Ze Zbigniewem Rytelem o ideach sportu, pięknie wysiłku fizycznego i ducha rozmawia Błażej Torański.

Zebrałeś ostatnio kilka międzynarodowych nagród za film „Dzieci Mniejszego Księcia” o niepełnosprawnych sportowcach.

To prawda, ale nie specjalizuję się w sporcie niepełnosprawnych. Nie dam się wtłoczyć w taką niszę. Z ponad trzydziestu filmów i reportaży, które zrealizowałem, zaledwie jeden dotyczył sportu niepełnosprawnych intelektualnie i drugi był o niewidomym pływaku, zdobywcy medali na Igrzyskach Paraolimpijskich. Wszystkie były o ludziach przekraczających swoje ograniczenia niezależnie od stopnia sprawności.

W swoich filmach nie koncentrujesz się na wynikach, tylko ideach, one są wspólne także dla niepełnosprawnych sportowców.

Rzeczywiście nie pokazuję sportu przez pryzmat wyników, osiągnięć, analiz, kto kopnął piłkę prawą nogą, a kto był lepszy na lewej obronie. Cały czas szukam sensu sportu, jako zjawiska kulturowego, religijnego, filozoficznego. Współczesny sport niezależnie od swoich wszystkich wad - wszechobecnego dopingu i komercji – nadal pozostaje jednym z najlepszych wynalazków człowieka w sensie idei i roli w budowaniu zdrowego społeczeństwa, zdrowych - nie tylko fizycznie, ale i duchowo – ludzi i społeczeństw. Równocześnie nie jest aż tak bardzo odległy od sportu starożytnego, jakby się powierzchownym obserwatorom wydawało.

Najlepiej te wartości widać jednak w sporcie niepełnosprawnych. Kiedy ich pytasz, po co przyjechali na igrzyska, odpowiadają: „Po medale”, ale zaraz dodają: „po honor”.

Każdy sportowiec winien tak odpowiedzieć, bo o to właśnie chodzi w sporcie. Wszystkie nagrody i pieniądze są kwestią wtórną. Najważniejszą nagrodą jest honor zwycięzcy, nagradzany nic nie wartym krążkiem metalu. Z materialnego punktu widzenia medal olimpijski nie ma żadnej wartości. Liczy się tylko jego symboliczna wartość i to za nią sportowcy są ostatecznie nagradzani sławą i pieniędzmi.

Bohaterowie „Dzieci mniejszego Księcia” mówią, że „chcą być kimś”, jakby chcieli zatrzeć granice oddalające ich od w pełni zdrowych sportowców.

Chyba raczej dają wyraz powszechnej potrzebie każdego człowieka, żeby się wyróżnić, żeby osiągnąć w życiu coś, czego większość ludzi nie umie często nazwać, żeby życie nabrało szczególnej wartości. To jest potrzeba niezależna od stopnia sprawności intelektualnej, a sport daje taką możliwość

Czym zaskoczyli Cię niepełnosprawni?

Pierwszy raz znalazłem się wśród niepełnosprawnych intelektualnie. Najpierw na kilka dni pojechaliśmy na Rodos, kręciliśmy ich przygotowania, a potem, już w Atenach, udział w igrzyskach. Przyznaję, że cała grupa ujęła mnie i jako sportowcy i jako ludzie. Wymagało to przełamania początkowej bariery, naturalnej, kiedy „obcy” wchodzą w środowisko, które zna się od dłuższego już czasu. Tak samo jest w każdej grupie sportowej, która tworzy rodzaj zamkniętego kręgu „wtajemniczonych”. Udało nam się – tu, poza mną, mam na myśli Marcina Peresadę, znakomitego operatora z TVP i Sławka Moroza – równie świetnego dźwiękowca – wejść do tego trochę hermetycznego świata niepełnosprawnych sportowców i zyskać ich zaufanie. Bez tego nie da się pokazywać sportu „od środka”.

Odkryłeś ich wrażliwość.

Wewnętrzne piękno, ale także ich prostolinijność, szczerość emocji i współodczuwanie, o które dużo trudniej wśród ludzi intelektualnie pełnosprawnych.

Zawodnicy Olimpiad Specjalnych mają zdiagnozowaną niepełnosprawność intelektualną, tymczasem są oni w swych wypowiedziach niezwykle dojrzali.

Tak, dlatego zadałem sobie pytanie, co sprawia, że jesteśmy ludźmi? Wyróżniać nas ma myślenie, stąd nazwa gatunkowa – homo sapiens. Co jeśli owa sapientia jest na niższym poziomie? Czy wtedy przestajemy być ludźmi? Oczywiście nie. Co więc sprawia, że możemy nazywać się człowiekiem?

Do jakiego doszedłeś wniosku?

Że może sapientia nie jest jedynym wyróżnikiem, a może też nie najważniejszym. Może ważniejsze jest współodczuwanie i powinniśmy zacząć myśleć o zmianie nazwy naszego gatunku? Zamiast człowiek myślący na przykład człowiek współodczuwający? Nie ma granic, na których człowiek się zaczyna i kończy. Odpowiedzi na swoje pytanie nie znalazłem, ale mam nadzieję, że to przesłanie udało mi się w filmie pokazać i każdy widz postawiony przed takim pytaniem sam spróbuje na nie odpowiedzieć. Uprawiany przez bohaterów filmu sport jest na innym poziomie, ale ich reakcje emocjonalne na zwycięstwo czy porażkę, na samą walkę sportową są takie same jak u wszystkich sportowców. O to samo im chodzi: o zwycięstwo. Wypełniają sens sportu, bo w tym innym rodzaju zmagań jest on taki sam.

Są wyjątkowo czuli na nierówność szans, na machlojki ze strony konkurentów.

Polscy koszykarze czuli się skrzywdzeni kombinacjami ze strony Chińczyków, którzy wystawiali zawodników niezgodnie z przepisami. Wyrażali rozgoryczenie, gniew, niezgodę, wściekłość na oszustwa. Fundamentem sportu jest walka wedle tych samych reguł. Tymczasem nawet na tym poziomie zdarzają się oszustwa. Stąd ich bunt.

Sam uprawiałeś sport wyczynowo, byłeś biegaczem, także w reprezentacji Polski. Czy po realizacji „Dzieci mniejszego Księcia” zweryfikowałeś swój punkt widzenia na sport?

Mało to, jako historyk studiowałem też religijne znaczeniem agonu w starożytnej Grecji. Z obu tych powodów sport traktowałem w sposób ortodoksyjny. Uważałem, że opiera się na najwyższym wysiłku, jaki człowiek jest w stanie z siebie wykrzesać. Że zwycięstwo jest rezultatem walki na absolutnie najwyższym poziomie wydolnościowym organizmu. I że dotyczy on ludzi zdolnych do wysiłku heroicznego, przekraczającego ludzkie ograniczenia. Tymczasem, co odkryłem, wśród sportowców niepełnosprawnych wysiłek jest wprawdzie nieporównywalny, ale inne elementy składające się na sport są realizowane. Moi bohaterom poszerzyli moje horyzonty, wydawało się mocno ugruntowane i w sensie intelektualnym i w sensie własnego doświadczenia.

Obraz „Dzieci mniejszego Księcia” nagrodzono na festiwalach w Mediolanie i w Dżakarcie, był prezentowany w Kanadzie, a we wrześniu zostałeś zaproszony na festiwal do rosyjskiej Samary. Ale kilka tygodni temu odebrałeś poważniejsze wyróżnienie: nagrodę Polskiego Komitetu Olimpijskiego w dziedzinie sztuki - Srebrny Wawrzyn Olimpijski.

Rozmawiamy o jednym filmie, a Wawrzynem Olimpijskim wyróżniony zostałem za trzy. Oprócz „Dzieci mniejszego księcia”, jeszcze za „PKOl - 90 lat na olimpijskim szlaku”, który wbrew publicystycznemu tytułowi jest niezwykle emocjonalną podróżą przez historię polskich sukcesów olimpijskich oraz za film o Krzysztofie Wiłkomirskim – reprezentancie Polski w judo, który toczył walkę o medal olimpijski równolegle z dużo ważniejszą walką o życie jego nowonarodzonego syna. I choć medalu olimpijskiego nie zdobył, jego syn żyje. A wymagało to heroicznej siły, takiej samej jak ta, którą muszą wykrzesać z siebie sportowcy z drodze na olimpijski szczyt. Podczas uroczystości wręczania nagród, kiedy zobaczyłem wśród publiczności Krzysztofa ze swoim synem, idea sportu – jako gigantycznego wysiłku ludzkiej woli prowadzącego do najwyższej, w sensie symbolicznym, nagrody - stała się nagle krystaliczne jasna, jakby zmaterializowała się w osobie kilkuletniego chłopca. Przyznaję, że kiedy próbowałem o tym opowiedzieć, stojąc jako nagrodzony twórca i patrząc w twarz małego Franka Wiłkomirskiego, który swoje życie w wielkim stopniu zawdzięcza cechom ukształtowanym przez sport, głos mi się załamywał.

Wcześniej kilka moich filmów nagradzanych było na różnych festiwalach, czasem w tak odległych miejscach jak Uganda, jednak Wawrzyn Olimpijski jest szczególną nagrodą. Idea olimpijska łączy piękno wysiłku fizycznego z osiągnięciami ducha. PKOl nagradza Wawrzynem tych twórców, którzy uwzględniają w swoich pracach wielkie humanistyczne przesłanie tej idei. Kiedyś jako lekkoatleta byłem bliski startu na igrzyskach olimpijskich. Na igrzyska ostatecznie nie pojechałem, medalu olimpijskiego nie zdobyłem, ale po wielu latach zostałem nagrodzony jego odpowiednikiem. Tyle tylko, że nie w dziedzinie sztuki fizycznej, a sztuki filmowej. To wielkie wyróżnienie. Od 1968 wręczono ten medal w różnych dziedzinach sztuki wielu najwybitniejszym polskim twórcom. Znalezienie się w takim gronie, nawet jeśli mój dorobek plasowałby mnie na samym końcu listy laureatów, jest wielkim zaszczytem. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl