Z Hanną Bogoryją – Zakrzewską o reportażu, nie tylko radiowym, o intymnej atmosferze wytwarzanej przez dziennikarza między rozmówcą a mikrofonem oraz o bohaterach z „korbą w głowach” rozmawia Wiesław Łuka.

 

 

Musiałaś być nieźle nakręcona, skoro śniły Ci się reportaże, co wyznałaś w jednym z wywiadów.

Parę lat temu nagrałam długą rozmowę z jedną z bohaterek, sześcioletnią dziewczynką, która piękną polszczyzną opowiadała o swojej wielodzietnej rodzinie. Wydawało mi się, że sześciolatka będzie przewodnikiem nie tylko po swoim świecie, ale w szerszej przestrzeni. Gdy jednak przyszło do obróbki materiału, nie mogłam znaleźć dla niego formy. Robiąc inne rzeczy, ponad rok szukałam jej, aż mi się przyśniła.

 

A „odjazd na radio” – jak się wyraziłaś – też się przyśnił?

 

Nie, to stało się na jawie. Podczas studiów na Uniwersytecie Szczecińskim ktoś mnie wciągnął do pracy w studenckim radiu. Wtedy jeszcze nie wyczuwałam w sobie żyłki dziennikarskiej, natomiast od wczesnych lat szkolnych chciałam być bibliotekarką. Przypadkowo znalazłam się w tym radiu – na zasadzie: pójdę, zobaczę, co to jest, niech się coś dzieje…Pewnego razu włączyłam „Trójkę” radiową - zapowiedziano reportaż Krystyny Melion „Głębokie zanurzenie”. On właśnie dostał w Barcelonie międzynarodową nagrodę Premium Ondas. Wysłuchałam go i prawie wykrzyknęłam: Boże, ja chcę robić takie rzeczy…Koledzy z tego radia biegali z mikrofonem i z wypiekami na twarzy po Szczecinie, łapali trzyminutowe newsy, byli dumni, gdy wchodziły na antenę. Ja marzyłam o długich nagraniach i długich reportażach. Nasz naczelny wysłał mnie do Wrocławia na seminarium warsztatowe dla dziennikarzy studenckich, prowadzone przez znanego kolegę po fachu, Darka Sobiczewskiego. Tam usłyszałam „Głębokie zanurzenie” jako przykład znakomitej roboty. Powiedziałam sobie: klamka zapadła, tylko to…

 

Od razu reportaż, a nie na przykład wywiad, łatwiejszy jako gatunek?

 

Absolutnie – reportaż. Bohaterem reportażu Melion był Marek Petrusewicz, pierwszy polski rekordzista świata, mistrz i medalista w pływaniu. On po amputacji nogi z powodu choroby Bűrgera, został trenerem niepełnosprawnych pływaków. Słuchając medalisty i jego podopiecznych, widziałam ich… Mogę śmiało powiedzieć, że Krystyna ponad czterdzieści lat temu opowiedziała tę historię takimi środkami wyrazu, które do dziś się nie zestarzały; ta radiowa opowieść działała jak film.

 

Jakie środki wyrazu cię urzekły?

 

Krystyna nagrywała Petrusewicza i jego podopiecznych chodząc za nimi z mikrofonem, podpatrywała ich w wielu sytuacjach. Słuchało się nie tylko ich wypowiedzi, ale i tego, co się równolegle działo obok albo w tle. To był reportaż uczestniczący. Odpowiednio dobrana muzyka i wszechobecny plusk wody nadawał tej konkretnej opowieści drugi i trzeci wymiar znaczeniowy. To było słuchowisko o ludzkich dramatach, ale równocześnie o ich pokonywaniu, o walce z losem. Ja już wtedy wyczułam, choć nie miałam własnych autorskich doświadczeń, że bohaterowie „Głębokiego zanurzenia” zapomnieli, że mikrofon ich „podsłuchuje”; moja mistrzyni stworzyła atmosferę naturalności.

 

Skoro słowa i efekty dźwiękowe przemówiły jak film, może lepiej było stanąć za kamerą telewizyjną i urzekać innych obrazami?

 

Nie, nie… dla telewizji czasami robiłam dla pieniędzy krótkie materiały, ale to nie to. Tam miałam dużo ludzi koło siebie – dźwiękowca, oświetleniowca, wizażystę - to mnie rozpraszało. Brakowało mi tej intymnej atmosfery – bohater, ja i mikrofon. To jest wartość nie do przecenienia. Wiem, jak mąż pracuje dla telewizji, jak musi między innymi koordynować pracę zespołu i przestrzegać norm zużycia taśmy. My w radiu sami sobie kupujemy czytniki i nagrywamy tyle materiału dokumentacyjnego, ile chcemy. To ogromna rozkosz mieć wiele godzin nagrań i wybierać z nich to, co najlepsze dla kilkunastominutowego dzieła. Ja uprzedzam swoich bohaterów, że nagrywam dużo, wszystko nagrywam, że potem dokonuję selekcji, a tymczasem nie wiem, co mi się przyda podczas montażu. Wiem natomiast, że gdybym poprosiła o powtórzenie jakiegoś fragmentu rozmowy, to on by nie miał takiej samej wartości, co pierwsza, spontaniczna wypowiedź.

 

A reportaż prasowy?

 

Czasami zazdrościłam prasowcom, zwłaszcza przy reportażach śledczych i interwencyjnych, że oni mają łatwiej - nie stresują swoich rozmówców mikrofonem, mogą robić notatki; zwłaszcza, że do niedawna te mikrofony były takie duże, jak to widzimy jeszcze przy pracy neewsowców. Ja teraz mam miniaturowe dyktafony i mimo tego wielu rozmówców, zwłaszcza kobiet, na ich widok łka: o Boże, ja jestem taka nieuczesana, a pani mnie będzie kamerować… Nie mam żadnej kamery, a im każdy dziennikarz kojarzy się z telewizją. W reportażu prasowym z kolei nie mogę operować głosem – intonacją, tempem wypowiedzi, przyspieszeniem, zwolnieniem, przerwami, ciszą, drżeniem, jąknięciem, chrząknięciem, które często także mają swoją wymowę. Barwa głosu, to wielka wartość działająca na słuchacza, czego bym nie potrafiła oddać na papierze. Zazdroszczę Wojciechowi Tochmanowi i Mariuszowi Szczygłowi, bo oni to potrafią. Gdy czytam ich teksty, słyszę głosy ich bohaterów.

 

Czy rozkwit polskiej szkoły reportażu prasowego był dla ciebie inspiracją i lekcją reportażu jako gatunku dziennikarskiego?

 

Był i jest. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zaczytywałam się w reportażach prasowych i książkach Hanny Krall, Ryszarda Kapuścińskiego, autorów z Ekspresu Reporterów. Bardzo bliski był mi Krzysztof Kąkolewski. Miałam też „przerobionego” Melchiora Wańkowicza. W dalszym ciągu systematycznie czytam Duży Format Gazety Wyborczej i „podglądam” od każdej strony autorów tam od lat drukujących – ich tematy, kompozycję tekstów, obrazowanie, styl i co się da... Podpowiadam, czasami nawet naciskam młodszych kolegów z naszego Studia, by brali lekcję z Dużego Formatu. W nim można znaleźć nowe sposoby ujęcia tematów. Mam nawet pomysł, by wrócić z mikrofonem do niektórych bohaterów czyichś dawnych tekstów i zapytać, jak im się żyje po trzydziestu latach w warunkach wolności słowa; czego w czasach ostrej cenzury nie byli w stanie powiedzieć, a autorzy też nie mogli tego pisać i pokazywać. Gdy czytam Duży Format, zwracam uwagę młodszym kolegom z naszego Studia, że dobre tematy na reportaż leżą na ulicy.

 

W redakcji szkolnej radiowej „ Czwórki” uczyłaś się rozróżniać, które jąknięcie, czy chrząknięcie podnosi wartość merytoryczną lub artystyczną wypowiedzi, a które ją obciąża…

 

Dziewczyny z redakcji szkolnej uczyły mnie montażu – wycinania niepotrzebnych zdań, słów i głosek, tych jąknięć. W montażu możemy dokonać takich cięć, że słuchacz nie domyśli się jakiegokolwiek potknięcia językowego naszych bohaterów.

 

Montaż, to jeden z podstawowych instrumentów twórczych w radiu, telewizji i filmie, ale zaczynamy od wyboru tematu i jego dokumentacji.

 

Do Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, gdzie teraz rozmawiamy, często wpadałam i mogłam konsultować wszystkie wątpliwości z mistrzyniami – Krysią Melion oraz Irenką Piłatowską. Czasami także dostawałam od nich tzw. cynki – świetne tematy. Pierwszą w życiu nagrodę za reportaż otrzymałam również dzięki Krystynie, która mi podpowiedziała temat. One najpierw uczyły mnie, by merytorycznie przygotować się do realizacji tematu – przeczytać i obejrzeć wszystko, co się da, a co jego dotyczy. Przestrzegały, by nie podchodzić powierzchownie, czyli nie spieszyć się podczas dokumentacji – długo rozmawiać z bohaterami, drążyć sprawę i problemy, konfrontować wypowiedzi i opinie. Przekonywały, by nie żałować czasu na oswojenie rozmówców. W latach osiemdziesiątych, a nawet dziewięćdziesiątych nie było jeszcze tylu publikacji o psychologicznych i technicznych aspektach komunikacji międzyludzkiej. Wiele godzin przegadałam z mistrzyniami o sposobach reporterskiego otwierania się na rozmówcę, a jego na nas. Istotne jest pierwsze wrażenie, jakie on robi na mnie, a ja na nim. Musi szybko poczuć, że jest dla mnie ważny, że jestem głęboko zainteresowana tym, o czym chce mi opowiedzieć. Ale równocześnie muszę krytycznie podchodzić do jego opowieści, czuwać, by słowa puszczone w gotowym dziele w eter nie wyrządziły krzywdy jemu i tym, o których opowiada. Jedni ludzie usztywniają się przed mikrofonem, innych za bardzo rozluźnia i powoduje utratę samokontroli. Muszę nad tym czuwać.

 

Banalna uwaga - słowa, to nie tylko treści, to również wyraz emocji…

 

Nie jest żadną sztuką doprowadzić rozmówcę do łez. Jeżeli mu zadrży głos, to dobrze, tym gram, ale tylko tym. Wiem, że mogę bazować na niskich emocjach, jednak nie za niskich. Kiedyś myślałam inaczej – prawie dwadzieścia lat temu zrobiłam reportaż o chłopcu, który z niewiadomych dla medycyny powodów przestał chodzić. Bólu w tej opowieści było dużo, ale nie wyczułam, że za dużo. Uświadomiła mi to matka chłopca w swoim telefonie po wysłuchaniu audycji. Czekałam na pochwałę, tymczasem usłyszałam krytyczną uwagę, że zabrakło w reportażu wiary i nadziei, że dzieciak odzyska władzę w nogach. Ktoś inny zadzwonił, że gdy się tego słucha, to można sobie strzelić w łeb. Doszłam wtedy do odkrywczego dla siebie wniosku, że zbyt powierzchownie potraktowałam temat; nie wydobyłam z niego głębszego poziomu prawdy psychologicznej. Dlatego obecnie, gdy czytam, widzę lub słyszę w mediach szybko szklące się łzy w oczach bohaterów reportaży, to naciskam guzik „stop”.

 

Drugi, wielki obszar Twoich zainteresowań to historia, choć reportaży historycznych w Twojej twórczości nie dopatrzyłem się wielu.

 

Rejestruję teraźniejszość dla słuchaczy, a historię odkrywam dla siebie. Gdy przyjechałam ze Szczecina do Warszawy w końcu lat osiemdziesiątych, szybko stwierdziłam, że tam uczyłam się „innej” historii Polski – tej oficjalnej. Tam nie było publikacji II obiegu w stanie wojennym, tam nie miałam kontaktu z podziemiem solidarnościowym. Gdy je „odkryłam” – oszalałam. Łapczywie pochłaniałam byle jak wydawane wtedy gazetki i książki. Gdy się dowiedziałam od Krysi Melion o dorocznym konkursie na reportaż radiowy pod hasłem Polska i Świat, dałam się namówić na udział. Byłam świeżo po lekturze książki o słynnym moskiewskim „procesie 16” przywódców polskiego państwa podziemnego z lat okupacji hitlerowskiej. Dowiedziałam się, że jeden z jego przywódców jeszcze żyje i przyjechałam do niego szczęśliwie w dniu, w którym miał fazę na mówienie. O tym już wiedziałam, że dziewięćdziesięciolatek rzadko miewał taką fazę. Ręka z mikrofonem omdlewała ze zmęczenia, gdy słuchałam go przez dziesięć godzin, z minimalnym przerwami. Opłaciło się słuchać z kilku powodów – merytorycznych i warsztatowych. Przerobiłam ważną lekcję cierpliwości i skupienia na rozmówcy. Nie mogłam go na przykład prosić, by coś mi powtórzył, bo bardzo szybko się zorientowałam, że staruszek nie powtórzy. On chyba wyczuł, że słucham go z serca, bo nawet tolerował moje aktywne słuchanie, czyli czasami odpowiadał na wtrącone pytania. Za kilkunastominutowy reportaż ”Proces” dostałam II nagrodę. Zostałam zauważona i z redakcji szkolnej przeszłam do Studia Reportażu i Dokumentu.

 

Adam Bień przerobił z tobą lekcję cierpliwości. A za jaką lekcję dostałaś inną, prestiżową nagrodę Grand Press?

 

Za nieustępliwość w dochodzeniu do prawdy w labiryncie, w którym się znalazłam wraz z kolegą redaktorem, Ernestem Zozuniem. Podjęliśmy interwencję w sprawie dyrektorki gimnazjum z warszawskiej Woli. Pani Emilia, wysoko ceniona nauczycielka, przegrała konkurs na dyrektora szkoły, bo konkurs był „ustawiony”. Chcieliśmy dociec przyczyn przegranej magister Emilii, za którą stała większość nauczycieli. Nie zdołaliśmy jednak przełamać zmowy organizatorów konkursu, którzy zasłaniali się tajemnicą głosowania, choć nie musieli. Jedni urzędnicy ze szczebla inspektoratu i kuratorium odsyłali nas do drugich, a my nagrywaliśmy ich sprzeczne komentarze. Groteska. Ale również poważny ton dramatu podkreślony w warstwie muzycznej polonezem Pożegnanie Ojczyzny kojarzonym z uroczystościami szkolnymi.

 

Wykazaliście się niezwykłym uporem, ale również równowagą psychiczną w kontaktach z urzędnikami. Słuchając reportażu „Emilia, niewolnica tajemnicy” poczułem coś z atmosfery, w której błądził Józef K., bohater powieści Franza Kafki.

 

Choć byłam nakręcona poczuciem misji dziennikarza śledczego – sama bym sobie nie poradziła z tym tematem. Nie wytrzymałabym napięcia wywołanego zmową dyrekcji szkoły i kierowników oświaty w dzielnicy. Ale z Ernestem odkryliśmy coś ważnego – reportaż, wychodząc od szczegółu konkretnego konkursu, zyskał uniwersalny wymiar, stał się obrazem funkcjonowania kliki. Powtarzane jak mantra odpowiedzi – „to jest tajemnica” – zaczęły grać na naszą korzyść. Po tym doświadczeniu rozumiem teraz przyczyny zanikania dziennikarstwa śledczego. Nie wszystkich reporterów stać na taki upór. Sporo młodych kolegów przewija się przez nasze Studio, ale zaledwie trójka z nich nieźle rokuje. U większości często widać w oczach bezradność, niektórzy jęczą: o Jezu, tyle roboty?!

 

Nagrodę im. Melchiora Wańkowicza dostałaś za reportaż pod tajemniczym tytułem „Szlaufy”…

 

To jest pierwsza praca wykonana wspólnie z mężem Adamem - radiowcem, prasowcem i reporterem telewizyjnym. Szlaufy, to gimnazjalistki, które sprzedają się za prezenty bogatym amatorom nielegalnego seksu; teraz bardziej są znane jako galerianki. O ich funkcjonowaniu usłyszałam prawie dziesięć lat temu u fryzjerki. Przeżyłam szok; moja córka też miała wtedy dwanaście lat. Dziewięć miesięcy szukałam potencjalnej bohaterki reportażu. Znaleźliśmy dwie. Jedna za zgodą ojca mówiła dobrowolnie do mikrofonu, druga została nagrana ukrytym mikrofonem metodą dziennikarskiej prowokacji…

 

To nie było etyczne „zagranie”.

 

Dochowaliśmy pełnej tajemnicy, jeśli chodzi o identyfikację dziewczyn. Natomiast waga społeczna problemu prostytuowania się gimnazjalistek zdecydowała o podjęciu tematu i puszczeniu go na antenę oraz w wersji telewizyjnej. Na wystąpienie nieletnich przed kamerą musi być zgoda rodziców. Gdy ojca jednej z bohaterek zapytaliśmy o zgodę, ten natychmiast zapytał: „Gdzie mam przywieźć córkę?”. Ważne jest to, że szukaliśmy dziewczyn z tzw. normalnych – nie patologicznych! – rodzin. Uczennice zresztą informowały koleżanki i nauczycielki: ”Dziś o 17 będzie program z naszym udziałem”. Po jego obejrzeniu miały do nas żal, że ich twarze zostały zakryte, a głosy zmienione. Jedną z nich zapytałam: co trzeba robić, by ustrzec nastolatki przed taką demoralizacją? Jej rada zabrzmiała: rodzice muszą jak najwięcej rozmawiać z dziećmi, bo w tym wieku ma się „taką korbę w głowie”.

 

Autorka odsłania najgłębsze tajniki osobowości bohaterów” – tak brzmi uzasadnienie kolejnej twojej nagrody – Złotego Mikrofonu. To już nagroda za całokształt twórczości – stałaś się nestorką w kwiecie wieku…

 

Mikrofon” dostałam za reportaż „Trzeba walczyć”, nagrodzony również w Iranie, na międzynarodowym festiwalu. Tam dostrzeżono „uniwersalizm dzieła”. Ja miałam duże opory przed kolejnym podjęciem tematu raka. Palący temat, ale tego już nikt nie chce słuchać. Długo myślałam: jeśli zrobię reportaż o umieraniu trzydziestolatki, której wycięto prawie cały żołądek, to utopię słuchaczy w morzu łez. Nie, nie zrobię! Zrobiłam jednak, bo przeczytałam bloga Joanny Sałygi, tej trzydziestolatki…

 

Wstrząsający tekst o tym, że „rządzi nami Boski, ślepy przypadek” – to paradoksalna puenta autorstwa Joanny. Trudno nawet określić, czy więcej w niej bólu, czy optymizmu „mimo wszystko”.

Zdecydowałam się na nagrywanie matki i jej sześcioletniego syna, bo ujęła mnie życiowa mądrość umierającej kobiety i nadzwyczajna, pełna optymizmu dojrzałość dziecka. Miłość tych dwojga została zapisana na blogu, a potem wyrażana do mikrofonu była prawie poezją bardzo wysokiej próby.

 

Po wysłuchaniu tego czternastominutowego reportażu wiem, co opanowałaś do perfekcji – w nim nie ma jednego, niepotrzebnego słowa, nawet zbędnego… przecinka. Są natomiast z maestrią skomponowane różne środki wyrazu, co powoduje, że całość unosi w przestrzeni również transcendentalnej - między ziemią a niebem.

 

Reportaż ma często formę aktualnego, gorącego, niekiedy interwencyjnego zapisu tego, co się dziś dzieje wokół. Nazywamy go w Studiu reportażem antenowym. Ale nasza szefowa Irena mówi: przynajmniej raz na kwartał musicie zrobić bez pośpiechu coś wielkiego, co wam w duszy gra.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl