Na pierwsze, po dwudziestu latach rozłąki, spotkanie z ojcem, wyjeżdżał Pan z Izraela do Nowego Jorku jako „sztuczny zapładniacz” krów. Jeszcze nie zajmował się Pan wtedy dziennikarstwem ale czy już wyczuwał w sobie żyłkę satyryka skoro zgodził się na taki wpis do paszportu w rubryce zawód?

Może trochę tak, a trochę nie. Był rok 1955, apogeum zimnej wojny. Kibuc Beit Alfa, w którym mieszkałem i pracowałem jako wychowawca młodzieży, należał do Haszomer Hacair – organizacji uważanej za niebezpiecznie komunizującą. Ktoś mi podpowiedział, bym zmienił miejsce zameldowania, a pewien znajomy dyrektor firmy Haon, związanej z ruchem kibucowym, wystawił mi zaświadczenie, że pracuję jako „sztuczny zapładniasz”. Urzędnik w konsulacie amerykańskim wypytywał mnie, na czym polega moja praca. Tłumaczyłem mu to słowami i językiem ciała. Zapewniałem, że jedną porcją nasienia można zapłodnić stado krów pod warunkiem, że dysponuje się nasieniem wysokiej klasy. Uśmiechnął się i zapytał, czy mam z tego jakąś przyjemność… ale wyjaśnienie uznał za wystarczające, bo wbił mi wizę do paszportu.

Po latach opisał Pan tę sytuację już jako reporter.

Nie tylko tę. Również swoje najwcześniejsze obrazy, jakie zapamiętałem z Warszawy, gdzie się urodziłem i mieszkałem przez pierwszych pięć lat życia (1929 – 1935) przy ulicy Leszno 57. Siadałem na balkonie trzeciego piętra kamienicy i obserwowałem na podwórku sztuczki różnych artystów – muzykantów, śpiewaków i akrobatów, którym po występach zrzucało się grosze. Na podwórko przychodzili również Cyganie sprzedający żywe karpie z wiader z wodą. Czasami spuszczałem na sznurku ze swego balkonu koszyk z pieniędzmi, za które umówiony Polak na dole kupował nam w szabas świeże jarzyny. Mama czasami narzekała, że na wierzchu w koszyku jarzyny były świeże, a pod nimi zwiędnięte. A gdy powiedziałem rodzicom, że ten pan, co na ulicy sprzedawał lody ze specjalnej skrzynki, lodziarki na rowerowych kołach, zapytał mnie kiedyś – czy ty jesteś Żydem? - tata zabronił mi kupować od niego lody. W domu rozmawialiśmy po żydowsku, w języku jidysz, więc z polskiego zapamiętałem do dziś tylko słowa „Leszno pięćdziesiąt siedem”.

A co Pan zapamiętał z języka rosyjskiego, bo wkrótce po wyjeździe ojca do Ameryki wyjechaliście z mamą do Związku Radzieckiego?

Prawie nic nie zapamiętałem. Mama miała komunistyczne poglądy, ale stamtąd bardzo szybko musieliśmy uciekać. Trwały tam stalinowskie prześladowania Żydów, słynne zsyłki i czystki. Mama była nimi niezwykle zaskoczona, ale miała silny instynkt samozachowawczy. Już w 1938 roku przez Turcję uciekliśmy do Palestyny. Mama wyleczyła się z radzieckiego komunizmu, choć socjalistyczne sympatie i materialistyczny światopogląd zostały jej i mnie. Może dlatego już jako nastolatek trafiłem do kibucu Beit Alfa, gdzie panował klimat bliski ideom socjalistycznym.

W wydaniu dość liberalnym, o czym wnioskuję po wysłuchaniu Pana reporterskich wspomnień sprzed godziny na publicznym spotkaniu w ramach festiwalu Warszawa Singera?

Na te wspomnienia, spisane w późniejszym czasie, a teraz przywoływane w Teatrze Żydowskim, nałożył się mój stosunek do rzeczywistości - sposób widzenia i opisywania świata. Mogłem, ale nie chciałem za bardzo poważnie go widzieć i reportersko dokumentować. Przeżywałem jako nastolatek ciężkie chwile w internacie dla dzieci najbiedniejszych Żydów w Palestynie, a potem w nowopowstałym Izraelu (1948). Co jakiś czas musieliśmy sami czyścić przewody i zbiornik kanalizacyjny kibucu Beit Alfa. Pracowaliśmy stojąc po kostki w brudach. Radością było to, że za pracę w warunkach skrajnie szkodliwych dla zdrowia otrzymywaliśmy dla osłody… papierosy. Panowało przekonanie, że ich zapach osłabi oszałamiający smród z kanałów. Pewnego razu poprosił mnie do siebie kierownik internatu, mężczyzna o zazwyczaj bardzo surowym spojrzeniu. Byłem przerażony, że mnie wyrzuci z internatu, że coś przeskrobałem, jednak nie potrafiłem sobie przypomnieć – co? Owszem, mogłem ukraść kiść winogron z winnicy w Zichron Jakow, albo czapkę śliwek z pobliskiego arabskiego sadu w Paradis, ale przecież wszyscy chłopcy w ten sposób grzeszyli? Za chwilę surowy kierownik wyjął z szuflady gazetę i dowiedziałem się, że mój ojciec, pisarz Singer umarł na atak serca w Nowym Jorku.

To było jak grom z jasnego nieba?

Po pierwsze – nie bardzo z jasnego, po drugie – nie bardzo grom. Odetchnąłem z ulgą. Najważniejsze, że mnie nie wyrzucają z internatu – o tym tylko myślałem. Co prawda żałobnie spuściłem głowę, ale nie czułem wielkiego żalu, ponieważ z trudem sobie wtedy przypomniałem, że w ogóle mam ojca. Natomiast bystrze zauważyłem, że na biurku kierownika stoi klosz z bananami i jabłkami. Widocznie łapczywie na nie spoglądałem, bo kierownik chyba pierwszy raz w mojej obecności lekko się uśmiechnął i pozwolił poczęstować się owocem. Prawie opróżniłem klosz. Nie zapomniałem również poprosić o kilka dni urlopu w czyszczeniu szamba oraz o przydział papierosów także za czas urlopu. Przez kilka dni „żałoby” czytałem książki, paliłem cigarety i przygrywałem sobie na mandolinie. Dopiero po dwóch tygodniach okazało się, że zmarł nie mój ojciec, ale stryj, Israel Joshua Singer, również pisarz, cieszący się już wówczas nie tylko w Ameryce większą sławą niż ojciec, Isaack Bashevis Singer. Stryj zresztą „ściągnął” ojca do Nowego Jorku, a wcześniej, jeszcze w Warszawie, kazał mu ściąć pejsy oraz zamienić chasydzki chałat i jarmułkę na „normalne” ubranie.

Do ojca okrętem popłynął Pan dobrych kilka lat później… ale czy dobrych? Miał Pan już za sobą udział w wojnie z 1948 roku o niepodległość państwa Izrael, co też zostało opisane w reporterskich książkach. Wtedy też zmienił Pan nazwisko na Zamir – to hebrajska wersja Singera.

Tamte przeżycia również starałem się kwitować z humorem, choć bardzo często przez łzy wzruszenia. To jedno ze wspomnień: na pustyni Negew, w ruinie poarabskiej lepianki, siedzieliśmy nocą w oczekiwaniu na atak. Byłem zziębnięty, pot z powodu strachu prawie zamarzał na twarzy. Nagle tuż obok, w ciemnościach poczułem ciepło i słodkawy smak moczu oddawanego przez jednego z żołnierzy.

Spuentował Pan tę sytuację jednym zdaniem: „Rozdygotanymi nozdrzami wciągałem te opary, w ostatnim porywie rozkoszy…".

Były też sytuacje nie do śmiechu - gdy któregoś ranka dźwigaliśmy na noszach mego sąsiada Dudika z rozszarpanym brzuchem, czułem, że następnym do dźwigania przez kolegów będę ja. Na szczęście tego dnia zostało podpisane porozumienie o zawieszeniu broni… Ale wracajmy do mego powitania z ojcem w nowojorskim porcie. Kiedy się przewalił tłum pasażerów statku, co trwało długo, spostrzegłem bladolicego, bardzo szczupłego mężczyznę biegającego po sali odpraw. Z łomocącym sercem zapytałem go: czy może jest pan Singerem, moim ojcem? Odpowiedział: „Może?…Wszystko w naszych czasach jest możliwe”. Ogarnęło mnie uczucie obrzydzenia…

Godzinę temu przyznał Pan w nabitej po brzegi sali teatru: „Moja miłość wyschła do ojca… Jeśli kwiatu nie podlewasz, on usycha. Tak moje uczucie wyschło…

Bo to prawda. Miałem niesłychanie trudny proces asymilacji z ojcem, a on z synem, gdy się zobaczyliśmy po dwudziestu latach. Napisałem w książce, że góra obcości między nami wzrastała w Nowym Jorku z każdą chwilą obustronnego milczenia. Chociaż bardzo chciałem, to nie zdołałem zburzyć narastającej przegrody. Ojciec był skupiony wyłącznie na sobie, dużo bardziej niż jego starszy brat Joshua, uważany przez wielu za pisarza większej miary. Ja byłem i pozostałem racjonalistą, żyję w realnym świecie, a on do końca swego życia wierzył w duchy i demony. Czuł ich obcowanie z żywymi; nigdy ich nie opuścił, a one jego. Widać to w opowiadaniach, które niedługo potem zacząłem na jego prośbę tłumaczyć na angielski, a następnie na hebrajski.

Przyznaje Pan, że miał z tym trudności translatorskie, o czym rozmawialiście z zaproszonym do Izraela ojcem już na początku lat siedemdziesiątych w redakcji „Al HaMishmar” z zespołem redakcyjnym w dużej części pochodzącym z Polski.

Jeden z redaktorów wyznał, że pisarstwo ojca budzi spore kontrowersje – „autor wykorzystuje żydowskie miasteczka w przedwojennej Polsce jako tło dla swoich erotycznych i demonicznych obrazów”. Ojciec przyznał, że również w Ameryce niektórzy Żydzi stawiają mu podobne zarzuty. Wspomniał, jak wiele lat temu redaktor z gazety „Forwerts”, w której ukazywały się jego opowiadania, prosił go, aby zaprzestał pisać o duchach, a zajął się m.in. problemem wyzysku krawców i krzywdą dzieci żydowskich, które muszą pracować w szwalniach Lower East Side po osiemnaście godzin na dobę. Ten redaktor przekonywał, że pismo „Forwerts” powinno być zwierciadłem rzeczywistości, a nie ucieczką w nadprzyrodzoność. Radził ojcu, by pisał „o ziemskiej Ameryce, nie zaś o niebiańskiej Polsce”. Ojciec odpowiedział, że niedola krawców i dzieci zasługuje na rzetelny opis, ale on się do tego nie nadaje. Teraz w redakcji „Al HaMishmar” powtarzał swoje twórcze credo, że nie pisze ogólnikowo o życiu żydowskim, ale konkretnie o Żydach, których znał i pamiętał z Warszawy, Lublina, Biłgoraja i okolic.

To prawda, w jego tekstach też wyczuwa się sporo reporterskiej materii. Czy podobne dyskusje prowadził Pan ze swoimi studentami na uniwersytecie w Tel Awiwie, gdzie przez dziesięć lat uczył ich dziennikarstwa?

Oni dużo bardziej akceptowali pisarstwo ojca. Uważali je za cenne źródło wiedzy o starych, wschodnioeuropejskich korzeniach kultury żydowskiej, zwłaszcza chasydzkiej. To była dla nich, urodzonych po wojnie w Izraelu, intrygująca egzotyka. Dla mnie też w pewnym sensie, bo Polskę opuściłem jako pięcioletni dzieciak. Studenci w twórczości ojca rzeczywiście widzieli pewne elementy dziennikarskiego zapisu życia w tamtych miastach i miasteczkach. Ja ich natomiast uczyłem podstaw nowoczesnego dziennikarstwa neewsowego i reportażu, który od początku mojej praktyki interesował mnie najbardziej.

To widać – książka „Mój ojciec, Bashevis Singer” jest reporterskim portretem ojca i syna, zapisem waszych relacji.

Taka była idea jej powstania. Tak została przyjęta przez czytelników w Europie, Ameryce i Azji po tłumaczeniach w kilku językach.

O czym był Pana pierwszy reportaż?

Trudno uwierzyć, że w armii, były godziny, kiedy żołnierze mogli słuchać radia. Po transmisji meczu piłkarskiego, której słuchaliśmy, opisałem nie tylko to, co słyszałem, ale głównie to - co każdy z nas, żołnierzy, widział w swojej wyobraźni podczas tej transmisji w ekstremalnych warunkach, czyli obrazy własnych wspomnień z cywila. Zapytałem kolegów, o czym myśleli słuchając radia, czego się spodziewali na froncie, jakie lęki przeżywali, jakie życzenia przesyłali telepatycznie żonom, dziewczynom i rodzicom. Była to nie tylko niezamówiona korespondencja z frontu. Wysłałem ją do redakcji gazety „Maariv” – dostałem zapewnienie o druku oraz zachętę, bym się zajął pisaniem w życiu po wojnie. I tak się zaczęło.

Co Pan mówił o tajnikach dziennikarstwa studentom podczas pierwszych ćwiczeń?

Pytałem ich, czy myśleli o tym, co jest najważniejsze w pracy dziennikarza? Wielu z nich odpowiadało, że dziennikarz musi siedzieć i pisać. Natychmiast głośno protestowałem – dziennikarz nie może siedzieć, lecz ruszać się i dużo uważniej obserwować rzeczywistość niż przeciętny obywatel. Musi wyszukiwać ciekawe wydarzenia i ciekawych ludzi, a we własnej głowie znajdować uzasadnienie ważności tego, czym się chce podzielić z czytelnikiem. Czyli musi wiedzieć, że wyszukuje nie tylko dla siebie, ale dla dużej grupy innych ludzi. Problem w tym, by mieć ciekawość w sobie i umieć tę ciekawość przekazać w gazecie. Dość szybko kazałem im wychodzić z auli uniwersytetu do świata - na ulicę, na bazar, do posterunków policyjnych i wojskowych, do synagogi i wyszukiwać coś ciekawego, co jest społecznie ważne i atrakcyjne.

Znajdowali w sobie tę ciekawość świata…

Niestety, większości z nich radziłem od serca: posłuchaj, poszukaj sobie innego zajęcia… Okazywało się, że wiele dziewczyn i chłopców, już po odbyciu obowiązkowej służby w armii, nie potrafiło uzasadnić ważności tego, co przynosili z ulicy. Po dyskusjach w grupie wykazywałem im, że nie potrafią zadawać ludziom ważnych pytań i uzyskiwać ciekawych odpowiedzi.

Izrael żyje w nadzwyczaj trudnym, zapalnym miejscu na ziemi. Jest państwem demokratycznym, ale domyślam się, że musi być w nim jakaś forma cenzury…

To dobre pytanie – cenzura była i jest bardzo ścisła w kwestiach wojskowych, obronności kraju. Podam przykład – podczas wojny nasz oddział przekroczył rzekę Jordan i znaleźliśmy się po stronie jordańskiej. Tam zajęliśmy jakiś ich posterunek. Ta akcja była raczej pomyłką z naszej strony. Opisałem ją. Nie mogłem jednak tego wydrukować. Władza cenzorska orzekła, że – po pierwsze, wstyd się przyznać do pomyłki, a po drugie, spowodowałbym skandal w stosunkach nie tylko z Arabami, ale i resztą świata. Ja to wydarzenie opisałem i wykorzystałem, ale dużo później i w innej formie. Stworzyłem opis zupełnie anonimowy. Teraz mi się przypomina całkiem cywilna sprawa. Znalazłem się w delegacji towarzyszącej memu ojcu, kiedy w Sztokholmie odbierał w 1978 roku literacka Nagrodę Nobla…

To wtedy Isaack Bashevis Singer w swoim słynnym wystąpieniu zadał retoryczne pytanie: dlaczego piszę w martwym języku jidysz? I natychmiast odpowiedział na nie ku uciesze szacownego audytorium z parą królewską na czele: Piszę w martwym języku, bo piszę o duchach, a dla duchów jest właśnie żywe to, co dla nas jest martwe…

Dobrze pan pamięta, ale ja chcę opowiedzieć o czym innym…Tuż po oficjalnej ceremonii wręczenia nagród, powstał gwar na sali, a w sali sąsiedniej już rozpoczął się bankiet i tańce. Spieszyłem się by nadać korespondencję do Izraela, bo miałem na tę uroczystość również delegację dziennikarską. W pałacu królewskim zacząłem zachowywać się, jakbym dostał biegunki; zabłądziłem w poszukiwaniu telefonu i nie wiem, jakim cudem znalazłem się… w królewskiej sypialni z wielkim łożem pod pięknym baldachimem. Szybko mnie tam „nakrył” ktoś z ochrony króla. Pierwsze gesty i zachowanie funkcjonariusza dalekie było od dyplomacji i dobrego tonu w stosunku do syna noblisty i dziennikarza na służbie. Wyglądało na to, że, mówiąc dzisiejszym językiem, wziął mnie za terrorystę. Nie mógł uwierzyć, że jestem synem Singera. Czyli – nie dość, że terrorysta, to jeszcze wariat. Trochę czasu wymagało wyjaśnienie zabawnego incydentu. Chciałem go oczywiście opisać do druku. Cenzura jednak odradziła z uzasadnieniem, że może dojść do zakłócenia stosunków izraelsko-szwedzkich.

Na Festiwalu Warszawa Singera jest Pan po raz drugi.

Po dziesięciu, czy dziewięciu latach nie mogłem poznać Placu Grzybowskiego. Był wtedy zaniedbany, teraz odmłodniał. A publiczność w teatrze jest weselsza na twarzach i w strojach.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Poprzednia wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: http://old.sdp.pl