Z Markiem Magierowskim o tańcach „wygibańcach” w polskich mediach rozmawia Błażej Torański.

Czy telewizyjne programy informacyjne wychowują idiotów?

Paradoksalnie coraz więcej, szczególnie młodych ludzi, rezygnuje z ich oglądania. Informacji szukają w Internecie, a poziom portali jest bardzo niski. Jeżeli miałbym więc kogoś obwiniać za to, co Polacy wiedzą o Polsce i o świecie, o gospodarce, kulturze i polityce, wskazałbym telewizję i Internet. To one odgrywają największą rolę w widocznym procesie ogłupiania ludzi.

Grzegorz Miecugow uważa, że słabością telewizji jest widz.

To jest odwieczna dyskusja. Czy pierwsza była kura, czy jajko. Ludzie bardzo szybko przyzwyczajają się do coraz niższego poziomu informacji, szukają wygodniejszej formy, informacji uproszczonej. Redaktorzy tymczasem nie opowiadają w sposób bardziej przystępny o sytuacji gospodarczej Niemiec czy Włoch albo o kryzysie w strefie euro, tylko w ogóle o tym nie mówią. Uznali, że nie ma co się pakować w tego typu rozważania, bo i tak niemal nikt tego nie zrozumie. Po co więc denerwować widzów, mówiąc o wskaźnikach produkcji czy inflacji. Koło się zamyka.

Unikają trudnych tematów tylko dlatego, że nie interesują one masowej widowni. Bo widownia woli oglądać matkę, która udusiła swoją córkę? Nie jest to próba przerzucenia odpowiedzialności?

Nie wydaje mi się, bo ludzie coraz mniej interesują się sprawami poważnymi. Polityką zajmują się tylko jeśli można użyć maczugi i przywalić komuś z obcego obozu politycznego. W telewizjach nie ma poważnej dyskusji o OFE, o budżecie, o polityce infrastrukturalnej. Polacy zostali przyzwyczajeni przez media do tego, że polityka polega na nieustannym naparzaniu się dwóch wrogich obozów, a nie na dyskusji na argumenty, o tym, co byłoby lepsze dla Polski. Potem dochodzimy do tego, że najwięcej miejsca w programach informacyjnych i na największych portalach zajmuje bójka kiboli Ruchu Chorzów z marynarzami meksykańskiego statku „Cuauhtemoc”.

Media żywiły się tą historią przez kilka dni.

Mam wrażenie, że żyli tym tylko redaktorzy i dziennikarze, a Polacy nadmiernie się tym nie interesowali. Ale działo się tak, bo w Polsce wszystko jest podporządkowane polityce, nawet bójka plażowa, do jakich dochodzi tysiące razy wszędzie na świecie, jednak nikt nie robi z tego sprawy wagi państwowej. Tymczasem nasze media wszystko, także tę bójkę, próbują wcisnąć w kontekst polityczny. Nadmuchiwanie tego wydarzenia oceniam jako najgroźniejsze zjawisko, z jakim mamy do czynienia. O ważnych sprawach, polityce, opowiada się przy pomocy błahych wydarzeń: bójek na plaży albo zadym na stadionach. Za każdym razem media dopisują do tego narrację polityczną. Jeśli ktoś broni kibiców, to jest za PiS-em. Jeżeli uważa, że kibole są teraz największym zagrożeniem polskiej demokracji, to jest porządnym obywatelem. Takie tematy przykrywają naprawdę ważne problemy, o których winni debatować publicyści i politycy.

Jarosław Gugała ostrzega ostatnio we „Wprost”: „jeżeli założymy, że ci, którzy siedzą przed telewizorem, są kretynami, i w związku z powyższym trzeba traktować ich jak kretynów, serwując im totalny badziew podlany sensacją i okrucieństwem, to takich kretynów będziemy hodować”.

Nie, odbiorców mediów należy traktować przede wszystkim jako ludzi, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o świecie, a jednocześnie chcą spędzić miło czas. Od lat piszę o sprawach zagranicznych i wiem, jak trudno jest dostosować to, co chcę przekazać czytelnikowi, do poziomu jego wiedzy. Tak samo jak dziennikarzowi piszącemu o ogrodnictwie czy o fizyce jądrowej ciężko jest dostosować tekst do poziomu mojej wiedzy (dodajmy: raczej wątłej). Mam świadomość, że nie mogę się wdawać w zbyt wiele szczegółów, aby czytelnik nie odpadł od tekstu po trzech akapitach. To jest trudne, ale tak było zawsze w dziennikarstwie.

Dziennikarz powinien informować i wyjaśniać sens informacji.

Kiedy zaczynałem pracę w zawodzie, słyszałem od swoich mentorów, że muszę pisać tak, aby teksty były intrygujące, ale zrozumiałe dla naszych babć. Czyli takich czytelników, którzy na co dzień nie interesują się polityką zagraniczną. Zgadzam się z Gugałą, że redaktorzy coraz bardziej podchodzą do czytelników w paternalistyczny sposób, uznając, że mają do czynienia z ludźmi, którzy nic trudniejszego nie będą w stanie przeczytać. Machają ręką, publikują chłam, aby tylko czytelnicy przeczytali i nie zniechęcili się. Ludzie się do tego przyzwyczajają, jak do narkotyku. Jak cały czas podaje się informacje błahe, ale ciekawie, atrakcyjnie okraszone, to widz, czytelnik, jak narkoman łaknie kolejnych dawek tego typu informacji i po jakimś czasie nie oczekuje niczego więcej.

Już 22 lata temu Grzegorz Lindenberg, zakładając „Super Express”, zatrudnił starszą panią, która parzyła kawę i herbatę dziennikarzom, ale przede wszystkim czytała szczotki. Jeśli czegoś nie zrozumiała, natychmiast zgłaszała. - Co to jest cerkiew? – pytała, a dziennikarz zamieniał trudne dla niej słowo na świątynię prawosławną.

Tak było. Podam inny przykład, dziennika Agory - „Nowy Dzień”. Wydano ogromne pieniądze na zbadanie rynku, przeprowadzono setki testów fokusowych wśród czytelników. Agora doszła do wniosku, że właśnie takiej gazety czytelnicy potrzebują. Tabloidu z informacją podaną lekko i przyjemnie, bez wielkiej polityki i gospodarki, dyplomacji, ale też bez "gołych bab", bez krwi, bez drastyczności.

„Nowy Dzień” padł po trzech miesiącach.

Bo ludzie, którzy uczestniczyli w badaniach fokusowych mówili „tak, tak, lubimy informację łatwo podaną, ale nie lubimy golizny ani krwi”. Oczywiście nie była to prawda, gdyż tego właśnie potrzebowali! Teraz słyszymy, że widzowie narzekają na poziom telewizji publicznej i chcieliby oglądać media poważne. Równocześnie zawsze przełączą z publicystyki na chłam, bo w rzeczywistości wolą teleturnieje, tańce na lodzie czy tańce wygibańce. Totalna hipokryzja.

Tymczasem, jeśli ktoś chce naprawdę korzystać z telewizji na najwyższym poziomie, łatwo może sobie wybrać z pakietu telewizji satelitarnej czy kablówki programy od rana do wieczora. Rano może obejrzeć operę, potem dobry western, następnie filmy Bergmana czy Felliniego, wreszcie program o problematyce międzynarodowej. Dzisiaj telewizja z setkami kanałów daje taką możliwość, a jeśli zna się angielski czy francuski to już w ogóle nie ma o czym gadać. Można ją oglądać - od BBC do Al Dżaziry – przez 24 godziny na dobę.

Ale to nie tłumaczy coraz słabszego warsztatu polskich dziennikarzy.

Dostrzegam ten problem zwłaszcza na portalach informacyjnych, ale z pewnością dotyczy on również programów informacyjnych telewizji. Wyraźnie widać, że młodzi dziennikarze nie są w stanie udźwignąć nawet całkiem łatwych tematów. Coraz częściej dziennikarstwo polega na przetłumaczeniu depeszy Reutersa i dorzuceniu paru zdań z Wikipedii. Tam nie ma żadnej głębszej myśli, żadnego backgroundu, co wskazywałoby na podstawy wiedzy historycznej lub kulturowej młodych dziennikarzy. Oni nie potrafią przystosować tekstu dla czytelnika łaknącego wiedzy.

Przykład?

Pisałem o tym na Twitterze: na portalu gazeta.pl ktoś podpisany inicjałami napisał o owej bójce marynarzy z kibolami. Nazwę meksykańskiego okrętu „Cuauhtemoc” przetłumaczył jako "spadający orzeł". Owszem, to jest "spadający orzeł", ale przecież to jest imię słynnego azteckiego wodza, ostatniego władcy Tenochtitlanu, który walczył z Hiszpanami podczas konkwisty i poddał się Cortezowi. Zażartowałem sobie, że jeśli do naszego portu wpłynie amerykański lotniskowiec USS George H. W. Bush, to pewnie gazeta.pl napisze, że nazwa statku oznacza „krzak”. Widać, że ktoś przepisał depeszę i pierwszy raz spotkał się z imieniem Cuauhtemoc. Niestety do dziennikarstwa trafia coraz więcej słabo wykształconych ludzi, a ci świetnie przygotowani odchodzą z zawodu.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl