów popiera demokratów, co republikanów.

Kadrowi redaktorzy zainteresowani są w popieraniu Platformy i SLD, gdyż te partie gwarantują im, że nie zostanie ujawniona haniebna rola, jaką pełnili w PRL. I że będą mogli uchodzić za obrońców demokracji.

Kogo ma Pan na myśli?

Za takie autorytety moralne uchodzą choćby Stefan Bratkowski, Janusz Rolicki czy Daniel Passent.

Jakie grzechy mają na swoim koncie?

Obsługiwanie mediów peerelowskich i służenie cenzurze. Nie tylko godzili się na cenzurę, ale poprzez autocenzurę brali w niej aktywny udział. Nawet ją afirmowali. Tym samym świadomie wprowadzali czytelników w błąd.

Ale Pan mówi o mastodontach polskiego dziennikarstwa. Przy tym błędnie zakłada Pan, że w PRL nie można było być uczciwym dziennikarzem, bo każdy dziennikarz służył wyłącznie propagandzie, a to nieprawda. Poza tym przez ostatnie 20 lat w polskich mediach pojawiło się kilka pokoleń ludzi myślących inaczej.

Nie, ja tego nie zakładałem, że w PRL nie było uczciwych dziennikarzy. Ale gdyby nawet wszyscy dziennikarze pisali tylko i wyłącznie prawdę, to i tak manipulacyjny efekt cenzury zostałby osiągnięty. Pisaliby bowiem te tylko prawdy, których cenzura nie zakazywała podawać do publicznej wiadomości. Taki był przecież sens zapisów cenzorskich. 

Natomiast ci młodzi, którzy trafili do zawodu dziennikarskiego w latach 90. i później, uczyli się od tych mastodontów. Zwykle adepci, w tym przypadku sztuki dziennikarskiej, przejmują od swoich mistrzów sympatie polityczne, nawyki zawodowe, preferencje. A wspomniani mistrzowie przekazali im ogromny ładunek dyspozycyjności wobec postkomunistycznych układów. I kolejne pokolenia kontynuują ich dzieło. A poza tym oni nadal żyją, pilnują, nadzorują.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl