Wystartował pan jako dziennikarz w 1946 roku na łamach niezależnej Gazety Ludowej; niezależnej od tzw. władzy ludowej? Co wtedy znaczyło pojęcie niezależności?

Pamiętamy z historii, że pierwsze trzy lata po wojnie uścisk Kremla i władzy sowieckiej nie był jeszcze taki absolutny. Działało Polskie Stronnictwo Ludowe, lewicujące i zachowujące dużą niezależność. Stanisław Mikołajczyk, jego prezes i wicepremier rządu nie salwował się jeszcze ucieczką przed kazamatami komunistów. Gazeta Ludowa, organ Stronnictwa, kierowana przez mego ojca, była więc w opozycji do władzy przywiezionej z Moskwy.

 

O czym pan, szesnastolatek mógł wtedy „niezależnie” pisać?

Moje pierwsze artykuły dotyczyły spraw międzynarodowych…

 

Trudno uwierzyć, by w tamtych czasach puszczano nastolatka za granicę.

Od najmłodszych lat swobodnie czytałem i mówiłem po francusku, niewiele gorzej po angielsku i z ambasad tych krajów ojciec dostawał prasę, a ja z zapałem robiłem różne opracowania. Już wiedziałam, że nic innego, tylko wielki świat będzie mnie interesował. Geografię w podstawówce znałem lepiej niż nauczycielka przedmiotu. A podczas niezbyt udanych studiów na SGPIS dystyngowany profesor, Jerzy Loth, geograf rozżarzył moją pasję poznawczą opowieściami o dzikich krainach.

 

Lektura pańskich kilkudziesięciu książek zaświadcza o pasji poznawania dzikich krain. Współtworzył pan tzw. polską szkołę reportażu…

Azja mnie najbardziej fascynowała nie tylko egzotyką geograficzną i obyczajową, ale właśnie zderzeniem jej z ogromnym dorobkiem kulturowym, filozoficznym, religijnym, politycznym, a w ostatnich dziesięcioleciach także nabierającymi rozpędu ekonomią i gospodarką. Afryka także pociągała egzotyką, ale nie równała się z Azją i jej osiągnięciami w wielu dziedzinach.

 

Czy zechce starszy – przepraszam za poufałość - kolega reporter wykonać arcytrudne zadanie – jednozdaniowo scharakteryzować niektóre kraje? Co pana w nich szczególnie zaskoczyło?

Indie – tam panuje powszechnie akceptowany pogląd, że nierówność społeczna - kastowość jest naturalnym porządkiem świata. Tajlandia, to kraj wyjątkowej sympatii ludzi do Europejczyków, a wyznawany przez nich buddyzm ma niespotykane gdzie indziej pokłady tolerancji dla innych religii. Pakistan to przeciwieństwo - skomplikowany społecznie i politycznie kraj dużej nieufności mieszkańców do przybyszów z zewnątrz; odczuwałem ich podejrzliwość, że coś knuję przeciw państwu oraz intryguję przeciw muzułmanom. Tybet, tragiczny płaskowyż o jednej z najwspanialszych cywilizacji świata, systematycznie unicestwianej przez Chińczyków, którym wypominanie ich zbrodni na tym narodzie byłoby naruszeniem political correctness. Nepal u podnóża Himalajów trzydzieści lat temu robił fantastyczne wrażenie jednorodną, bajecznie kolorową architekturą sprzed stek i tysięcy lat, a teraz jest psuty nowoczesnymi budowlami.

 

Jeśli dobrze pamiętam z dawnych publikacji - był pan jedynym reporterem w środku wstrząsającej szarży chińskich czołgów przeciw studentom na pekińskim Placu Tian’anmen. Nasz mistrz, Melchior Wańkowicz pisał w Karafce La Fontaine´a, że reporter powinien być pierwszy tam, gdzie przed nim jeszcze nikogo nie było… A pan w książce Prywatna Historia XX wieku trawestował mistrza: Reporter powinien być na właściwym miejscu we właściwym czasie.

Kilka razy mi się to udało, a wejście w to piekło na Placu Tian’anmen (Plac Niebiańskiego Spokoju), to był wyjątkowy wyczyn. W Pekinie znalazłem się wówczas jako wysłannik Gazety Wyborczej. W naszej ambasadzie pełniłem funkcję męża zaufania Solidarności w historycznych wyborach parlamentarnych z 4 czerwca 1989 roku; szczęśliwy zbieg okoliczności w tym wyjątkowo tragicznym dla chińskich studentów czasie. Oni od tygodni koczowali dzień i noc na placu pod słynnym portretem Mao Tsetunga. Protestowali przeciw totalitarnemu reżimowi. Rankiem, w dniu naszych wyborów do tzw. sejmu kontraktowego usłyszeliśmy w ambasadzie kanonadę wystrzałów. Nie zastanawiałem się długo - a ze mną szedł, prawie biegł Aleją Changan jeden z naszych dyplomatów. Jako reporter musiałem tam być, zaś on, dyplomata powinien unikać takich sytuacji. Przedzieraliśmy się do Placu mając przed sobą spanikowany tłum właśnie uciekający z miejsca masakry dokonywanej przez okrutną 27 armię chińską. Jakiś Anglik z obłędem w oczach próbował nas powstrzymać. Parliśmy jednak do przodu. Zatrzymałem się już na skraju Placu. Stanąłem za cieniutkim pniem drzewa; cóż to za osłona! Obserwowałem piekło na ziemi. Plątanina czołgów, strzępów ludzkich ciał, niewielkich barykad z ławek, ryksiarzy wywożących trupy i rannych; plamy świeżej krwi mieszały się z kwiatami przyniesionymi przez pekińczyków. Protestowali i ginęli nie młodzi rozrabiacze, nie margines społeczny, lecz dzieci pekińskiej elity, bo na stołecznych uczelniach studiowali wybrańcy. Drżałem ze strachu i smutku...

 

Jednej z trzech książek o Iranie dał pan tytuł budzący zazdrość reporterów: Byłem gościem Chomeiniego. Czym pan zasłużył na takie wyróżnienie?

Audiencja była tyleż podniecająca, co nieciekawa. Czekałem na wielkiego imama stojąc i pamiętając, co przed chwilą usłyszałem od ceremoniarza, który mnie prowadził do sali: Nie wolno panu zadać żadnego pytania. Wszedł wielki Ajatollah, pełen dostojeństwa. Z kamienną twarzą pozdrowił mnie, wyraził radość ze spotkania, powiedział kilka banalnych zdań o Iranie, który się rozwija z błogosławieństwem Allacha; skłonił się bez cienia żywszej reakcji i wyszedł. Jeszcze raz miałem okazję wysłuchać monologów Chomeiniego. Wówczas musiał wiedzieć, że już wcześniej napisałem książkę Rewolucja w imię Allacha. I dlatego zaproszono mnie jako gościa honorowego na obchody stulecia urodzin imama. Wygłosiłem tam referat, co potem opisałem w książce Szatan wraca do Iranu. Ten kraj nie tylko mnie fascynował. Spędziłem w nim dwa i pół miesiąca wraz z Rysiem Kapuścińskim. On wtedy zbierał materiały do arcydzieła, któremu dał tytuł Szachinszach.

 

To wtedy rozmawialiście o reportażu jako najwspanialszym gatunku sztuki dziennikarskiej. Zastanawialiście się, co reporterowi wolno, a czego robić nie może – że dla reportera świętością jest fakt, a zmyślenie, fikcja literacka są sprzeniewierzeniem się zasadzie dokumentalnej prawdy…

Myśmy wtedy wspaniale współpracowali przez kilka tygodni. Nie było między nami cienia rywalizacji, ale nie zabrakło też ostrzejszej rozmowy. Rysio w książce o Angoli Jeszcze dzień życia napisał, że groziło mu rozstrzelanie podczas rewolucji socjalistycznej, że cudem uniknął kuli stojąc prawie przed plutonem egzekucyjnym. Łatwo zorientowałem się, że to było kłamstwo. Powiedziałem mu wtenczas o dziesięciu innych zmyśleniach w jego książce. On się bardzo oburzył, co tylko potwierdziło moje opinie. I przyznał się do czterech innych zmyśleń, których ja nie wychwyciłem.

 

Mam przykład z pańskiego zapisu dokumentalnego, spuentowanego pewną kompilacją graniczącą ze zmyśleniem: w Prywatnej historii XX wieku przypomina pan ostatnie dni historycznego strajku sierpniowego z 1980 roku w Stoczni Gdańskiej. Obrazek z mszy odprawianej na dziedzińcu – od polowego ołtarza słychać Ojcze nasz, zaś z głośników zainstalowanych na placu przed historyczną halą słychać jakby w duecie fragmenty komunikatów o sytuacji strajkowej w kraju; mylą się Panu słowa dwóch różnych modlitw, ale opis tamtej atmosfery nabiera siły emocjonalnej.

Właśnie o tę siłę mi chodziło. Skoro pan przypomniał tamten obrazek, to ja przypomnę pewną sytuację z tych samych dni dość istotną z punktu widzenia roli dziennikarza nie tylko w opisie rzeczywistości, ale i jej zmiany: w trakcie rokowań Komisji Rządowej z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w pewnym momencie sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, Tadeusz Fiszbach zwrócił się do mnie, jako dziennikarza Polityki, z prośbą, bym rzucił okiem na tekst wystąpienia telewizyjnego Mieczysława Jagielskiego , które ma się odbyć za kwadrans. Przeczytałem je i ciarki po mnie przeszły; tekst był przeładowany obelgami pod adresem strajkujących. Ostro zareagowałem na te słowa. Jagielski się tłumaczył, że to Gierek mu polecił tak wystąpić. Przestrzegłem, że jutro może cały kraj zastrajkować, albo wybuchnie jeszcze coś gorszego. Siadłem z wicepremierem i w ciągu kwadransa oczyściłem tekst ze wszystkiego, co brzmiało obelżywie. Dwa dni później „Le Monde” napisał, że polskich słuchaczy uderzył nieagresywny ton wypowiedzi Jagielskiego wobec robotników. Oceniam tamtą swoją rolę jako może jedyną w mojej karierze istotnie wpływającą na historyczny bieg wydarzeń. Warto też przypomnieć, dzięki czemu znalazłem się w stoczni już drugiego dnia strajku. Stoczniowcy, strzegący bramy, nie wpuszczali na teren zakładu dziennikarzy z wielu redakcji nazywając ich sku…synami. Gdy usłyszeli, że z kolegą redakcyjnym jesteśmy z Polityki, nazwali nas pieszczotliwie sku….synkami i pokazali wolną drogę. W miarę rozwoju akcji strajkowej osłabła siła selekcji dziennikarzy.

 

Pomówmy o warsztacie dziennikarskim - jak się pan przygotowywał merytorycznie do światowych wojaży?

Wszystko czytałem, co było wtedy do przeczytania o poszczególnych krajach. Do tej pory mam w swojej bibliotece po kilkanaście książek w trzech językach o każdym interesującym mnie zakątku świata. Jednak znaczna część poznanych wówczas tekstów nie okazała się na miejscu ani prawdziwa, ani znacząco pomocna. Powiem szczerze - nie miała dla mnie większej wartości. Rzeczywistość egzotycznych krajów okazywała się skrajnie zaskakująca. Trzeba było samodzielnie stawić jej czoła, indywidualnie ją przetrawiać, czego się dość wcześnie nauczyłem. Reporter nie może wpadać w panikę, gdy na początku pobytu w nowych pod każdym względem warunkach ma poczucie pustki mentalnej i dołka psychicznego. Musi te stany pokonać przyjmując i spokojnie analizując to, co widzi i czego się dowiaduje od swoich rozmówców.

 

Czy ma pan własną, prywatną metodę na ich otwarcie się przed dziennikarzem?

Nie ma jednej metody. Z każdym rozmawia się inaczej. I każdego trzeba otworzyć innym wytrychem. Pewne jest jednak to - jeśli podejdzie się do rozmówcy z zainteresowaniem, przyjaźnią i ciekawymi własnymi przemyśleniami, to można liczyć na wzajemność z jego strony. Dla przykładu - okazałem spokój i zaciekawiłem swoimi, nienarzucanymi broń Boże, opiniami o Kambodży jej króla - Norodoma Sihanouka. Władca niezwykle szybko w nagrodę odwzajemnił mi się prawdziwą przyjaźnią, która trwała aż do jego śmierci sprzed roku.

 

Niektórzy koledzy po fachu mówią, że przed wyjazdem do dalekich krajów mają już przemyślaną koncepcję przyszłej książki...

Gdy do niektórych krajów przyjeżdżałem po raz pierwszy, nie zakładałem sobie realizacji przygotowanych tematów. Stawiałem na spontaniczność poznania. Idee i koncepcje rodziły się dość szybko na miejscu. Gdy jednak pewne kraje odwiedzałem po raz drugi i trzeci, to już w Polsce wiedziałem, po co jadę i co chcę napisać. To normalny proces. Muszę jednak wyznać, że dużą przeszkodę w dokumentowaniu sprawiała mi technika. Byłem kompletnym zerem w obsługiwaniu magnetofonów szpulowych i kasetowych, które mi się często psuły. Obecnych dyktafonów cyfrowych w ogóle nie dotykam. To już nie moja epoka. Z każdej podróży przywoziłem również stertę notatek. Jak każdy, szanujący się reportażysta – dokumentalista dokonywałem ostrej selekcji zebranego materiału. Proszę spojrzeć na regał, na kilkadziesiąt opisanych teczek z uporządkowaną dokumentacją; to moje prywatne archiwum.

 

Przez kilkanaście lat prowadził pan Wyższą Szkołę Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia, jako jej założyciel i rektor. Jak dużej liczbie studentów udało się panu rozbudzić miłość do reportażu?

Zaprosiłem prawie dwieście razy na spotkania w uczelni wybitnych reportażystów i publicystów. Studenci, przyszli dziennikarze, okazywali zachwyt tymi kontaktami. Ale ile z nich skorzystali? Boję się myśleć, że niewiele. Gdy im zadawałem do przeczytania dziesięć książek rocznie – nie przeczytali żadnej. Gdy zadawałem pięć – też nie przeczytali. Gdy prosiłem o lekturę dwóch – parę panienek przeczytało po jednej. Właśnie one znalazły jakoś swoje miejsce w zawodzie. Ale tak ogólnie?– to jednak klęska.

Dziękuję za rozmowę

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl